var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Instagram

Najpierw jest człowiekiem, a dopiero później trenerem. Martin Ševela wie jak dotrzeć do zawodników

Autor: Aleksandra Sieczka
2019-09-16 19:30:57

Praca w klubach zdominowanych przez obcokrajowców wiele go nauczyła. Dowiedział się, że warto pozwolić piłkarzom modlić się na treningach, że włosy można stracić nie tylko z nerwów i że istnieje zaledwie jedna sytuacja, kiedy bieganie po lesie ma sens. Zapraszam na podróż do świata Martina Seveli – trenera, nauczyciela i ucznia. Słowacki szkoleniowiec w środę zostanie zaprezentowany jako nowy sternik ekipy z Lubina.

Klubowy Uniwersytet w Trenczynie

Porozmawiasz z nim jak człowiek z człowiekiem. Doskonale wie, że tylko w ten sposób da się stworzyć drużynę, wobec której faktycznie można mieć wymagania. Sporo wniosków wyciągnął ze swojego piłkarskiego życia, inne przyszły z czasem – na zasadzie metody prób i błędów. I pewnie na Słowacji nie odnosiłby sukcesów, gdyby właśnie nie ten drugi element. Bo to, co najważniejsze u nowego trenera Miedziowych, nie zamyka się w jego dorobku, a wynika z tego, że przede wszystkim potrafi słuchać.

- Jaka jest moja filozofia? Wszystko zależy od treningów. Od zawodników wymagałem podejścia na 100 procent, bo wówczas to normalne, że będą walczyć. Jeśli bylibyśmy w stanie przygotować się na zaledwie 50 procent, to przecież nie mógłbym prosić o dwa razy więcej w czasie meczu – w prostych słowach wyjaśnia temat w wywiadzie na łamach słowackiego portalu „Pravda”. Jest to o tyle istotne, że w swoim rodzinnym kraju faktycznie nigdy nie bawił się w kotka i myszkę. Wiedział, że jeżeli w danym momencie nie da się czegoś przeskoczyć, to spróbują w kolejnym. – Nie lubię piłki nożnej „na alibi”, kiedy zawodnicy starają się grać do tyłu, żeby nie stracić piłki. Sam tak robiłem. A jak coś mi nie wyszło na początku starcia, to potem nie mogłem się pozbyć tej myśli – w wywiadzie dla portalu „Dennik N” podkreśla, że stara się wyciągać wnioski z własnych doświadczeń.

 

 

 

A tak naprawdę jego zadanie wcale nie należało do najprostszych. Zarówno w Trenczynie, jak i w Bratysławie pracował głównie z obcokrajowcami. – Zawsze chodzi o jedno: o to, w jaki sposób budujesz relacje. I to naprawdę nie jest istotne, czy robisz to ze Słowakami, czy z obcokrajowcami. Dla mnie Trenczyn był idealną szkołą do nauki komunikacji w obcym języku – tłumaczy w tej samej rozmowie. Po chwili dodaje, że na wszystko potrzeba czasu, bo przecież jak przyszedł do Slovana, to wcale nie było tak kolorowo. – Zawodnicy mają tendencję do tworzenia grupek. I to z tym trzeba się zmagać, a nie z różną mentalnością w zespole. Każdy wnosi coś nowego i jeśli uda się to zlepić w całość na boisku, można zaprezentować lepszy i bardziej nieprzyjemny dla rywala futbol – uzupełnia wypowiedź. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że w jakiś sposób trzeba dobrać się do podstaw i z grupek stworzyć jedną, silną drużynę. Martin Sevela ma swoje sposoby. Sam był piłkarzem i doskonale pamięta, co lubił, a czego nie był w stanie przeżyć.

Specjalista od integracji

I właśnie jedną z tych drugich rzeczy jest bieganie po lesie. – Nienawidziłem tego robić w czasie zimowych przygotowań do dalszej części sezonu. Pamiętam, że pewnego razu byliśmy gdzieś w Tatrach i mieliśmy trzy treningi dziennie. Byliśmy wykończeni – przytacza ciężkie wspomnienia w wywiadzie dla portalu „Dennik N”. Pamięta dokładnie, że najpierw biegali, później była siłownia, a dopiero na samym końcu ćwiczenia z piłką. – A żeby tego było mało, to jeszcze w czasie biegu trzeba było niesamowicie uważać, żeby się nie wywrócić na oblodzonej ziemi – dopowiada. Dlatego pewnego pięknego dnia, Martin Sevela wpadł na genialny pomysł. Doskonale wiedział, że jak rzuci temat biegania po lesie, samymi słowami doprowadzi swoich podopiecznych do rozpaczy. Więc to zrobił.

Po sobotnim meczu miała być niedzielna regeneracja, dlatego w niedzielny poranek ogłosił, że… będą biegać. Tak po prostu – bez piłki. – Kiedy naprawdę myśleli, że czeka ich ciężki dzień, po chwili biegu dotarli na miejsce, które wcześniej przygotowałem – zapowiada z dumą w głosie w tej samej rozmowie. Szkoleniowiec rozpalił ognisko, przygotował kurczaka, a dookoła poukrywał różne przedmioty związane z piłką: hantle, pachołki i chorągiewki. – Podzieliliśmy się na trzy zespoły tak, aby w każdym z nich było jak najwięcej przedstawicieli różnych narodowości i urządziliśmy sobie mały turniej – tłumaczy, w jaki sposób próbował zintegrować swoich graczy. Musieli sobie wzajemnie pomagać, żeby wygrać, np. podsadzić jednego, żeby mógł dosięgnąć przedmiotu zawieszonego na gałęzi. – A nagroda? Był kurczak! – mówi z entuzjazmem w głosie. Gwoli wyjaśnienia dorzuca jeszcze, że w Trenczynie w ciągu czterech lat zdarzyło im się biegać zaledwie cztery razy.

Świetna atmosfera w zespole miała również swoje słabsze strony. W zeszłym sezonie Martin Sevela raczej nie miał zbyt wielu powodów, żeby rwać sobie włosy z głowy. Wszak Slovan zdominował ligę i szybko zapewnił sobie tytuł. Tymczasem, gdy w Żylinie było już jasne, że mistrzostwo powędruje do Bratysławy, wydawało się, że jego piłkarze zapomnieli o obietnicy, którą złożył kilka miesięcy wcześniej. – Dawno, dawno temu powiedziałem im, że jeśli zdobędziemy mistrzostwo, to mogą mi ściąć włosy. Później pomyślałem sobie, że albo zapomnieli, albo nie do końca mnie zrozumieli – wyjaśnia w wywiadzie dla portalu „Pravda”. No ale nie zapomnieli. – I co ja mam teraz zrobić? Kupić sobie perukę?! Nigdy się tak nie obciąłem! Zastanawiam się teraz, czy jak spojrzę w lustro to będzie ładnie, czy będę przerażony i wystraszę innych!  – wykrzykiwał trener po goleniu. Miał tylko nadzieję, że jego głowa ma odpowiedni kształt do takiej „fryzury”.

Trener, nauczyciel i uczeń 

Ale zanim do tego w ogóle mogło dojść, Martin Sevela stanął w Bratysławie przed poważnym wyzwaniem. Musiał stworzyć drużynę z – co prawda – bardzo dobrych zawodników, ale diametralnie się od siebie różniących pod względem mentalnym. I w grę wchodziły naprawdę przeróżne elementy. W obszernym wywiadzie, który przeprowadził Michal Cerveny z „Dennik N”, szkoleniowiec opowiadał o spóźnieniach, w których niektórzy zawodnicy nie widzieli nic złego. – Jeżeli chodzi o chłopaków z Nigerii, to czułem się jak nauczyciel. W ogóle nie czuli dyscypliny, mieli problemy z koncentracją – wprowadza temat. Można odnieść wrażenie, że czuł się jak prawdziwy detektyw, analizując przyczyny takiego podejścia.

Dlatego pewnego razu zapytał jednego z nich, jak wyglądał trening w akademii, z której do nich przyszedł. – No zaczynał się o 10, ale przychodziłem 10-15 minut później, bo trenerzy nic na ten temat nie mówili – przywołuje wypowiedź zawodnika. Dlatego musiał mu od podstaw wyjaśniać, że lepiej, żeby był 10 minut wcześniej, a nie 10 minut później. – I wiesz co? Wystarczyła jedna rozmowa. Jeśli zdarzyło się, że któryś był później, od razu przepraszał – zwraca się do dziennikarza.

 

 

 

Martin Sevela nie był jedynie wychowawcą, ale również uczniem. Praca w niejednorodnym środowisku nauczyła go cierpliwości i wyrozumiałości. – Pewnego dnia, jeszcze w Trenczynie, przyszedł do mnie jeden chłopak i poprosił, czy może się pomodlić w rogu sali przez 3-4 minuty – opowiada. Nie zgrywa idealnego człowieka. Przyznaje, że miał ogromne wątpliwości, czy mu na to pozwolić, bo za kilka dni mieli bardzo ważne starcie w Pucharze Słowacji. Ale odsunął te myśli na bok. – Otworzyłem Ibrahimowi osobną salę, żeby miał trochę spokoju. Po pięciu minutach wrócił przeszczęśliwy, a w meczu strzelił gola. Zresztą to nie była jedyna taka sytuacja. Słowak opowiadał również, jak w czasie postoju Ibrahim wrócił nieco później do autobusu, bo musiał się pomodlić. – Nie mam uprzedzeń. Poszedłem z zawodnikami do liceum w Trenczynie, żeby włączyć się do walki z rasizmem – dokłada coraz więcej szczegółów do swojej opowieści.

Szkoleniowiec podobnie starał się zrozumieć to, że muzułmanie w jego drużynie ściśle przestrzegali zasad Ramadanu. – I jasne, byli osłabieni, ale próbowałem być pomocny. Nie chcę zgrywać jakiegoś dyktatora i udawać, że mnie to nie obchodzi. Wręcz przeciwnie, byłem zaciekawiony i dopytywałem czy nie są zmęczeni, bo przecież nie sprawdziłem na własnej skórze, jakby to na mnie podziałało – tłumaczy swoje podejście. U niego nigdy nic nie jest czarne albo białe. Zawsze stara się postawić na czyimś miejscu, a praca w Trenczynie nauczyła go, żeby być bardziej tolerancyjną osobą. Trzymał się filozofii, że jeśli będzie lepszy, to dobro do niego wróci. – A przecież pięć minut nie zrobi nikomu krzywdy – podsumowuje wypowiedź w tym samym wywiadzie.
Podpiłowane krzesło

Ale mentalność zawodników nie jest jedyną, nad którą musiał pracować Martin Sevela. Życie w Bratysławie wcale nie należało do takich najprostszych. Zwłaszcza że szkoleniowcowi dwukrotnie nie udało się zakwalifikować do fazy grupowej Ligi Europy. Najpierw, w sezonie 2018/19 odpadł w 3. rundzie z Rapidem Wiedeń (0:4 w drugim spotkaniu), a w kolejnym, w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów, jego drużyna poległa na pierwszej przeszkodzie, przegrywając w karnych z czarnogórską Sutsjeską. W następnym spotkaniu już nie usiadł na ławce Slovana.

– Uproszczając nieco temat, odkąd podpisałem kontrakt, krzesło się pode mną trzęsło. Tak to jest w naszym zawodzie, szczególnie w klubie, który ma wielkie ambicje. Zawsze musisz bronić swojej pozycji dobrymi wynikami i dobrą grą – mówił w rozmowie z portalem „Pravda” bezpośrednio po porażce z Rapidem. Trudno nie odnieść wrażenia, że miał trochę racji. Po zwolnieniu szkoleniowca, na oficjalnej stronie ekipy pojawiły się wypowiedzi prezesa, z których jasno można wywnioskować, że sytuacja przez cały okres trwania umowy była dość napięta. – Powiedziałem mu rok temu, nawet pomimo tego, że presja ludzi była ogromna, że chcę mu dać trochę przestrzeni, żeby mógł spokojnie pracować z drużyną – tłumaczył sytuację Ivan Kmotrik. Trudno uwierzyć, że faktycznie ta przestrzeń była wolna od ingerencji. Szczególnie że w dalszej części rozmowy dodał, że Slovan miał się ponoć w ogóle nie rozwinąć pod względem taktycznym i jeśli chodzi o przygotowanie do sezonu.

 

 

 

Nie jest odosobniony w swojej opinii. Filip Chudy, dziennikarz portalu „Sport 7”, w obszernym komentarzu do zwolnienia szkoleniowca, na samym początku wypowiedzi zaznaczył, że Martin Sevela ma ogromny potencjał, ale nadal bardzo wiele mu brakuje od strony taktycznej. – Niemniej jednak nie powiedziałbym, że to on był problemem Slovana. Właściwie był jednym z najlepszych elementów w ostatnim czasie, bo z tak niejednorodnej drużyny, udało mu się stworzyć nieźle działającą maszynę. A to wcale nie takie proste – napisał dzień po feralnym meczu z Sutsjeską.

Ze względu na ludzkie podejście i umiejętność zjednywania sobie zawodników, Martin Sevela może okazać się świetnym rozwiązaniem dla Zagłębia Lubin. Trochę wątpliwości mogą budzić zastrzeżenia co do jego zmysłu taktycznego, ale podejrzewam, że akurat takie rzeczy będą wychodzić na bieżąco. Najważniejsze w osobie szkoleniowca jest to, że nie stara się być tylko trenerem, ale również nauczycielem, uczniem i specjalistą od integracji. A przede wszystkim człowiekiem.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się