var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Oczy krwawiły, choć są tacy, którzy są po tej reprezentacyjnej degrengoladzie zadowoleni. Czas na agrofutbol

Autor: Krystian Porębski
2019-09-10 18:00:03

Wątpliwej jakości widowisko na Narodowym budziło skrajne emocje. Z jednej strony usypiało, kiedy Polacy w okopach czekali na kolejne ataki Austriaków. Z drugiej bulwersowało... kiedy przez kolejne minuty nic się w tej materii nie zmieniało. To delikatnie mówiąc nie był dobry mecz naszej kadry, a z wyniku powinniśmy być bardzo zadowoleni. Bo to rywale zasłużyli na zwycięstwo i trzeba to otwarcie przyznać.

Przed tym zgrupowaniem nastroje były bardzo dobre. Polska pewnym krokiem zmierzała po swoje, bo przecież w takim gronie, z takim potencjałem, ten awans musi być nasz. Same czyste konta i bardzo obiecujące spotkanie z Izraelem. Jakby tylko przymknąć oko (albo lepiej oba) na grę w pozostałych spotkaniach, to można byłoby powiedzieć, że idzie nam wyśmienicie. Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie.

Przekonali się choćby o tym jakiś czas temu Hiszpanie. Byli tak pewni swojej wielkości, że Vicente del Bosque stwierdził, że w sumie to nie trzeba nic zmieniać. No i jak już trzeba było, to Sfinks, który z La Furia Roja święcił ogromne triumfy, doprowadził również do sprowadzenia jej na ziemię. Takie życie, każdy się myli, jako selekcjoner tak czy siak swoje zrobił.

Co jednak musiało się przyśnić najważniejszym głowom w naszym futbolu, żeby mieć podobne odczucie, że teraz doszliśmy do stanu optymalnego, jesteśmy na szczycie i w zasadzie to nie trzeba nic zmieniać, rozwijać się, obrać jakiegoś kierunku, w którym będziemy zmierzać, nie mam pojęcia. Myślę, że nie ma osoby, która byłaby to w stanie logicznie wytłumaczyć. To znaczy, tak jeszcze myślałem po końcowym gwizdku. Poszedłem pod prysznic, aby ochłonąć po tym pasjonującym widowisku, odpaliłem Twittera i na litość boską... do tej pory zastanawiam się, czy ktoś mnie nie wkręca.

 

 

Bo trzeba żyć naprawdę w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, żeby wygadywać takie kocopoły, jakie padły z ust Jerzego Brzęczka i Zbigniewa Bońka po spotkaniu z Austrią. Mam ogromny szacunek do obu Panów – swoje w końcu osiągnęli - ale są pewne granice pudrowania faktów. Czasami dobrą taktyką jest delikatne nagięcie wydarzeń, aby oczyścić atmosferę, uspokoić sytuację, popracować w spokoju. Ale takich wałków, jakie sprzedał nam ten duet poniedziałkowego wieczoru, to nie wciskają nawet czołowi politycy w kraju. Winszuję.

Jeżeli mamy w ten sposób podchodzić do sprawy i twierdzić, że to my stworzyliśmy więcej sytuacji w meczu, kiedy Austria momentami dociskała nas tak, że ledwo dychaliśmy, to ja nie mam pytań. Nie będę obrażał niczyjej inteligencji i przedstawiał statystyk, bo każdy, kto ma w miarę sprawne oczy, widział co się działo na murawie. To był mecz piłki nożnej, ale nasi rywale zamykali nas raz po razie w hokejowym zamku i podawali sobie „po obwodzie” jak w meczu szczypiorniaka. Futbolówka elegancko chodziła od nogi do nogi, a nasi tylko statystowali. W co my graliśmy, tego nie jestem w stanie stwierdzić. Szczęście dopomogło nam w tym względzie, że nie za bardzo ktokolwiek się kwapił do oddania strzału, a Alaba kilka razy się zawahał w momencie, kiedy mógł pozostawić Fabiańskiego bez szans.

Oczywiście, piłka to nie jest sport sprawiedliwy i taka dominacja jeszcze o niczym nie świadczy. Równie dobrze mogło nam się poszczęścić. Na ile jednak możemy liczyć na farta, pokazały nam dwa ostatnie spotkania. Raz się uda, raz się nie uda i koniec końców znowu wrócimy do punktu sprzed kilku-kilkunastu lat. Choć jakościowo jesteśmy o wiele bardziej zaawansowani. Mimo tego, że trener chce nam wmówić coś innego.

 

 

Bo kozłem ofiarnym – jakżeby inaczej – został ulubieniec publiczności, Piotr Zieliński. Oto nasz zbawca przyjechał z Neapolu i znów nas nie zbawił. Znowu nie był liderem. Znowu nie wykorzystał potencjału. Ponownie nie stworzył czegoś z niczego. Zastanawiam się ile lat musi minąć, aby ktoś w tej kadrze w końcu dostrzegł, że to tak nie działa. Dopóki zespół jakoś funkcjonował, oczywiście nie było sensu ustawiać go pod jednego konkretnego zawodnika, tak aby wreszcie wykorzystać jego potencjał.

Teraz jednak trzeba się bardzo nagłowić, aby doszukać się pozytywów. To nie tak, że chcę krytykować kadrowiczów, bo na ten moment nie wskazałbym nikogo winnego takiej gry. Tragedii nie ma tylko dlatego, że indywidualnie jeden czy drugi piłkarz jest w stanie z siebie wykrzesać coś ekstra. Coś, co uratuje nas przed katastrofą. Zaangażowania naszym również odmówić nie można, ale to na tym poziomie absolutny pewnik. Wyższa szkoła jazdy na dupie to za mało i tym nikogo już nie zaskoczymy.

I chciałbym podkreślić, to nie piłkarze są temu winni, bo należy się zastanowić, co zrobił trener ze sztabem, aby Zieliński faktycznie był w stanie wykorzystać swój potencjał i dać w kadrze to, co potrafi pokazać w klubie. Gdzie jest plan na wykorzystanie naszych ponoć mocnych skrzydeł. Co się stało z Lewandowskim i dlaczego znowu tylko tyra na boisku, zamiast strzelać gole. Dlaczego Krychowiak holuje piłkę przez kilkanaście metrów, żeby potem nie miał do kogo podać. Zawodzić może jeden zawodnik, drugi, może nawet trzeci. Jeżeli za dane spotkanie wyróżnić można jedynie bramkarza, to sami sobie odpowiedzcie, kto tutaj tak... ekhm, popsuł.

Mamy piłkarzy, którzy są w stanie grać fajną piłkę, kilku naprawdę na światowym poziomie. Tymczasem po wczorajszym spotkaniu naczytaliśmy się, że Bednarek to w sumie wyprowadzać piłki nie umie, Bereszyński gra nie na swojej stronie, Bielik z Krychowiakiem to się nadają na stopera, bo również z kreatywnością jest na bakier, a Zieliński, wiadomo, musi wstać prawą nogą. Jeszcze chwila i znów usłyszymy, że Lewandowski to się w sumie tylko w Monachium stara. Winimy tych zawodników, tylko zapominamy, że ten sam Bednarek może sobie spokojnie jako atut wpisać grę długą piłką i rozegrania wcale się nie boi, a Krychowiak radził sobie nieźle w Hiszpanii, gdzie wcale nie był typowym przecinakiem. Nie szukajmy dziury tam gdzie jej nie ma. Jakich byśmy personaliów nie dobrali, jeżeli nie będziemy mieli planu, to nawet gdybyśmy byli w stanie sklonować Lewandowskiego, daleko nie zajedziemy.

A jaki plan wyłonił się po wczorajszym spotkaniu? Niemcy mają gegenpressing, Hiszpanie tiki-takę, Włosi catenaccio, a my dzięki naszemu Jerzemu Brzęczkowi, od dziś możemy dumnie chwalić się naszym agrofutbolem. Bardziej prymitywnie niż z Austrią grać się już nie dało. Jak zwykle w ofensywie lecimy z szabelką na czołgi i choć niegdyś było to zrozumiałe, bo nie było komu strzelać, tak dziś ten potencjał jest znacznie większy. Dlaczego sami ograniczamy się murując dostęp do własnej bramki i bezceremonialnie wywalając piłkę w kierunku bliżej nieokreślonego zawodnika ustawionego w ofensywie? Chyba nadal żyjemy przeświadczeniem, że tylko na tyle nas stać. A tak naprawdę jedynym beneficjentem takiej taktyki może być Kamil Grosicki, który faktycznie może taką lagę zgarnąć i pognać do przodu. Tylko co z tego, jeżeli jesteśmy tak schowani za własną gardą, że w momencie ataku zawodnicy są oddaleni o dobre kilkadziesiąt metrów od siebie i nie jesteśmy w stanie niczym zaskoczyć rywala?

Stawiamy na minimalizm, choć możemy sobie pozwolić na przynajmniej odrobinę szaleństwa. Przez lata wmawialiśmy sobie nawzajem, że nasza reprezentacja nadaje się tylko do gry z kontry, a jak mamy grać atakiem pozycyjnym, to kopiemy się po czole. No i tak długo żyliśmy w tym przeświadczeniu, że nawet jak już ma kto zaatakować, to nadal gramy „swoje”. Problem w tym, że to „swoje” nie jest już tak naprawdę „nasze”. Im szybciej ktoś wyżej to dostrzeże, tym lepiej dla tej kadry. Mamy naprawdę fajną generację piłkarzy i dobrze byłoby to wykorzystać. Na ten moment jednak nic nie wskazuje, aby tak miało się stać. Bo to nie Piotr Zieliński musi się obudzić i coś musi w nim zaskoczyć. Eureki musi doznać Jerzy Brzęczek, bo sądząc po komentarzach prezesa PZPN, jego posada choćby nie wiadomo co, jest nie do ruszenia.

PS Po napisaniu tego tekstu zasłyszałem kolejną złotą myśl naszego selekcjonera. Stwierdził, że kończyliśmy spotkanie z trzema zawodnikami z Championship, a Austriacy mają 18 z Bundesligi... To niby ma świadczyć o potencjale naszej ekipy. Jeżeli sam trener nie wierzy w swoją drużynę, to co on jeszcze robi na tym stanowisku?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się