var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

W kontekście reprezentacji o Błaszczykowskiego chyba znów nie musimy się bać

Autor: Mariusz Bielski
2019-09-06 15:39:24

Minęła godzina gry. Dla ŁKS-u to miał być stosunkowo łatwy wyjazd, ponieważ wcześniej Wisła Kraków w czterech meczach strzeliła jednego gola. Nic z tego, w tej chwili gospodarze wygrywają już 2:0. Do zmiany szykuje się Jakub Błaszczykowski. Na murawę wchodzi w 60. minucie, za chwilę Savicević wbija sztukę na 3:0 i eks-piłkarz BVB ma w tym spory udział. Jeszcze większy zaś pod koniec spotkania, gdy asystuje Brożkowi. Dwa kwadranse starczyły skrzydłowemu, aby kompletnie zdemolować łodzian.

Dało się odczuć, że ten gość, mimo 34 wiosen na karku, samymi umiejętnościami do Ekstraklasy nie przystaje. W sensie – przerasta ją i jedyne co sprowadza go w tym momencie na (naszą) ziemię, to niedaleka przeszłość pełna kontuzji znacznie utrudniających mu grę na najwyższym poziomie. Widać było, iż ten facet na boisku widzi więcej, może więcej i naprawdę jest w stanie zrobić więcej niż przeciętny ligowiec. Że piłkę większą niż ekstraklasowa nie tylko polizał, ale zjadł na niej zęby.

I nawet jeśli kolejne dwa spotkania tego nie potwierdziły, nie można mieć wątpliwości – dla Wisły Kuba stanowi wielką wartość dodaną. Wystarczy spojrzeć w jego liczby od momentu powrotu do Krakowa – w 12 spotkaniach ligowych zdążył już strzelić 5 goli, a do tego dołożyć 3 asysty. Gdy do tego doliczymy jeszcze wcześniej wspomnianą centrę, po której Sobociński wystawił patelnię Saviceviciowi, dostrzeżemy, iż reprezentant Polski miał udział przy 9 golach. Wychodzi więc na to, że Błaszczykowski przyczyniał się do kolejnych trafień Białej Gwiazdy średnio co 102 minuty.

A to wszystko w lidze, w której występy na flance rzadko niosą za sobą wykręcanie naprawdę konkretnych statystyk. Coby daleko nie szukać – przecież nawet wychwalany pod niebo Haraslin, o którego potencjale mówi się, że jest zbyt duży, aby siedzieć długo w Esie, w całym poprzednim sezonie nastukał 12 oczek w klasyfikacji kanadyjskiej. Znalazłoby się co prawda kilku gości z jeszcze lepszymi wynikami – choćby Udovicić, Bohar, Jimenez czy Pawlowski – lecz nawet pierwszy z wymienionych nie uzyskał tak dobrej konwersji udziału przy bramkach na minuty, co aktualnie Kuba. U Serba przelicznik wynosi 133 za rozgrywki 2018/19 + 3 z obecnego sezonu.

Czy zatem ktokolwiek mógł być zdziwiony, czytając powołania Jerzego Brzęczka na mecze ze Słowenią oraz Austrią? Albo wieszać psy na selekcjonerze jak mniej więcej rok temu? Nie, przez ostatni (niespełna) rok sytuacja Kuby zmieniła się diametralnie. Kiedy bowiem non stop przesiadywał na ławie Wolfsburga, dodatkowo co chwilę zmagając się z urazami mięśniowymi, logiczne było podważanie ciągłego powoływania niedawnego kapitana reprezentacji. Jasne, to zawsze był gość, który nawet bez rytmu meczowego potrafił utrzymać formę fizyczną na niezłym poziomie, a motywacją do gry w barwach narodowych mógłby obdarzyć jeszcze ze trzech innych kadrowiczów. No ale prawda jest taka, że na jesienne spotkania kadry Kuba zwyczajnie „nie dojeżdżał” z ogólną dyspozycją. Gdy już pojawiał się na murawie niby walczył, jednak często bywało tak, że to dobre, co Polacy wypracowali sobie z przodu, bardziej wynikało nie dzięki Błaszczykowskiemu, lecz pomimo niego. Albo chociaż obok niego.

Problem urósł do tego stopnia, że najwięksi złośliwcy wskazywali nepotyzm jako główny powód, dla którego obecny skrzydłowy Białej Gwiazdy wciąż pojawiał się w seniorskiej kadrze. I może nawet miałoby sens przytakiwanie krytykom, gdyby nie jeden drobny fakt, który wówczas wszystkim unikał. I którego echo również dzisiaj wybrzmiewa nam gdzieś z tyłu głowy – czy teraźniejszy powrót gwiazdy Wisły do reprezentacji Polski świadczy o tym, iż naprawdę jest jeszcze w stanie dać jej wiele dobrego? Czy może jednak to dowód wielkiej posuchy wśród skrzydłowych godnych koszulki z orzełkiem na piersi?

Wiadomo, nie zapominamy o Grosickim. Pozytywne impulsy z bocznych stref potrafił dać Zieliński, którego w taki sposób w Napoli wykorzystywał Carlo Ancelotti. Sęk w tym, iż dwóch na raz na jedną pozycję się nie wciśnie, z prawej też ktoś musi biegać, a tam obaj nie czują się komfortowo. 

Kto poza tym? Nie oszukujmy się, Frankowski oblał testy dojrzałości i mimo delikatnej pobudki pod względem formy w MLS w ostatnim czasie został pominięty przez Brzęczka. Na flance nieźle radzi sobie Kownacki, choć to dla niego pozycja nienaturalna, poza tym jest kolejnym graczem, który wolałby stronę lewą od prawej. Wszołek już dawno wyleciał ze sfery zainteresowań, do tego jego występy w QPR były raczej przeciętne, a obecnie pozostaje bez klubu. Nie ma o czym gadać. Bartłomiej Pawłowski niedawno zamienił Ekstraklasę na Turcję i póki co odbija się od ściany, więc to też wątek do pominięcia. Rafał Kurzawa? Bez jaj.

Tak naprawdę z sensownych wyborów pozostaje nam zaledwie Damian Kądzior z Dinama, gdzie radzi sobie naprawdę przyzwoicie, choć akurat w bieżących rozgrywkach jest jeszcze częściej rotowany. Tu akurat faktycznie zapala się lampka, a właściwie neon w kształcie napisu „dlaczego on jeszcze nie dostał poważniejszej szansy od Brzęczka?” Szczerze powiedziawszy mamy nadzieję, iż niebawem się to zmieni. Nawet jeżeli selekcjoner wciąż widzi w nim głównie zmiennika, to zmiennikowi też przydałoby się nieco rytmu i praktyki boiskowej, aby złapał flow z kolegami, czyż nie?

Jeśli więc nawet w najgorszym dla siebie dołku Kuba bywał powoływany na zasadzie „na bezrybiu i rak ryba”, to tym bardziej nieodzowny pozostaje teraz. Oczywiście przy jednoczesnym zastrzeżeniu, że nie postrzegamy go jako potencjalnego zbawcy, który wyciągnie nas z każdej opresji. Bez przesady. Jesteśmy jednak spokojni, że po powrocie z ostatniej kontuzji i po tym co pokazał zwłaszcza z ŁKS-em lub dając zmianę z Pogonią i dla kadry będzie stanowił wartościowe wzmocnienie. Zwłaszcza, iż większe kłopoty zdrowotne zdaje się mieć już za sobą. Ostatnia kontuzja, która wykluczyła go z gry na parę miesięcy była urazem mechanicznym, więc i na tym polu powinniśmy czuć wielki spokój.

Spokój, który Błaszczykowski musi jeszcze oczywiście potwierdzić dobrymi występami na boisku. A jednocześnie spokój, który może mącić fakt, że już zdecydowanie bliżej niż dalej mu do końca (reprezentacyjnej) kariery. Nie zdziwilibyśmy się, gdyby zrezygnował z kadry na przykład po Euro 2020. Przynajmniej z dzisiejszej perspektywy zostawiłby w swoim miejscu lej po bombie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się