var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: arka.gdynia.pl

Wojciech Pertkiewicz dla 2x45: O odwołaniu dowiedziałem się na urlopie za granicą. To było odwrócenie karty PR-owej właściciela

Autor: Rozmawiał Maciej Golec
2019-09-19 17:30:27

Trzy tygodnie temu w biurach Arki Gdynia zatrzęsła się ziemia. Wojciech Pertkiewicz został odwołany ze stanowiska prezesa, a w klubie nastąpiło nowe rozdanie. Były prezes żółto-niebieskich mówi nam o latach swojej pracy w Arce. M.in. o sytuacji finansowej, odmiennej filozofii jego i właściciela, o tym jak dowiedział się o odwołaniu oraz dlaczego po meczu z Midtjylland trafił do szpitala. Zapraszamy.

Kiedy ostatnio miał Pan tyle wolnego czasu?

Dawno temu. Co nie znaczy, że teraz mam go tak dużo, ale chwilowo na pewno więcej.

Przydał się taki reset po 7 latach prezesury?

Trochę na pewno, przede wszystkim dobrze żeby głowa odpoczęła, ale zaraz i tak będzie potrzebna kolejna porcja adrenaliny. Trudno odwyknąć od takiego uzależnienia.

Przed objęciem stanowiska prezesa był pan dyrektorem ds. marketingu w Arce. Co do specyfiki chyba wszystko jest jasne, ale pod względem stresu, intensywności – jak bardzo te dwa stanowiska się różnią?

Trudno porównywać stanowiska. Prezes, na dodatek w jednoosobowym zarządzie jak to było u nas, ponosi pełną odpowiedzialność (łącznie z majątkową) za całokształt funkcjonowania spółki. Posiada wiedzę dotyczącą wszystkich pionów, a im więcej tej wiedzy tym większy stres. Szef działu to tylko wycinek działalności firmy, ale u nas była dosyć specyficzna sytuacja, bo gdy byłem dyrektorem mieliśmy zarząd niestacjonarny, więc mój zakres obowiązków był nieco szerszy niż tylko i wyłącznie dział marketingu. Dzięki temu miałem dosyć dobrą znajomość tego, jak klub wygląda od środka. Poza tematami finansowymi, których stan, jak się później okazało, był dość przerażający – 7,5 miliona długu i właściwie kłódka na bramie oraz strajk zawodników pierwszego dnia mojego urzędowania. Piękny start.

Presja ze strony kibiców na stanowisku prezesa też pewnie była większa.

Kilka razy moje nazwisko widniało na banerach, domagano się odejścia lub dokonywano publicznej oceny. Zazwyczaj wynika to z rozbieżności zdań, lub jest to po prostu element „negocjacji” środowisk kibicowskich. Na koniec udawało nam się porozumieć. Klub jest przede wszystkim odbierany przez pryzmat wyniku sportowego, a tak naprawdę może czasowo zaistnieć sytuacja, że sama firma dobrze funkcjonuje przy słabych wynikach sportowych albo czasem oczekiwania są ponad stan. Nigdy nie jest idealnie, mało kto jest Barceloną, by trzymać poziom przez miesiące czy lata, choć i Barca ma zastępy krytyków. Bywają i odwrotne sytuacje – klub na skraju bankructwa, a na boisku „żre”. Na dłuższą metę warto zadbać o ciągłość funkcjonowania klubu i jednak mierzyć zamiary według sił.

Dla Arki spadek z Ekstraklasy byłby wielkim dramatem?

Finansowo byłaby to wielka katastrofa. Po rozwoju, jaki Arka w ciągu kilku ostatnich lat przeszła, wiązałoby się to zapewne z dużą przebudową. Udało się wywalczyć w Ekstraklasie „spadochron” dla spadkowicza, około 700 tysięcy złotych. To akurat jest rozsądny punkt w podziale przychodów Ekstraklasy. Nie jest to wiedza powszechna, ale istnieje przepis pozwalający w takiej sytuacji rozwiązać kontrakt z zawodnikiem, płacąc jednomiesięczną odprawę. „Spadochron” może pomóc przetrwać czas transformacji. Niemniej jednak w tym sezonie jestem optymistą i mimo bardzo słabego początku, wierzę, że zaczniemy punktować i odkleimy się od dolnej strefy.

Przy spadku budowa bazy treningowej też by musiała zostać odłożona na później?

Baza treningowa to inwestycja miejska i nie wydaje mi się, by hipotetyczny spadek Arki miał ją zablokować. W Gdyni, poza główną murawą i bocznym boiskiem tak naprawdę nie ma solidnych, pełnowymiarowych boisk z naturalną nawierzchnią, by można było na nich trenować, a grup młodzieżowych i dziecięcych jest sporo.

Jak wyglądała walka o byt w pierwszym sezonie po awansie?

Oj, wtedy to były miękkie nogi do samego końca. Siwe włosy pojawiły się dużo wcześniej, a w trakcie ostatniego meczu z Zagłębiem nie wiem kto zrobił więcej kilometrów. Czy chłopcy na boisku, czy ja chodząc od ściany do ściany na koronie stadionu. Zaczęło się dobrze, ale gdy „Marcjan” zapakował swojaczka, to optyka się kompletnie zmieniła. Ze spokojnego wyniku nagle zrobiło się 2:1 i do końca było gorąco.

Trudno byłoby od razu w kolejnym sezonie wrócić do Ekstraklasy?

Jedynym plusem takiej tragedii byłby fakt, że Arka spadałaby jako klub wyzerowany z długów. Byłoby to zupełnie nowe wyzwanie. Na szczęście nie trzeba było go podejmować.

Wróćmy jeszcze do kibiców. Myśli pan, że ci w Polsce są zbyt niecierpliwi?

Nie wiem czy tak nie jest na całym świecie i nie wiem czy tylko sportu to dotyczy. W ludzkiej naturze jest, że najchętniej wyniki chciałoby się widzieć tu i teraz. Do tego wystarczy dodać oczekiwania, czasem na wyrost, wielkie emocje, element rywalizacji i oceny swojego klubu przez pryzmat innych, zazwyczaj tych, którym się akurat wiedzie i stąd blisko już do skrajnych deklaracji. Z drugiej strony te emocje to sól futbolu i coś, co sprawia, że piłka nożna jest tak pięknym i wielkim sportem. Tutaj każdy wie jak to należy zrobić, by było dobrze. Wszyscy jesteśmy trenerami. I super. Poza tym nie ma też co wszystkich wrzucać do jednego wora z napisem „niecierpliwi”. Ta grupa po prostu najgłośniej wyraża swoje emocje.

Uważa pan, że mógłby spokojnie pójść na Górkę w szaliku Arki?

Mam nadzieję, że tak.

Mimo konfliktu i tych nieprzyjemnych transparentów?

Jestem osobą, która lubi i wydaje mi się, że potrafi rozmawiać. Z kibicami spędziłem, w różnych gronach, dziesiątki jak nie setki godzin na rozmowach nad różnymi tematami. I mimo, że, jak słyszałem, łatwy w obsłudze nie jestem, to mam poczucie, że nikogo nie oszukałem. Nieporozumienia były. Czasem zawiodła komunikacja, a czasem po prostu się nie dogadaliśmy na jakiś temat. Mimo wszystko prawie u wszystkich rozmówców było czuć pasję i to, że im zależy na dobru klubu.

Został pan jednak ciepło pożegnany, mimo tego co się o panu mówiło.

A co się o mnie mówiło?

Kibice Arki, delikatnie mówiąc, mieli o panu różne zdanie.

Nic nie jest wyłącznie czarne lub wyłącznie białe. Jak wspomniałem wcześniej, różnie się układały relacje na przestrzeni lat ale wydaje mi się, że generalnie były one przyzwoite.

Ile smsów i telefonów z podziękowaniami i życzeniami pan odebrał?

Wiele, zaskakująco wiele. Bardzo dużo wręcz wzruszających podziękowań. Miło mnie zaskoczyło spotkanie w pubie z kibicami trzy tygodnie temu. Część osób, które przyszły to byli przez lata krytycy wielu moich poczynań, a jednak piliśmy piwo i rozmawialiśmy do późnej godziny raczej o rzeczach przyjemnych niż nieprzyjemnych. Różnić w ocenach się można, błędy też były i będą popełniane ale fantastyczne jest to, że na końcu wiemy, że wszystkim nam zależało i zależy, by Arka płynęła unikając mielizn i za to możemy wspólnie wypić.

 

 

Po tym co pan mówi mam wrażenie, że wszystko co dobrego pan robił za swoich rządów to trochę czarna robota. Doceniona dopiero gdy pana w klubie nie ma.

Bo oceniamy to, co jest tu i teraz. Jeśli chłopaki dostaną w czapę trzy razy z rzędu, to już nikogo nie interesuje co było wczoraj, nikogo nie interesują medale, nikogo nie interesuje w którym miejscu jest klub i nikogo nie interesuje, że klub kiedyś awansował do Ekstraklasy. Tak powinno być. Odcinajmy przeszłość od teraźniejszości i planów na przyszłość, żyjmy historią na bazie ksiąg, annałów, muzeów i wszystkiego, z czego można być dumnym, ale trzeba patrzeć do przodu. Jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Klub się rozwija na wszystkich polach – od szkolenia przez infrastrukturę po marketing. Ja już wpadam do zakładki „historia”, a w niej raczej wspomina się te lepsze momenty.

Zarządzanie klubem ma w sobie coś z pokera?

Decyzje podejmowane są na podstawie posiadanych danych, ale warunki w jakich przychodzi zarządzać często uzależnione są w jakiejś mierze od czynnika losowego. Choćby sytuacja na boisku. Majewski trafiłby w 90. minucie finału Pucharu Polski i warunki do zarządzania na kolejny sezon wyglądałyby zupełnie inaczej. Można dobrze rozegrać rękę, a tu nagle spada karta na „river”, która zmienia siły. W pokerze jeszcze pozostaje bluff…

W pokerze też rządzi ryzyko. Panu go zabrakło?

Nie tyle, że rządzi, ile trzeba nim gospodarować dosyć rozsądnie. Jak wspomniałem, w pokerze jeszcze jest element bluffu. W klubie przy niskim stacku, czy zresztą jakimkolwiek, nie zagram „all in”. Przegrasz i jest po klubie i nie ma kolejnego „turnieju” za tydzień, także każde ruchy trzeba rozważać dosyć mocno. Właśnie taki styl zarządzania – ryzykowny – doprowadził Arkę do podbramkowej sytuacji finansowej. Ja obrałem inny kierunek i to dzięki temu i dziesiątkom fantastycznych osób, które mi pomagały, Arkę udało się z tarapatów uratować. Zaczęło się od zdejmowania kłódki z drzwi. Z każdym z ponad 100 wierzycieli trzeba było się dogadać i wobec każdego być wiarygodnym, czyli dotrzymywać terminów spłat. Spłacanie długów trwało pięć lat i tylko dzięki konsekwencji udało nam się ten plan zrealizować.

Wspomniane ryzyko, a właściwie jego brak, było największym zarzutem Dominika Midaka wobec pana?

Mi tego nie powiedział.

Słuchał pan konferencji prasowej?

Słuchałem i mam podobny odbiór tego co usłyszałem. Uważam, że do finansów, z natury ograniczonych, trzeba podpinać kosztorys organizacyjny i sportowy klubu. Po prostu dyscyplina budżetowa. Odniosłem wrażenie, że teraz nieco od tego klub odstępuje i priorytetem jest wartość sportowa, a finansowanie musi się znaleźć. Powtórzę jednak, że to tylko moje wrażenie, ponieważ nie rozmawialiśmy na ten temat.

„Przed sezonem zaplanowaliśmy mocniejsze ruchy transferowe, których zarząd nie zrealizował”. O jakich ruchach mówił właściciel?

A to pierwsze słyszę, bo zrealizowaliśmy wszystkie, jakie były możliwe do zrealizowania. Powiem więcej, razem byliśmy na spotkaniach, gdzie omawialiśmy priorytety. Poza tym od początku współpracy uzgodniliśmy, że w sprawach transferowych do pierwszej drużyny i stanowiska trenera konsultujemy się w szerszym gronie. Jasne, że w rozmowach padały nazwiska wielu różnych zawodników, ale skoro jacyś teoretycznie mocniejsi nie trafili do Arki to znaczy, że Arki nie było na nich stać.

Często wypowiadał się w takim tonie, że lepiej kupić mniej zawodników, ale za większe pieniądze.

Ma rację i taki był plan, tylko że wszystko musi się znajdować w ramach funduszu jakim klub dysponuje. Dwunastoma zawodnikami ligi się nie pociągnie. Założenie było takie, by kilku zawodników pożegnać i po transferach przychodzących mieć w kadrze finalnie 25-27 piłkarzy. Przedłużyliśmy kontrakty z Jankowskim i Danchem. Jedynką na liście był Busuladzić i Antonik jako młodzieżowiec. To poszło dość sprawnie. Kolejna jedynka to był napastnik i tu rozmów było sporo. Koniec końców trafił do nas Fabian Serrarens. Dołączył rekomendowany na skrzydło Santi Samanes i Michał Kopczyński jako uniwersalny defensywny pomocnik i środkowy obrońca, szkoda, że doznał tak pechowej kontuzji w pierwszym sparingu.

Przyszedł też Budziński.

To już nieco później, po kontuzji Kopy.

Niedawno doszło dwóch Hiszpanów.

Zarówno oni jak i Marko Vejinović to już praca po moim odwołaniu. Najwyraźniej pojawił się plan finansowania, zgodnie z którym klub stać i na Marko Vejinovicia i na dwóch Hiszpanów. Cieszę się, bo Marko to świetny piłkarz i człowiek.

 

 

Tygodnik „Piłka Nożna” napisał, że Dominik Midak rozmawiał z Vejinoviciem za pana plecami.

Z pewnością, ale nie odbierajmy tego jako coś negatywnego tylko jedynie słusznego w danej sytuacji. Skoro miałem być odwołany za kilka dni… Inna sprawa, że dość dobrze znam środowisko jak na 9 lat pracy i informacje o rozmowach docierały do mnie. Kulisy znam, ale traktuję je wyłącznie jako ciekawostkę.

A gdy rozmawialiście z Marko w maju, jak wyglądały kwoty? PN podaje pensję ok. 40 tys. euro.

Nie wypada mi mówić o kwotach. W doniesieniach i spekulacjach padały różne kwoty. Od kwoty transferu po spodziewane uposażenie Marko. Często kwoty z sufitu i absurdalne.

Jak ta 40 tys. euro?

Jest to jedna z wielu z sufitu. Na pewno to nie jest zawodnik, na którego Arkę było stać. Cieszę się, że jest stać teraz, bo jako firma sportowa to klasowy piłkarz – zarówno na boisku jak i poza nim pełny profesjonalista. Jest wartością dodaną i kilku młodych grając z nim też na tym skorzysta.

Czasami tak się dzieje, że jeden piłkarz potrafi swoją grą wpłynąć na innych. Przy nim rosną sportowo.

I niech tak będzie, niech ta forma się utrzymuje, bo na pewno wola z jego strony jest. Jak wspomniałem wcześniej, sportowo jestem spokojny. Mimo słabych wyników uważam, że po dotarciu się szatni to ruszy.

Ile transferów nie doszło do skutku przez ograniczenia finansowe?

Dział sportowy pracował nad transferami na wytypowane wcześniej pozycje. Były rozmowy z zawodnikami i część jest w Arce, a z częścią nie udało się porozumieć. To chyba oczywiste, że tak to wygląda. W każdym klubie. Nie można natomiast mówić o transferach, które nie zostały zrealizowane w przypadku zawodników, których warunki startowe były nieosiągalne dla Arki i nie tylko Arki zresztą. Bądźmy poważni. Ja też oglądam Ligę Mistrzów, ale nie przyszłoby mi do głowy mówić, że transfer Harry`ego Kane`a z Tottenhamu do Arki nie doszedł do skutku przez ograniczenia finansowe…

To może inaczej – sytuacje, w których Dominik Midak chciał jakiegoś zawodnika, a nie było to możliwe.

Nie kojarzę takiej sytuacji

Nic nie proponował?

Nie kojarzę. My byliśmy umówieni na to, że ja zarządzam firmą, a w tematach kluczowych – czyli temat trenera i zawodników – zawsze rozmawialiśmy w szerszym gronie z osobami odpowiedzialnymi za pion sportowy.

Zawodnicy odmawiali z powodów finansowych?

Nie zawsze. Mimo, że Gdynia jest pięknym miastem to dla zawodnika, który nigdy nie był w Polsce taka przeprowadzka do „egzotycznego” kraju jest dużym wyzwaniem. Szczególnie, gdy ma już rodzinę. Kilka lat temu rozmawialiśmy z Austriakiem. Był u nas wraz z dziewczyną. Rozmowy szły dobrze, kasa się zgadzała. Po powrocie do domu oddzwonił, że po długich rozmowach z rodzicami stwierdza, że Polska to nie jest na dziś dobry kierunek. Polska! Nie Arka. Różnie to zatem bywa.

Dwa lata temu powiedział pan, że wydanie 400 tys. euro na zawodnika by Arkę zabiło. Coś się zmieniło przez ten czas?

Myślę, że nadal nie stać Arki na takiego zawodnika. W ogóle, żeby zrobić transfer gotówkowy w wysokości miliona złotych, mówiąc o sytuacji sprzed trzech tygodni – nie ma szans, ale chyba i potrzeby takiej nie ma na dziś.

Jak bardzo zatem zabolało kupno Kolewa, Staniszewskiego i Aankoura?

A skąd informacje, że Kolew i Aankour to były płatne transfery?

A nie były?

Co jest w umowach między klubami niech tam pozostanie.

Zakontraktowanie Marko Vejinovicia odebrałem jako demonstrację zwycięskiej filozofii właściciela. A pan?

Skąd takie małostkowe podejście? Odebrałem to jako mądry i przemyślany ruch PR-owy z bonusem w postaci wysokiej jakości sportowej, to na pewno. Dominik ostatnimi czasy zbierał trochę werbalnych ciosów na trybunach, jest nowy prezes, więc chciał zrobić nowe otwarcie. Akcja była na tyle szybka, że zdążyli mnie odwołać i powołać nowego prezesa, żeby transfer Marko poszedł na jego konto. I super, naprawdę odbieram to jako rzemieślniczo dobrą rzecz.

Nie czuł pan okazania tym ruchem wyższości z jego strony?

Nie rozumiem skąd pomysł na przedstawianie w takim świetle naszej relacji? Z różnych przyczyn nasza współpraca zmierzała ku końcowi, Dominik miał sytuację kryzysową i zdecydował się na zmiany.

I transfery.

Jasne. Tak jak wspomniałem, to było koło ratunkowe z plusem czyli z dodaną wartością sportową.

A zatrzymanie Vejinovicia nie było możliwe nawet po podpisaniu umowy z meksykańskim miastem oraz sprzedaży Janoty oraz Zarandii?

Dlaczego akurat na tych pozycjach się koncentrujemy? A co z umową z LV BET? A co z innymi sponsorami, innymi przychodami itd.? Zmierzam do tego, że budżet po stronie przychodowej składa się z dziesiątek, a po stronie kosztowej – z setek pozycji i nie ma co wskazywać na jakieś wyrwane z całości. Istotne jest to, co jest pod kreską czyli czy kwota wyświetla się na zielono czy na czerwono i jak rysują się perspektywy krótko i długoterminowe.

Czyli sprzedaż zawodników była wkalkulowana w budżet?

Tak.

Umowa z meksykańskim miastem jeszcze obowiązuje?

Nie, została zawieszona z końcem minionego sezonu

Mówił pan wcześniej o większych planach, kolejnym zawodniku.

Tak, ale myślę, że wpływ na to miała polityka. I to w większej mierze ta u nich. Pamiętajmy, że to była współpraca z miastem, więc w grę wchodził nie tylko sport, fajne relacje, ale pojawiały się też właśnie tematy polityczne. Mimo wszystko na czas podpisania umowy i miesięcy rozmów poprzedzających, dobrze to wyglądało a i ryzyko było znikome.

Jednym z tych nowych hiszpańskich zawodników jest lewy obrońca. Wy skupialiście się głównie na sprowadzaniu ludzi do ataku, podczas gdy przez 1,5 roku defensywa się skurczyła i trzon zostawał taki sam. Nie było planu ściągnąć wcześniej jeszcze jakiegoś obrońcy?

Za sport odpowiada w klubie pion sportowy. W zeszłym sezonie Antek Łukasiewicz był wykonawczy, Piotrek Włodarczyk odpowiadał za część decyzyjną, a poza tym rozmawialiśmy i konsultowaliśmy wszystkie kwestie w szerszym gronie, łącznie z głównym udziałowcem klubu. Zrobiliśmy budżet na ten sezon i stwierdziliśmy, że, tak jak powiedział Dominik, by pozyskać mniej (dwóch, trzech) zawodników, a teoretycznie bardziej klasowych, obrona jest taką formacją, gdzie, kosztem innych, jako tako damy sobie radę. Ciężar finansowy przenieśliśmy na inne pozycje. Coś za coś. Początek sezonu pokazał, że ten ciężar finansowy nie do końca został dobrze rozłożony. Nie byliśmy w stanie, chociaż jak życie pokazało, że teraz jesteśmy, ściągać jedenastu zawodników.

Rok temu najważniejszy głos w sprawie transferów miał Edward Klejdinst, a po jego odejściu kto?

Piotrek Włodarczyk.

Dominik Midak nie miał pretensji za nazwanie go „przyjacielem klubu”?

Rzeczywiście nieco niezręcznie wyszło. Intencja była taka, że Piotr Włodarczyk kończy formalną współpracę z nami, ale nie odwraca się od Arki i nie wyłącza telefonu. Na tej samej zasadzie można powiedzieć, że teraz ja jestem przyjacielem klubu.

Dominik Midak we wrześniu 2017 powiedział, że celem na bieżący sezon będzie bycie mocną drużyną w czołowej „8”. Były jakieś podstawy by tak sądzić?

Na przykład Korona Kielce nie miała zbytnich podstaw, a do ósemki rok wcześniej awansowała. Polska piłka jest tak specyficzna, że sam fakt grania w Ekstraklasie daje podstawy, by tak sądzić. Mimo wszystko powtórzę, że jestem zwolennikiem mierzenia zamiarów według sił, co nie zmienia faktu, że należy motywować, premiować każdy dobry wynik i wyższe miejsce w tabeli. Zajęliśmy wtedy 12. miejsce. Dość spokojnie utrzymaliśmy się w lidze.

Gdyby to tylko od pana zależało, Leszek Ojrzyński zostałby w Arce?

Może odpowiem tak: na rozmowy z trenerem Smółką jeździliśmy razem z Dominikiem i Piotrem Włodarczykiem chyba trzykrotnie. Były długie, ale trener zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Przekonanie do tego, co zaprezentował Smółka było u każdego z nas i przez to optymistycznie do tego podeszliśmy.

Ojrzyński utrzymał drużynę, zdobył Puchar, Superpuchar i zapewnił spokojne utrzymanie w następnym sezonie. Nie o to Arce wówczas chodziło?

Zgadza się, ale miał być zrobiony krok do przodu, inna strategia… Z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że nie wyszło.

Kiedy po raz pierwszy naszła pana myśl, żeby zwolnić trenera Smółkę?

Wyniki sportowe były dramatyczne, seria porażek ciągle rosła, ale to nie był jedyny powód mojego przekonania o potrzebie natychmiastowej zmiany trenera. Próbowałem przekonać do tego Dominika Midaka znacznie, znacznie wcześniej niż do tego finalnie doszło.

W takim razie co jeszcze jeśli nie tylko wyniki sportowe?

Nie wypada, zostawmy to.

Kontrowersyjne wypowiedzi?

Nie, zupełnie co innego.

W takim razie dlaczego właściciel zwlekał?

Trzeba właściciela pytać.

Panu tego nie powiedział?

Nie.

Miesiąc przed zwolnieniem powiedział pan, że Smółka może spać spokojnie.

A jak Pan sobie wyobrażał wypowiedź przed kamerami, przed meczem? Nie wszystko należy przedstawiać na forum publicznym, a nawet jeśli, to ważne jest miejsce, czas i kontekst. Nieco żartobliwie – pamiętam ze starego Championship Managera, że jak dostawało się wotum zaufania to właściwie tydzień czy dwa i można było się pakować.

Sprawa Smółki to było główne poróżnienie z właścicielem?

Myślę, że sprawa trenera i wielu odprysków pobocznych z tym związanych.

Wtedy pan już wiedział, że to koniec?

Początek końca na pewno.

Jaka atmosfera panowała wówczas w klubie?

Słaba. Sportowo dramat, organizacyjnie też się posypało. Ludzie wyczuwali iskry między zarządem a właścicielem, ale potem udało nam się porozumieć i współpraca do końca sezonu wyglądała naprawdę przyzwoicie.

Właściciel powiedział panu wprost o zwolnieniu?

Nie, do dziś mi nie powiedział (śmiech). Odwołała mnie rada nadzorcza, dowiedziałem się o tym będąc na urlopie za granicą. Ale muszę przyznać, że byłem tego świadomy. To był wtorek, wiedziałem, że wieczorem zbiera się rada i zostanę odwołany.

Czuł pan żal?

Nie, o decyzję nie. Ona narastała od jakiegoś czasu i w końcu musiała się wydarzyć. Tak naprawdę był to ostatni moment, żeby odwrócić kartę PR-ową właściciela. Doskonale to rozumiem.

W którym momencie najbardziej pan osiwiał?

Gdy przychodziłem do klubu i zobaczyłem jak wygląda sytuacja finansowa. Nie ukrywam, wszyscy prawnicy i mecenasi, z którymi rozmawiałem sugerowali mi, żeby czym prędzej stamtąd uciekać. „Jak możesz, próbuj się jeszcze z tego wymiksować”. Ale podjąłem wyzwanie, było kilka nieprzespanych nocy, ale cieszę się, że wokół klubu były osoby, z którymi udało się przygotować plan i z nimi w parę lat go zrealizować. W najgorętszym okresie bez wsparcia takich osób jak prezydent Gdyni – Wojciech Szczurek, Roman Walder, Piotr Wesołowski, Waldek Dampc, Mariusz Czoska, Tomasz Banel to by się pewnie nie udało. Oprócz tego jeszcze wiele innych świetnych osób, które dołożyły się gestem i czynem do tego, że Arka nie tylko płynie dalej, ale płynie po wodach Ekstraklasy bogatsza o kilka trofeów.

Z jaką myślą pierwszy raz jechał pan na Narodowy?

Możemy teraz żartować i napinać się, że jechaliśmy po zwycięstwo. Jasne, że w sercu pika: „damy radę, damy radę!”, ale rozum podpowiadał: „cholera, w lidze walczymy o utrzymanie, Lech to lokomotywa, więc z czym do ludzi?”. Na kolacji przedmeczowej publicznie powiedziałem, że szansę oceniam na naście procent i nikt nie powiedział, że nie! Te proporcje właśnie takie były, Lech jechał na trzeci finał z rzędu, więc byli niesamowicie zdeterminowani, żeby go w końcu wygrać. Jako underdog często gra się łatwiej i chyba tak właśnie było. Im dalej w mecz, im dłużej utrzymywaliśmy 0:0 tym nasze szanse wzrastały.

To kiedy pan uwierzył?

Po raz pierwszy gdy Majewski nie strzelił w tej 90. minucie. Serce stanęło. Ale jak już była dogrywka, to pomyślałem, że dociągniemy do karnych i tam ich trafimy. A okazało się, że Marciniakowi raz w roku piękna wrzutka zejdzie (śmiech). W tym sezonie też jedną miał.

Czyli do końca sezonu już nie będzie.

Być może wyjdzie mu sześć, ale w kolejnych sześciu latach nie będzie miał żadnej! Teraz jest większa rywalizacja na pozycji dla Adama to liczba dośrodkowań wzrośnie (śmiech). Adam to solidna firma, będzie dobrze.

A jak było z Midtjylland?

Niesamowita euforia po meczu w Gdyni i cisza w Danii. Emocjonalny rollercoaster, szkoda, że bez happy endu.

Po meczu stypa?

Po meczu to ja do szpitala trafiłem. Jadąc do Danii trochę mnie brzuch pobolewał, ale zbagatelizowałem, myślałem, że stres się odzywa. A po spotkaniu padłem i okazało się, że wyrostek i od razu na stół, więc drużyna wróciła do domu, a ja w Herning zostałem jeszcze 4-5 dni. Ciekawostka taka, że jednym z pielęgniarzy w szpitalu był syn Arkadiusza Gmura, byłego piłkarza Legii Warszawa, więc piłka nożna towarzyszyła nawet pod kroplówką.

Kiedy możemy się zatem spodziewać pana powrotu?

Na razie odpoczywam i załatwiam prywatne sprawy.

Ale jajecznica po wygranych derbach aktualna?

Jak najbardziej!


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się