var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Własne

Zwolenników Brzęczka ze świecą szukać

Autor: Bartosz Adamski
2019-09-11 17:58:35

Przyznam szczerze, że nie sądziłem, iż po tych dwóch wrześniowych meczach będziemy musieli uderzać w aż tak patetyczne tony. Tymczasem szukamy sposobu, niczym Jeden Osiem L, jak zapomnieć. Gdybyśmy mogli, najchętniej wcale nie wracalibyśmy do tych spotkań. Zamiast bowiem wlać w nas optymizm, spowodowały one szerzenie się pesymizmu.

Po meczu z Izraelem wydawało się, że tarcie twarzą po żwirze nie będzie już przyjemniejsze od oglądania spotkań naszej piłkarskiej reprezentacji, tymczasem wróciliśmy do punktu wyjścia. Okazało się bowiem, że mecz z Izraelem był jedynie odchyłem od normy, a porażka ze Słowenią wypadkową permanentnie słabej gry. Wszyscy wiedzieliśmy, że męcząc tak bardzo bułę nie da się notorycznie wygrywać spotkań po 1:0. Gra w meczu z drugą wówczas najlepszą ekipą w grupie dała nam jednak cień nadziei, że ta kadra pod wodzą Jerzego Brzęczka idzie do przodu.

Tymczasem we wrześniu nastąpiła weryfikacja reprezentacji prowadzonej przez tego selekcjonera i okazało się, że nasze Orły nie tylko się nie rozwijają, nawet nie stoją w miejscu, ale wręcz się cofają. Gramy coraz bardziej prymitywnie, bez pomysłu, nie potrafimy konstruować składnych akcji, co przy takim potencjale ofensywnym jest wręcz zatrważające. Nawet po stałych fragmentach gry nie siejemy większego spustoszenia, a przecież ten element, jak żaden inny, da się spokojnie wytrenować.

Po prawdzie, powinniśmy przegrać oba te eliminacyjne spotkania. Meczami bez wątpienia ich uznać nawet nie wypada. To wyglądało po prostu na spotkanie kilkunastu facetów, którzy po grillu postanowili wyjść na boisko i pokopać piłkę. Jako że naprzeciw nich stanęły wytrenowane zespoły, nie mogło się to skończyć strzeleniem przez nas choćby jednej bramki. I tak dobrze, że udało się urwać chociaż punkt.

To, co zobaczyliśmy w piątek i poniedziałek nie miało wiele wspólnego z piłką nożną. O ile jednak w Ljubljanie nie mieliśmy nawet okazji, by strzelić przepisowego gola, o tyle na PGE Narodowym taka możliwość już była. Szczęście jednak nie było przy nas, a to oznacza, że Jerzego Brzęczka opuścił największy sojusznik od momentu podjęcia pracy z kadrą.

Selekcjonerem jest od 14 miesięcy. Przez ten czas zagraliśmy zaledwie jeden dobry mecz, w porywach dwa, bo w debiucie "Brzękola" w Bolonii były atrakcyjne momenty i gdyby nie błąd Kuby Błaszczykowskiego pewnie byśmy wygrali. Nawet jednak ten remis odebrany został jako pozytywny start pracy Brzęczka z reprezentacją. Wydawało się, że jeśli nawet nie uda się wskoczyć na poziom wyższy niż za Adama Nawałki, to przynajmniej nie zostanie poczyniony regres i niezłe mecze nie będą wyjątkiem, a stałą tendencją.

Z biegiem czasu jednak poczynania boiskowe zaczęły wyglądać coraz gorzej. Oglądanie tej kadry stało się katorgą. Podejrzewam, że wielu z nas bawiłoby się lepiej nawet przy Kac Wawie. A tak kaca mieliśmy na drugi dzień po oglądaniu popisów naszych kadrowiczów, bo na trzeźwo patrzeć się na to nie dało.

Powtórzę jeszcze raz: Brzęczek w tych eliminacjach może nic nie wygrać. Ale mógł przynajmniej nie spowodować, by kibice, a pewnie też i zawodnicy, poddawali w wątpliwość jego umiejętności trenerskie. Teraz jednak rejwach dotyczący jego potencjalnego zwolnienia jest już naprawdę głośny i to pomimo tego, że jesteśmy na pierwszym miejscu w tabeli, w dalszym ciągu praktycznie z autostradą na Euro 2020.

Polski kibic stał się wymagający i przewidujący. I bardzo dobrze. Nie zadowala go już sam wynik, bo pomny ostatnich naszych występów na wielkich imprezach wie, że nawet punktowa dominacja w grupie kwalifikacyjnej nie musi być dobrym prognostykiem przed danym turniejem. Musimy grać w piłkę, a nie tylko tę grę imitować, by nie zmarnować potencjału naszej kadry i nie wrócić z kolejnej imprezy z poczuciem zażenowania. A reprezentacja pod wodzą Brzęczka obarczona jest poważnym ryzykiem wpadki.

Zaufanie do obecnego selekcjonera jest wręcz minimalne, a co gorsza – nie dał on podstaw, by wierzyć w lepsze jutro. Wręcz przeciwnie: zamiast pompować swoich graczy tak, jak robił to chociażby na koszykarskim mundialu Mike Taylor, Brzęczek zalicza kolejne słowne wpadki, deprecjonując nawet ich dokonania i szukając przy tym marnych wymówek. Twierdzi, że źle oceniamy potencjał kadry, bo gra w niej trzech zawodników z Championship, podczas gdy u rywali praktycznie cała jedenastka jest z Bundesligi. Jednocześnie jednak nie zauważa, że w podstawowej jedenastce potrafi nie znaleźć miejsca dla wiodących graczy AC Milan czy Juventusu. Takie słowa zawsze negatywnie wpływają na morale, nawet jeśli są wyrwane z kontekstu.

Prawda zawsze leży pośrodku. Ta kadra ani nie jest tak słaba jak stara się sobie wmówić Brzęczek, ani tak mocna, jak wielu z nas ją postrzega. Mamy jednak prawo wymagać lepszej gry niż wymęczone zwycięstwa nad Macedonią Północną czy Łotwą. Nikt nie oczekuje wysokich wygranych nad Austrią, ale grania w piłkę przeciwko niej czy tym bardziej Słowenii – już tak. Mamy po prostu prawo oczekiwać od tej kadry dobrego, skutecznego futbolu. Słabsze momenty są nieodłączną częścią tej dyscypliny, ale nie może być tak, że jest ich znacznie więcej niż tych dobrych.

Tymi dwoma spotkaniami Brzęczek miał dać sobie czas na wprowadzanie nowych rozwiązań taktycznych w kadrze, bo że dostrzegł taką potrzebę, widać było już w pierwszych spotkaniach w Lidze Narodów. Wówczas jednak wolał nie komplikować sobie sytuacji, wrócić do sprawdzonych przez Adama Nawałkę wariantów. Dostał teraz na tyle łatwą grupę eliminacyjną do Euro, że można było oczekiwać, iż szybko zapewnimy sobie awans i będzie można eksperymentować. Przy korzystnych wynikach innych spotkań i w przypadku dwóch naszych triumfrów, mogliśmy już teraz wybiegać myślami w przyszłość i w ostatnich czterech spotkaniach po prostu testować inne ustawienia. A nawet jeśli formalnie wciąż nie bylibyśmy pewni promocji, to lepszego momentu na wprowadzanie nowych wariantów niż spotkanie z Łotwą być nie mogło.

Ale my to spotkanie musimy traktować nie jak sparing, a jako mecz na przełamanie. Trzeba się bowiem coraz bardziej nerwowo oglądać za siebie, bo przewaga stopniała. Zapowiada się niestety walka do ostatniej kolejki o bezpośredni awans. A to oznacza, że trzeba będzie na chybcika, tuż przed przyszłorocznym turniejem, wprowadzać nowe warianty. Okazji do ich przetestowania wiele nie będzie. Wszyscy dobrze pamiętamy, jak skończyło się nawałkowe 1-3-5-2 testowane w sparingach.

My na te mistrzostwa Europy pojedziemy, ale sam awans z takiej grupy nie jest już osiągnięciem. Zwłaszcza że to bardziej eliminacje do eliminacji, bo prawdziwe Euro zacznie się dopiero od 1/8 finału. Te kwalifikacje nie tylko nie wlały w nas optymizmu, ale w dodatku spowodowały szerzenie się pesymizmu. Czy cztery ostatnie mecze są w stanie coś zmienić? Biorąc pod uwagę, do jakiej rangi urosły dwa najbliższe spotkania – to mocno wątpliwe. To bardziej będzie walka Brzęczka o ratowanie honoru.

A być może również i o posadę. Sądzę, że nawet dla prezesa Zbigniewa Bońka sam awans nie będzie postrzegany jako sukces. Obecny selekcjoner umowę ma tylko do końca roku. Gdyby Boniek zdecydował się z nim pożegnać, głosów sprzeciwu raczej byśmy nie uświadczyli. Zwolenników Brzęczka można już teraz bowiem ze świecą szukać. Zaczynają wątpić nawet ci najbardziej przekonani do jego osoby.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się