var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Własne

Reportaż 2x45: Dwa dni z życia ekskluzywnej watahy Wilków, czyli wizyta w Wolverhampton

Autor: Piotr Potępa
2019-09-03 19:00:27

Dzięki uprzejmości firmy CoinDeal miałem ostatnio okazję zobaczyć na własne oczy jak mecze Premier League oglądają klubowi sponsorzy. Miałem też przede wszystkim okazję zobaczyć jak sponsorzy są w tych klubach traktowani. Dla mnie, fana Premier League, była to przygoda, której nie zapomnę do końca życia. Zapraszam was na reportaż, w którym opowiem wam o meczu Wolves vs Manchester United od kulis. I nie tylko.

Pierwsze wrażenia

Pobudka o 3:30 nad ranem. Szybkie śniadanie, prysznic i w drogę na lotnisko. Z całej ekipy na miejscu pojawiłem się jako pierwszy, godzinę przed odlotem, żeby mieć pewność, że się nie spóźnię. Po chwili zaczęli dołączać następni. Ostatecznie brakowało tylko własciciela firmy Kajetana Maćkowiaka. Nie obyło się bez żartów na jego temat: „Kajetan pewnie przyjdzie pięć minut przed zamknięciem bramek i jeszcze skoczy na fajkę.” Myślałem, że oni żartują dopóki na 5 minut przed zamknięciem bramek nie pojawił się Kajetan informując nas że idzie jeszcze na fajkę.

Z Wrocławia w 8 osób polecieliśmy do Luton, skąd wynajętym busem ruszyliśmy w stronę Wolverhampton. Na trasie zauważyłem jedną rzecz. Angielskie autostrady są bardziej zakorkowane niż Wrocław w czasie remontu Placu Grunwaldzkiego. Duży wyczyn!

Gdy dojechaliśmy na miejsce udaliśmy się na lunch do jednego z pubów, który już niemal na wejściu informował do kogo ten bar należy.

Przy składaniu zamówienia porozmawiałem z barmanem. Mówił że wszyscy są mocno podekscytowani tym meczem. W końcu to pierwsze w nowym sezonie spotkanie na Molineux i to od razu przeciwko Czerwonym Diabłom. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, zapytał komu kibicujemy. Odpowiedź była oczywista jednak on chyba nie do końca w nią uwierzył. Można go jednak zrozumieć. Wolves nie są aż tak wielką marką jak Arsenal czy Manchester United. W końcu nie miał też świadomości, że jesteśmy przedstawicielami jednego z głównych sponsorów jego ukochanego klubu. 

Miasto

Przyjęto, że nazwa miasta wywodzi się od Lady Wulfruny, która została jego założycielką w 985 roku. Na początku swego istnienia Wolverhampton było miejscowością targową wyspecjalizowaną w handlu wełną. Po zapoczątkowanej w XVIII wieku rewolucji przemysłowej stało się jednym z najważniejszych centrów przemysłowych w Anglii. Głównie dzięki wydobyciu węgla kamiennego i rud żelaza. Ważną rolę odgrywała też produkcja stali, motocykli i samochodów. To właśnie w Wolverhampton powstał pierwszy na świecie pojazd, który osiągając 320 km/h ustanowił nowy rekord prędkości.

Do tej pory miasto jest typowo przemysłowe, więc turyści raczej nie uświadczą tutaj zbyt wielu atrakcji.

Nie mogło oczywiście zabraknąć polskiego akcentu z jakże wyszukaną nazwą.

Po krótkim zwiedzaniu centrum miasta kierownik wycieczki Kajetan Maćkowiak zarządził „leżakowanie”, żebyśmy po podróży mogli nabrać sił na to co czekało nas w drugiej połowie dnia. 

Przed meczem

Na miejscu byliśmy ze 3 godziny przed pierwszym gwizdkiem. Gdy wysiedliśmy z auta od razu przywitała nas trybuna imienia Steve’a Bulla. Każda z trybun Molineux wzięła swoją nazwę od bohaterów Wolves i tak obok wyżej wspomnianego Bulla, wyróżniono również Billy’ego Wrighta, Jacka Harrisa i Stana Cullisa. Oczywiście każdy z nich ma tam również swój pomnik. 

Podczas spaceru wokół obiektu moją uwagę przykuła kartka przyklejona do szyby kas biletowych...

Molineux Stadium ma pojemność około 30 tysięcy. Miasto Wolverhampton z kolei zamieszkuje zaledwie 250 tysięcy ludzi, a mimo to bilety na 3 kolejne mecze są już wyprzedane. Widząc to zacząłem się zastanawiać ilu lat potrzebujemy w Polsce żeby osiągać takie wyniki sprzedażowe skoro w tej chwili takie miasta jak Gdańsk czy Wrocław nie są w stanie choć raz w sezonie zapełnić swoich trybun. I czy to w ogóle możliwe? 

Po zwiedzaniu stadionu z zewnątrz nadszedł czas, żeby wejść do środka, gdzie bardzo serdecznie powitał nas Steve Morton, dyrektor sprzedaży korporacyjnej klubu. Po krótkiej rozmowie przekazał nas w ręce sympatycznego przewodnika, który zabrał nas w podróż po stadionie. Rozpoczęliśmy od zwiedzania mini muzeum, które znajduje się tuż przy wejściu do lóż VIP.

Podkreślam określenie „mini”, ponieważ na prawdziwe muzeum jeszcze przyjdzie czas. Następnie zajrzeliśmy do części stadionu w której znajdowały się loże VIP.

a także nasze miejsca, gdzie relaksowaliśmy się przed meczem, w przerwie, a także po meczu.

Musicie przyznać, że widok całkiem przyjemny. Następnie udaliśmy się w najciekawsze miejsca obiektu, czyli do szatni, a także na murawę. Niestety w dzień meczowy w szatni nie wolno robić zdjęć. Co przykuło tam moją uwagę? Ochraniacze piłkarzy. Każdy na swoich ma jakieś zdjęcia albo rysunki. Były fotki dzieci, psów, a nawet... Simpsonowie. 

No dobrze, czas wyjść na murawę.

 

Nie byłbym sobą gdybym nie skorzystał z okazji sprawdzenia jak wygodne fotele znajdują się na ławce rezerwowych!

Oczywiście wszystko pięknie opatrzone logiem Wolves oraz CoinDeal. Muszę także zwrócić uwagę na to jak jako przedstawiciele sponsora byliśmy traktowani przez gospodarzy. Co chwilę ktoś do nas podchodził i pytał czy wszystko u nas w porządku i czy niczego nam nie brakuje. Z jednej strony po prostu miłe. Z drugiej zrozumiałe, skoro mówimy o relacjach typu klub-sponsor.

Chwilę po zakończeniu zwiedzania na Molineux pojawili się piłkarze obu drużyn, a my wróciliśmy do swojej „bazy” żeby zjeść obiad. W drodze do stolików spotkaliśmy dyrektora sportowego Wolves Kevina Thelwella, który również zamienił z nami parę słów.

KT: Zobaczyliście już wszystko? Mam nadzieję, że się podobało.

My: Tak! Wszystko w jak najlepszym porządku. Jak przeczucia meczowe?

KT: Jest lekki stres, ale wszyscy jesteśmy dobrej myśli. Mamy fajny zespół, który został solidnie wzmocniony. Wierzę w zwycięstwo, ale remis też nie będzie powodem do rozpaczy.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Wilkom marzy się udział w europejskich pucharach.

***

Przy stole na każdego z nas czekał organizer z logo Wolves, a także program meczowy. Tak, program, nie ulotka, jak to u nas w kraju bywa. Podkreślam to, ponieważ ta „księga”, którą otrzymaliśmy zawierała... 98 stron! Zarówno jedna jak i druga drużyna została rozłożona nawet dokładniej niż na czynniki pierwsze. Można było poczytać o historycznych bataliach między Wolves i United, a nawet sprawdzić wyniki młodych „Wilczków”. Odpowiedzialni za przygotowanie magazynu nie zapomnieli również o najmłodszych, którzy mogli zająć się zawartymi w środku kolorowankami, które rozłożone i odwrócone na drugą stronę tworzyły duży plakat Diogo Joty. 

Przed obiadem dołączyli do naszego stolika angielscy menadżerowie z firmy WH-Sports Group Chris Hartfield oraz Joe Williams i towarzyszyli nam przez cały wieczór nawet podczas ożywionych dyskusji sportowych, które prowadziliśmy jeszcze długo po meczu w domu. 

- Byliście już Polsce? - zagadujemy

Chris: Byliśmy. Piękny kraj. Moim zdaniem drzemie tu ogromny potencjał piłkarski. Macie nowe, fajne stadiony i dobrą infrastrukturę wokół nich, ale chyba nie do końca wiecie jak to zagospodarować. 

- To nie jedyny nasz piłkarski problem. Liga jest ładnie opakowana, ale kiedy wyjdziemy z polskiego opakowania do europejskich pucharów, potrafimy odpaść z drużynami pokroju mistrza Luksemburga. Do tego dochodzi problem finansowy. Polskie kluby nie mają wielkich budżetów, a właściciele i prezesi często nie potrafią tym niewielkim budżetem zarządzać. 

Chris: To jest właśnie marnowanie potencjału. Nawet niewielki budżet można mądrze zainwestować i potem czerpać z tego zyski. Trzeba szukać sponsorów i inwestorów. Nawet jeśli nie oferują zbyt wiele to jednak zawsze coś. Macie gotową infrastrukturę, teraz trzeba ją tylko odpowiednio zagospodarować. Potrzebujecie profesjonalistów na najwyższych szczeblach władzy w klubach.

Joe: Do tego dochodzi kwestia szkolenia. Jeśli nie potrafisz wyszkolić piłkarzy, to nie będziesz na nich zarabiał, a to przecież podstawa. Macie wielu obiecujących młodych piłkarzy, ale oni odchodzą z rodzimych klubów zanim ich wartość skoczy w górę i potem zarabiają na nich inni. 

Ech, niby oczywiste oczywistości, ale zauważmy, że widoczne nie tylko dla nas, lecz także zagranicą. To chyba powinno dać do myślenia sternikom polskich klubów...

***

Wróćmy jednak na Molineux. Po obiedzie jeszcze na chwilę zostaliśmy poproszeni na murawę przez klubowego fotografa gdzie zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie.

 

Nie pozostało już nic innego jak czekać na wisienkę na torcie.

Mecz i po meczu

Jako, że był to pierwszy mecz Wolves na Molineux w tym sezonie, trzeba było zrobić dobre otwarcie. Jeszcze zanim piłkarze wybiegli na murawę w rytm utworu „Firestarter” grupy „The Prodigy” ze specjalnych urządzeń rozstawionych dookoła stadionu zaczął strzelać ogień. Następnie odśpiewano hymn Wilków i chwilę później na boisku zameldowali się zawodnicy przy akompaniamencie 30 tysięcy gardeł i ciągle strzelającego ognia. Zresztą, sami zobaczcie.

Pierwsza połowa spotkania przebiegała zdecydowanie pod dyktando United. Joey trafnie analizował problem Wilków:

- Nie ma środka pola. Moutinho, Neves i Dendoncker są nieobecni przez co Jota i Jimenez są osamotnieni w ataku. Szczególnie Jota, który kompletnie nie ma pomysłu na to jak urwać się obrońcom United.

Na przerwę schodziliśmy więc w niezbyt dobrych nastrojach, ponieważ United od 27. minuty, po sprytnym strzale Martiala, prowadziło 1:0 i nic nie wskazywało na to, aby losy meczu miały się odmienić. 

A jednak! Trener Wilków Nuno Espirito Santo pokazał, że zna się na swoim fachu. Ściągnął w przerwie Doherty’ego i wpuścił Adamę Traore, który zrobił tyle wiatru, że biedny Luke Shaw w pewnym momencie nie bardzo wiedział jak się nazywa.

Wilki od samego początku drugiej połowy rzuciły się na United i już w 54. minucie Jimenez mógł wyrównać, ale piłka po jego strzale głową odbiła się od słupka. To nie zraziło ekipy Nuno. Traore nadal szalał na prawej stronie i minutę po strzale Jimeneza wywalczył rzut rożny. Krótkie rozegranie, piłka na 16 metr do Rubena Nevesa, a ten popisuje się spektakularnym uderzeniem, którego obronić nie byłby w stanie żadnen bramkarz świata. Wynik do końca meczu się nie zmienił mimo, że odwrócić losy meczu mógł jeszcze Paul Pogba, ale jego uderzenie z karnego obronił Rui Patricio. 

W przerwie usłyszałem, że mam się przygotować, bo potem będę mógł stanąć do zdjęcia z zawodnikiem meczu Wolves. Zacząłem się zastanawiać w jaki sposób wybiera się kogoś takiego. Zagadka została rozwiązana kiedy po ostatnim gwizdku wróciłem do stolika, a tam na każdego z nas czekała karteczka z napisem „Vote for the Man of The Match”. Zagłosowałem oczywiście na Traore, którego wejście na boisko było w mojej opinii kluczowe dla losów spotkania. Okazało się, że to nie tylko moja opinia i chwilę po głosowaniu w naszej loży faktycznie pojawił się Adama. 

Najpierw krótka rozmowa z rzecznikiem prasowym, a potem zdjęcia na ściance. 

Do zdjęcia stanąłem razem z kolegą Dominikiem, który jako jedyny z naszej ekipy potrafił jeździć lewą stroną i dzielnie znosił trudy wożenia nas po angielskich drogach. Dzięki! Poziom ekscytacji takim obrotem sprawy można wyczytać z mojej twarzy. Wiecie co jest najfajniejsze? Ta piłka z autografami, którą trzyma Traore lada dzień trafi w moje ręce i tutaj znów podziękowania dla Dominika, który zdecydował się mi ją oddać. Doskonała pamiątka!

Po wspólnym zdjęciu zdążyłem zamienić z Traore jeszcze dwa zdania:

- Odmieniłeś losy meczu. Od twojego pojawienia się na boisku Wilki zaczęły pokazywać kły.

Adama: To zasługa całej drużyny. Ja tylko wykonywałem zalecenia trenera.

- Nie bądź taki skromny, przejąłeś władzę na prawej stronie.

Adama: To miłe, dzięki. Pozostanę jednak przy swoim i powtórzę, że ten wynik to zasługa całej drużyny. Pozostaje tylko niedosyt, że piłka po strzale Raula trafiła w słupek, a nie do siatki.

- Piłkarze United też mogą czuć niedosyt, że piłka po strzale Pogby z karnego trafiła w ręce Rui Patricio

Adama: Właśnie dlatego należy powiedzieć, że remis to sprawiedliwy wynik. 

Czuć trochę pudru w tych wypowiedziach, chociaż odmówić mu racji trudno. 

Wieczór dobiegał końca, więc trzeba było wracać. Czekając na transport przed stadionem udało mi się spotkać jeszcze trenera Wolves, którego oczywiście zaprosiłem do wspólnego zdjęcia.

Podkreśliłem również jak fantastyczną bramkę zdobył Ruben Neves, na co Nuno tylko wzruszył ramionami. Puszczając mi oko odpowiedział, że czasem coś mu się uda. Zgaduję, że na treningach to dla niego chleb powszedni.

Dzień drugi

W sklepie można kupić dosłownie wszystko. Od tego co najważniejsze, czyli koszulek, których nigdy nie brakuje, szalików i czapek, przez lizaki, aż do czegoś co już kompletnie mnie rozbroiło. Drogie panie, jeśli lubicie Wolves, to w ich sklepie możecie zakupić sobie zestaw do manicure! Oczywiście z klubowym logo. W samym rogu sklepu znajduje się też stanowisko, gdzie w ciągu 5 minut nadrukować sobie na świeżo zakupionej koszulce na przykład swoje nazwisko. Nie mogłem wyjść z tego sklepu z pustymi rękami, a co za tym idzie, niejaki pan Wolfie został nowym kumplem mojego synka. 

Po krótkich zakupach udaliśmy się do muzeum, które było... zamknięte. Wtedy do akcji wkroczył Kajetan Maćkowiak. Wyciągnął telefon i przypomniał mi niejakiego Siarę z filmu pt. Kiler, który brał telefon do ręki mówiąc „memory, five, Siara!”. W ciągu niecałych pięciu minut przy wejściu do muzeum pojawił się Josh Dawkins, którego stanowiska nie potrafię przetłumaczyć na polski, więc pozostawię nazwę angielską: Partnerships Activation Executive. Muzeum zostało otwarte tylko dla nas, dobrze mieć znajomości. Oprócz całej masy pucharów i koszulek można było zmierzyć się z legendarnymi bramkarzami Wilków w konkursie rzutów karnych.

Można było również zobaczyć rolkę taśmy z 30 kwietnia 1949 roku z nagranym finałem FA Cup w którym Wolves pokonali Leicester 3:1. Managerem Wilków bym wtedy legendarny Stan Cullis, którego pomnik stoi dziś tuż przed wejściem do muzeum.

Ciekawym eksponatem był też dla mnie kołowrotek zliczający frekwencję. Jeśli ktoś jest ciekaw jak kiedyś liczono kibiców na meczach, wszystko rozjaśni poniższy film:

Na wizycie w muzeum zakończyła się nasza przygoda i nadszedł czas powrotu do Polski, ale zanim to się stało Josh miał dla nas jeszcze niespodziankę:

JD: Dostaliście już koszulki? 

- Mamy z zeszłego sezonu podpisane.

JD: Nie nie. Chodzi o nowe koszulki. Wyślijcie mi rozmiary, wasze nazwiska i numery jakie chcecie. No i czy domowa czy wyjazdowa.

- Tylko wyjazdowa. One są piękne.

JD: Widzę, że nie tylko ja mam taką opinię. W takim razie będzie wyjazdowa.

Takim oto sposobem za kilka dni otrzymam poniższą koszulkę ze swoim nazwiskiem i numerem 7. Wybaczcie tę delikatną próżność!

Śniłem o tym, żeby kiedyś zobaczyć mecz Premier League na żywo od dziecka. Jakoś nigdy nie było okazji, aby to marzenie zrealizować. Aż do teraz. Nie spodziewałem się jednak, to spełnianie marzenia będzie posiadać aż tak potężne bonusy. Warto było czekać te 23 lata.

Przepaść

Wyjaśnijmy jednak, że napisałem ten reportaż nie po to, by się wam pochwalić i pokazać jak tam jest fajnie, ale dlatego, żeby pokazać wam, że ile w Polsce jeszcze jest do zrobienia. Od rzeczy mniejszych jak ogromny asortyment w klubowych sklepach, gdzie można kupić nawet pilniczki do paznokci, aż do rzeczy większych, jak zagospodarowanie powierzchni stadionów muzeami czy sklepami właśnie. To wszystko przynosi pieniądze, których rzekomo w naszych klubach brakuje. Coś w tym stylu planuje się aktualnie robić w Łodzi, lecz w wielu innych miejscach to wciąż czarna magia.

Druga rzecz to zapełnianie stadionów. Skoro w 250 tysięcznym Wolverhampton da się wyprzedać po 30 tysięcy biletów na trzy mecze do przodu, to nie wierzę, że w 650 tysięcznym Wrocławiu nie można przynajmniej kilka razy w sezonie sprzedać 40 tysięcy. Nawet jeśli między poziomem Premier League a Ekstraklasą jest gigantyczny lej po bombie. Trzeba mieć tylko na to pomysł i plan. Coś co przekona ludzi, iż ich pieniądze z biletów nie idą na opał w kominku.

Żeby zapewnić widowni godne widowisko trzeba wystawić do niego godnych aktorów i tutaj wracamy do tego co jest wałkowane ostatnio w Polsce bardzo często. Szkolenie. Zgadzam się w pełni z tym o czym wyżej wspominał Joe Williams. Jeśli nie będziemy potrafili wyszkolić i utrzymać zdolnych piłkarzy w klubach, to nie będziemy zarabiać dobrych pieniędzy, a Ekstraklasa nigdy nie podniesie swojego poziomu. Wyprzedawanie młodych i zdolnych piłkarzy gdy tylko pojawi się pierwsza oferta jest drogą donikąd i kończy się zazwyczaj tym, że klub zarabia grosze, a zawodnik po dwóch sezonach wraca do kraju z podkulonym ogonem. Póki co jednak problem pogłębia się, ponieważ Kazachowie czy Turcy są w stanie już wyjmować od nas także zawodników z tego drugiego sortu – nieco mniej utalentowanych lub wcale nie tak młodych. Puszczamy oczko w kierunku Pawłowskiego i Wrzesińskiego.

Na koniec wrócę do wypowiedzi Chrisa o tym, że mamy dobrą infrastrukturę, której nie potrafimy zagospodarować i wykorzystać. Niestety, w zarządach klubów często siedzą zupełnie niekompetentni ludzie. Do budowy klubu trzeba czasu, pieniędzy i cierpliwości. Wiadomo, Premier League nie dogonimy, lecz zachowując proporcje, jakkolwiek by się przydało. Włodarze naszych klubów o przyszłości jednak nie myślą. Pieniędzy wydawać też za bardzo nie potrafią. Liczy się tylko natychmiastowy „sukces” jakim jest mistrzostwo Polski i próba awansu do Ligi Mistrzów lub Ligi Europy, która zazwyczaj kończy się na drugiej przeszkodzie, a czasem nawet na pierwszej jeśli mistrz Luksemburga czy innej Łotwy jest akurat w przyzwoitej formie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się