var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Co się dzieje z Chojniczanką? Zjazd ekipy, która miała chrapkę na awans

Autor: Filip Gierszewski
2019-09-08 17:15:42

Ekipa z Grodu Tura przez trzy ostatnie sezony była liczącym się kandydatem do awansu. Nawet w zeszłym roku, gdy miotały nią różne zawirowania, runda jesienna nie była tak tragiczna, jak teraz. Osiem punktów w ośmiu meczach to najgorszy start rozgrywek w historii występów Chojniczanki w I lidze. Co więc stoi za taką mizerią, jaką prezentuje klub, który jeszcze przed rokiem bił się jak równy z równym o wejście do Ekstraklasy?

Problemy natury pozasportowej

Na samym początku za najbardziej prozaiczną przyczynę należy uznać ogromne przetasowania personalne, które miały miejsce w Chojnicach na przestrzeni trzech ostatnich okienek transferowych. W ów czasie da się naliczyć po czterdzieści sprowadzonych i równą liczbę oddawanych zawodników! Do tego trzykrotna zmiana trenera, rozpoczęta od pożegnania się z Krzysztofem Brede, zamienionego na Przemysława Cecherza. Gdzie obecnie jest pierwszy, a gdzie drugi szkoleniowiec dobitnie świadczy o powodzeniu tegoż ruchu.

 

 

Znaczące zmiany wielokrotnie zachodziły nie tylko w szatni, ale też za biurkiem dyrektora sportowego. Zajmujący od 2012 roku to stanowisko Maciej Chrzanowski odszedł z Chojniczanki pod koniec zeszłego roku. W jego miejsce wskoczył Rafał Żurowski, który zapowiadał gruntowną rekonstrukcję składu, lecz nie wahał się on pozostawić za sobą napoczętego placu budowy, gdy pracę zaoferowała mu Arka. Dziś z trenerskim duetem Petrików jako dyrektor sportowy współpracuje Łukasz Wróbel, posiadający podobny do Żurowskiego poziom doświadczenia w fachu, którym obecnie się zajmuje. Czyli niewielkim.

Kompletna destabilizacja pod wieloma względami sportowej sfery MKS-u nie dawała dobrych podłoży, aby latem można było z optymizmem patrzeć na sezon, którego początek okazał się być dla Chojniczanki fatalnym. Wymiana co okienko najważniejszych postaci (nie tylko tych, co biegają po boisku, ale zajmujących się ich sprowadzaniem i trenowaniem) i oczekiwanie, że „może w tym roku się uda” jest zwyczajnie wbrew logice.

Być może znajdzie się ktoś, kto podsunie przykład Stomilu z poprzedniej rundy wiosennej. Przecież ostatniego dnia zimowego okna zakontraktowanych zostało tam kilkunasty zawodników, a OKS zakończył ów rundę jako jedna z najskuteczniejszych drużyn!

Trudno jednak porównywać sytuacje tychże zespołów. Stomil w tamtym czasie de facto upadał, mobilizacja kilku osób połączona ze zdeterminowaną grupą kibiców pomogła klubowi wstać na nogi. Piłkarze dowodzeni na boisku przez Grzegorza Lecha, jednego z najbardziej zakorzenionych w olsztyńskim zespole zawodników, po prostu grali wówczas o życie. Zupełnie inaczej działa na sportowcu motywacja, gdy z tyłu głowy wie, że jego klub zaraz może przestać istnieć, a jeszcze inaczej, gdy tak naprawdę nie jest mu sprecyzowane, o co gra. Bo w Chojnicach, jak prawie zawsze, ostrożnie mówi się o walce o awans, z kolei woli się używać wyświechtanego „wygrywania każdego kolejnego meczu”.

Problemy natury czysto boiskowej

Los sprowadził na siebie te dwie ekipy w ostatnią sobotę. I jak na dłoni było widać, co faktycznie dolega Chojniczance w kwestii taktyki. Tutaj nie może być już mowy o braku wykorzystanych sytuacji. Racja, Stomil zagrał w Chojnicach bardzo dobrze, ale bądźmy szczerzy – MKS niezbyt utrudnił mu wówczas robotę.

Wiadomym jest, że drużyna prowadzona przez Piotra Zajączkowskiego słynie z kontr, którymi kąsa rywali, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. W sobotnim pojedynku tych szybkich ataków po odbiorze piłki w okolicach środka pola było całe mnóstwo. Składało się na to kilka czynników, nieporozumień i niedokładności w grze Chojniczanki, z których olsztynianie skrzętnie korzystali.

Zacząć można od nierozwiązywalnej od kilku lat bolączki Żółto-Biało-Czerwonych, jaką jest brak snajperów. Z tym, że dzisiejszym problemem MKS-u jest nie tylko brak skuteczności jej napastników, ale też niemożność stworzenia im sytuacji, z której mogliby „coś” stworzyć. Duet Mikołajczak-Drozdowicz z Drozdowiczem ustawionym za Mikołajczakiem nie przynosi żadnych korzyści w ofensywie.

Głównym problemem są zadania, jakie wytyczane są im przed meczem. Widać, że ci napastnicy są ukierunkowani na szukanie wolnego pola i uciekanie za plecy obrońców. Niemniej podania wysyłane w ich stronę rzadko kiedy są celne. Obrony rywali w łatwy sposób odczytują zamiary chojniczan, zwężają swoje szyki i wówczas bardzo trudno jest wyszukać daną piłką adresata.

Wtedy Chojniczanka próbuje gry skrzydłami, co przeradza się w multum rzucanych na ślepo dośrodkowań. Praktycznie ŻADNE dośrodkowanie dogrywane przez bocznych pomocników czy obrońców MKS-u nie docierają do adresatów. Mimo to, Żółto-Biało-Czerwoni dalej próbują i pewnie będą próbowali, bo będą do tego zmuszani.

Wracając do uciekających napastników – ich styl gry przyczynia się także do sprawiania trudności swoim kolegom z drugiej linii w rozegraniu piłki. Nie wychodzą do podań, lecz jedynie w małym stopniu absorbują uwagę obrońców. Ich wkład w budowę akcji ogranicza się do minimum, liczby dotyczące kontaktów z piłką i wymienionych podań wyglądają słabo. To pokazuje, że szukają wolnych pól pomiędzy stoperami drużyny przeciwnej i nie pokazują się do krótkich podań kolegom. To doprowadza do tego, że pomocnicy nie mają zbyt wielu możliwości, aby zbudować akcję. Muszą klepać między sobą, a i to nie wychodzi im najlepiej.

Statystyki pokazują, że Chojniczanka wymienia na mecz średnio poniżej trzystu podań. Nie byłby to wynik zły, gdyby gra MKS-u opierała się na bardzo szybkim budowaniu akcji. Zamiast tego, mamy tu świadectwo nieporadności podopiecznych Petrików w konstruowaniu ataku. Za to w próbach długich podań Chojniczanka góruje wśród pierwszoligowców. Co z tego, jeśli do celu dociera połowa z nich, a często i tak nie wychodzi z tego nic szczególnego?

Na plus prezentuje się współpraca bocznych pomocników z odpowiadającymi ich obrońcami. Niemniej częste podłączanie się Mudry czy Sylwestrzaka ostatecznie odbija się tym, że z tyłu zostaje tylko dwójka stoperów. Wysokie ustawienie linii obrony Chojniczanki regularnie uwypuklali szybcy atakujący Stomilu, wyprowadzając wiele kontr po przejęciu piłki w okolicach środka pola. Udane interwencje spowodowane były dobrze zorganizowanym pressingiem, spod którego chojniczanie nie potrafili się wydostać, bo… brakowało im opcji do zagrania piłki.

Napastnicy uciekają między obrońców, boczni obrońcy wspierają pomocników w ataku, ale to za mało, by zmontować akcję, bo pressing rywali jest zbyt mocny. Strata piłki, podanie do urywającego się skrzydłowego z szybkimi nogami, kontra Stomilu z przewagą liczebną (kilku atakujących na dwóch stoperów) i obrona Częstochowy. Tak mniej więcej wyglądało sobotnie spotkanie.

Minęła już pierwsza tercja obecnej rundy i trzeba przyznać, że na boisku Chojniczanka wygląda katastrofalnie. Już nie prawdopodobnie, a po prostu najgorzej od jej wejścia na zaplecze ekstraklasy. Nie ma też zbyt wielu przesłanek na to, że jej sytuacja diametralnie się poprawi. Wszystko bowiem zależy od indywidualnych akcji jej piłkarzy, takich jak Papikjana w pierwszej połowie. W przypadku ataku pozycyjnego, MKS zwyczajnie nie potrafi wymienić kilku podań zbliżających go do bramki przeciwnika.

Sporo mówi się, że w I lidze zdarzyć się może wszystko, ale nie wierzylibyśmy, że Chojniczanka zdoła się jeszcze podłączyć do walki o awans. Wydaje się, że pierwsza część sezonu może być już spisana na straty. Po niej przyjdzie kolejne okno transferowe. I co wtedy? Znów wymiana połowy składu, ławki trenerskiej i dyrektora sportowego?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się