var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Nauka polskiego przez zagranicznych zawodników? Obowiązek, nie możliwość

Autor: Bartosz Adamski
2019-09-18 16:00:10

- Jestem happy, ponieważ byliśmy minus dwa, jeden minut do koństatni, do końca, i mamy jeden point w Kilonia. To jest super! Mieliśmy granie tylko w polskiej Superliga, oni mieli Flensburg, Skopje i Barcelona. To było nasze pierwsze bardzo szczienszko meczu - nie jest to może językowo i gramatycznie znakomita wypowiedź, jednak Andreas Wolff, niemiecki bramkarz PGE VIVE Kielce, udowodnił zagranicznym zawodnikom z Ekstraklasy piłkarskiej, że jeśli tylko się chce, można nauczyć się polskiego w stosunkowo krótkim czasie przynajmniej w takim stopniu, który pozwoli na zrozumienie myśli mówiącego. A w zasadzie niczego więcej nie wymagamy.

Andreas Wolff w Polsce przebywa przez zaledwie dwa miesiące. Mimo to zdążył już udowodnić chociażby Gino Lettieriemu, że jeśli ma się w sobie trochę samozaparcia i chęci do nauki języka kraju, w którym się aktualnie pracuje, to jest możliwe szybko pojąć go chociaż w stopniu pozwalającym na prostą wymianę zdań. Może nie będzie w stanie wyrazić swoich myśli tak dokładnie, jak w mowie ojczystej, ale przynajmniej udowodni, że rozumie cokolwiek.

Przy Wolffie jest jednak pewien kruczek. Transfery w piłce ręcznej przeprowadza się nierzadko z odpowiednim wyprzedzeniem i niemiecki bramkarz wiedział już w październiku 2017 roku, że blisko dwa lata później będzie pracował w Polsce. Nie zmienia to jednak faktu, że podszedł z szacunkiem do zmiany miejsca zamieszkania i postanowił jakkolwiek opanować nasz język. Pierwsze słówka zaczął przyswajać pewnie już w Niemczech, a teraz mowę szlifuje w Kielcach. Wiedział bowiem, że w szatni VIVE będzie się mówić wyłącznie po polsku, czego pilnuje trener Talant Dujszebajew, nomen omen kolejny obcokrajowiec.

 

 

I tym sposobem został wrzucony kolejny kamyczek do ogródka polskiej piłki. Bo skoro gwiazdy światowego handballa, jak właśnie Wolff czy Julen Aguinagalde - pochodzący z nacji, które językowo wcale nie są zbliżone do polskiego - są w stanie przyswoić sobie nasz język, to dlaczego wywiadu po polsku, nawet lekko go kalecząc, po pięciu latach nie są w stanie udzielić Nabil Aankour czy Tom Hateley? Albo nie chcą udowodnić, że umieją, jak Ricardo Nunes, który podobno naprawdę nieźle włada polszczyzną?

Ale nawet nie do końca chodzi o tych graczy, którzy w naszym kraju są przez lata, bo na szczęście takie przypadki jak Aankour czy Hateley to wyjątki. Przeciwnych przykładów można bowiem zliczyć sporo: Inaki Astiz, Flavio Paixao, Gerard Badia. Im to przyszło w zasadzie naturalnie, przez zasiedzenie. Problemem są natomiast ci zawodnicy, którzy są u nas krótko, traktują Ekstraklasę jako odskocznię i nie mają ochoty marnować czasu na naukę polskiego.

Wiele mówi się o naukach języka dla obcokrajowców, które są przeprowadzane w klubach. Z tego, co rozmawiałem z kilkoma osobami ze świata polskiej piłki, wynika jednak, że najczęściej po kilku lekcjach włodarze czy trenerzy już tak bardzo nie naciskają i w ostateczności całkowicie odpuszczają zawodnikom. Zrobi się jeden-dwa fajne filmiki, pokaże się, jak zagraniczni piłkarze odmieniają przez przypadki, uczą się boiskowych słówek i na tym koniec. Przyswajają pojedyncze zwroty, ale zazwyczaj nie na tyle, by chociaż porozmawiać w miarę swobodnie z kolegami z szatni, nie mówiąc już o udzieleniu prostego wywiadu.

Dlatego jestem ciekaw, czy nowy trener Korony Kielce, Mirosław Smyła, faktycznie będzie egzekwował to, co szumnie zapowiadał: dwa razy w tygodniu nauka polskiego dla obcokrajowców. Wygląda na poczciwego gościa, więc jeśli nawet nie utrzyma kieleckiego zespołu w Ekstraklasie, to może chociaż wprowadzi standardy, które powinny być normą od dłuższego czasu.

Poprzednik Smyły niestety do polskiego nie przykładał najmniejszej wagi. Po dwóch latach spędzonych w Polsce jedyne, czego się nauczył, to "dzień dobry" i "do widzenia". O publicznych przemowach w naszym języku nie mogło być mowy. Lettieri nawet w szatni nie wplatał raczej polskich słówek, co przyznawał nawet na Twitterze Kuba Żubrowski.

Dopóki były wyniki, nikt się tym specjalnie nie przejmował. Podobnie zresztą jak ma to teraz miejsce w przypadku Kosty Runjaica. Jeśli Pogoń jest pierwsza w tabeli, to kibicom jest bez znaczenia czy komunikuje się z nimi po niemiecku, angielsku czy w języku pradawnych przodków. Po dwóch latach Runjaica spędzonych w Polsce chciałbym jednak zobaczyć efekty jego nauki, a wcale nie mam przekonania, że byłyby lepsze niż w przypadku Wolffa. U szkoleniowca Pogoni problem tkwi podobno jednak w głowie, bo obawia się, że zostanie źle zrozumiany, a dbając o swoją reputację wśród zawodników nie może sobie na to pozwolić. Niemniej są takie sytuacje, kiedy można sobie pożartować, rozluźnić nieco atmosferę, a na pewno taka wypowiedź w naszym języku zostałaby odebrana pozytywnie.

Doskonale pamiętam słowa Kuby Żubrowskiego z rozmowy na 2x45 z Andrzejem Całą. Mówił wówczas o kolegach z zagranicy w Koronie: - Wielu z tych chłopaków nie podejmuje większych prób asymiliacji poprzez naukę języka polskiego. Szkoda, bo innym przykładem jest Djibril Diaw, który nigdy matury z naszego języka raczej nie napisze, ale gdy próbuje sobie żartować, mówić po polsku, natychmiast rozbawia wszystkich. To natomiast problem nie tylko Korony, ale chyba większości polskich klubów. Nie umiemy w pełni dyktować swoich warunków. Nie wyobrażam sobie, żeby nasza trójka z Genui po roku pobytu tam rozmawiała ze sobą w szatni po polsku. Po godzinach, jak najbardziej. Ale w klubie to oni są gośćmi, częścią zespołu włoskiego.

Przykład musi iść z góry, zatem jeśli zawodnicy nie będą mieli odpowiednich zapisów w kontrakcie, nie będą czuli nad sobą bata, to nie będzie im się chciało uczyć polskiego. Niestety takie przypadki jak wspomniany Diaw czy ostatnio Joao Nunes, który nawet śpiewał nasz hymn, to tylko wyjątki. Po części tę całą resztę nawet rozumiem, bo poza granicami naszego kraju to język w zasadzie nieprzydatny, ale jednak przede wszystkim jego nauka jest oznaką szacunku dla kraju, w którym się pracuje. Damian Kądzior również mógł stwierdzić, wyjeżdżając do Dinama Zagrzeb, że chorwacki jest mu niepotrzebny, ale jednak postanowił go pojąć w stopniu pozwalającym na swobodną wymianę zdań.

Nie oczekujemy przecież, żeby każdy obcokrajowiec był biegły z koniugacji i deklinacji, ale żeby po prostu był w stanie bez tłumaczenia zrozumieć, co ma mu do przekazania trener albo koledzy z zespołu. Żeby był w stanie po polsku – z pamięci, a nie z kartki – zaprosić kibiców na mecz. Chodzi o zwykłą uczciwość biznesową: skoro płacimy ci pieniądze, oczekujemy, że zrobisz wszystko, by jak najlepiej reprezentować nasz klub. A znajomość języka na pewno ci w tym pomoże.

Latem do Ekstraklasy trafiło blisko 60 nowych obcokrajowców. Jeśli choć połowa z nich nauczy się polskiego w stopniu komunikatywnym, zostanie to uznane powszechnie za akceptowalny wynik. A powinniśmy tego wymagać od każdego. To nie powinna być dowolność, lecz obowiązek.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się