var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Na Śląsk znów chce się chodzić. Wpadka z Widzewem tego nie zmienia

Autor: Bartosz Adamski
2019-09-25 14:55:07

Domyślam się, jakie słowa cisną się na usta kibicom Śląska Wrocław po wczorajszej przegranej w Łodzi z Widzewem. Dominuje w nich złość, może nawet wstyd, że zostali wyeliminowani już na starcie rozgrywek, w dodatku przez zespół z trzeciego szczebla rozgrywkowego. Ale niech ta wpadka nie zamaże całościowego obrazu Śląska z początku sezonu. Bo wreszcie na Stadion Miejski chce się przychodzić.

Mieszkam we Wrocławiu od urodzenia i nie sposób jest nie zauważać w nim obecności Śląska. To miasto duże, ale odmienne od Krakowa, Łodzi czy nawet Warszawy o tyle, że poza WKS-em nie ma żadnej konkurencji pod względem kibicowskim. Ślęzie, najstarszemu wrocławskiemu klubowi, kibicuje dosłownie garstka osób, wręcz niezauważalna. Mimo to Stadion Miejski w ostatnich latach głównie świecił pustkami.

Przede wszystkim to kwestia kompletnie niewykorzystanego potencjału, które przyniosło mistrzostwo Polski w 2012 roku. Mogła się wówczas zrodzić prawdziwa moda na Śląsk, a tymczasem indolencja osób odpowiedzialnych za marketing sprawiła, że ludzie szybko przeszli nad tym tytułem do porządku dziennego. Podczas gdy w sezonie 2011/12 średnia liczba widzów na Maślicach wynosiła 16 627, co dawało trzeci wynik w lidze, już sezon później było to 15 119 osób. Nie był to gwałtowny regres, ale powoli zaczęła tworzyć się równia pochyła, która spowodowała, że puste trybuny i 4 tysiące widzów na Stadionie w następnych latach już nikogo nie dziwiły.

Oczywiście po okresie mistrzowskim Śląsk był regularnie osłabiany z uwagi na cięcia w budżecie, co powodowało, że kibice w większej liczbie niż zawsze przychodzili tylko na hitowe starcia, chcąc obejrzeć bardziej utytułowanych przeciwników niż rodzimą drużynę. A wrocławscy zawodnicy nie potrafili z reguły tej publiki utrzymać. Spójrzmy tylko na wyniki osiągane, gdy na trybunach Stadionu Miejskiego pojawiało się powyżej 20 000 kibiców w czterech ostatnich sezonach:

  • 16/17 Śląsk – Legia 22 004 widzów, wynik 0:4

  • 17/18 Śląsk – Legia 24 086 widzów, wynik 2:1

  • 17/18 Śląsk – Lech 22 075 widzów, wynik 2:0

  • 17/18 Śląsk – Wisła 21 503 widzów, wynik 0:2

  • 18/19 Śląsk – Legia 20 084 widzów, wynik 0:1

  • 19/20 Śląsk – Pogoń 24 968 widzów, wynik 1:1

  • 19/20 Śląsk – Zagłębie 20 434 widzów, wynik 4:4

Takich spotkań było ledwie 7 na 60, a mówimy przecież o zaledwie połowie zapełnienia areny. Bilans 2 wygranych spotkań, 2 remisów i 3 porażek nie wygląda zachęcająco. Zwyciężać udawało się jedynie Janowi Urbanowi, a i tak gdy tylko po nudnej grze z Wisłą Kraków przy 21 tysiącach osób dostał w czerep, nagle frekwencja została drastycznie obniżona.

Teraz wiarę kibiców Śląska próbuje odbudowywać Vitezslav Lavicka i udaje mu się to w lidze skutecznie. Frekwencja rosła wraz z kolejnymi meczami dokładanymi do serii spotkań bez porażki, a gdy po przeciętnej batalii z Pogonią kilka tysięcy osób zwątpiło, to szalone widowisko w derbach z Zagłębiem sprawiło, że ci, którzy przyszli, na pewno powrócą jeszcze nie raz. Nawet jeśli drużyna nie wygrywa, to fani wiedzą bowiem, że nie będą się nudzić. Piłka nożna przyciąga emocjami, a tych w ostatnim czasie na Stadionie Miejskim nie brakuje. Najpierw trzymający w napięciu mecz z Cracovią, a teraz niesamowita walka na noże z "Miedziowymi". Widok gromko klaszczących po ostatnim gwizdku kibiców i dziękujących zawodnikom za grę zostanie zapewne wszystkim w pamięci na długo. Takich chwil w ostatnim czasie na wrocławskiej arenie po prostu brakowało.

Wreszcie da się wyczuć entuzjazm, ale mam wrażenie, że on w fanów został tchnięty już w momencie nominacji czeskiego szkoleniowca. Pojawiały się głosy, że pierwszy raz od czasów Oresta Lenczyka WKS ma trenera z prawdziwego zdarzenia. Lavicka był przecież dwukrotnie mistrzem Czech ze Slovanem Liberec oraz Spartą Praga, prowadził tamtejszą potęgę, dobrze szło mu także na stanowisku selekcjonera młodzieżowej reprezentacji Czech. Praktycznie kogo by nie spytać w temacie 56-latka, zewsząd wiało optymizmem. Dlatego jego przyjście do Polski w styczniu, w zasadzie jako jedyne ogólnopolskie medium, zdecydowaliśmy się solidnie opakować. Bo rzadko się zdarza, aby taka trenerska fachura pojawiała się w Ekstraklasie.

Ludzie szanują nie tylko jego warsztat trenerski, który najlepiej widać po serii czternastu ligowych spotkań bez porażki, ale także doceniają to, jakim jest człowiekiem. Bo wygląda na naprawdę poczciwego, sprawiedliwego gościa. Zawsze wyważony, dyplomatyczny, uprzejmy. Pod wieloma względami odmienny od Oresta Lenczyka, jednak łączy ich jedno – potrafią świetnie trafić do zawodników. U Lenczyka dzięki niespotykanym metodom treningowym zadziałało to od początku, Lavicka potrzebował czasu. Ale jak ruszyło, to efekt jest podobny: imponująca seria 14 meczów bez przegranej.

Kto jak nie Lavicka ma sprawić, że Śląsk po ostatnich czterech chudych latach - bez gry w grupie mistrzowskiej, walcząc tylko o utrzymanie – awansuje w końcu do czołowej ósemki? Uczynił, że piłkarze wiedzą, co mają robić na boisku. Są zdyscyplinowani taktycznie, dobrze przygotowani fizycznie, a to już powoduje, że mogą myśleć o czołowych miejscach w lidze. Kiedy jeszcze dokładają do tego składne akcje i piękne bramki, jak to bywało podczas ostatnich spotkań na Maślicach, to brzmi jak przepis na sukces.

Takim niewątpliwie jest przyciągnięcie publiczności na spotkania z drużynami, które w Polsce nie są uważane za topowe. A Lavicka potrafi ich zatrzymać nie tylko na jeden mecz, ale nawet na dłużej. Oferuje im nie tylko ciekawą grę, ale i szacunek. Nie zapomina im podziękować za doping na boisku, a potem na konferencji prasowej. Zyskuje ogólną sympatię i tworzy wokół siebie aurę człowieka, który zna się na swoim fachu. Dzięki temu fani ufają, że z tym trenerem powrócą najlepsze lata w tym wieku.

Nazwa „Śląsk” w ostatnim czasie przestała już bowiem elektryzować. Stracił wręcz swoją markę, jaką wyrobił sobie po trzech latach z rzędu na podium. Klub z Oporowskiej spadł już do rangi średniaka Ekstraklasy, ale wciąż aspirującego. W „normalnych warunkach” jego miejsce jest w czołówce ligi, ale tych normalnych warunków we Wrocławiu nie uświadczyliśmy od dawna. Ciągłe zmiany prezesów, koncepcji rozwoju klubu, nieustanne rewolucje kadrowe. Takie zarządzanie sprawiło, że klub regularnie balansuje na granicy relegacji i wielu życzyło mu spadku.

Teraz wreszcie zapanowało trochę więcej spokoju, wydaje się, że doszło do strategicznej stabilizacji i wrocławscy kibice odzyskali wiarę. Te wyniki z początku sezonu są przyjemnym zaskoczeniem. Nikt o zdrowych zmysłach nie mówi otwarcie o mistrzostwie Polski, ale marzyć nie można nikomu zabronić. Bo to jest przecież tylko Ekstraklasa. Skoro Piast mógł wywalczyć tytuł, to dlaczego trzeci raz w historii nie mógłby sięgnąć po nie Śląsk?

Po tylu latach posuchy bardzo widoczny jest głód wielkiej piłki we Wrocławiu. Znów ludziom, którzy w ostatnim czasie zwątpili w tę markę chce się przychodzić na stadion i zdzierać za niego gardła. Bo mają podstawy, by sądzić, że zobaczą skuteczną grę i że wspierany przez nich zespół jest w stanie na dłużej utrzymać się w czubie tabeli. A to już naprawdę miła odmiana po ostatnich sezonach.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się