var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

W polskim futbolu wizja to pustosłowie

Autor: Bartosz Adamski
2019-10-09 19:04:44

Karuzela trenerska kręci się i nie chce zatrzymać. Wypadł z niej ostatnio Jacek Zieliński. Następny do odstrzału jest Aleksandar Vuković, którego największym sukcesem w roli trenera jest póki co fakt, że dotrwał w Legii do października. Niedługo poznamy pewnie ich zastępców, ale jakoś nie mam przekonania, że te wybory będą miały wiele wspólnego z logiką i tzw. wizją klubu.

Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego "wizja" jest to "wyobrażenie jakichś zdarzeń mających zajść w przyszłości". Teoretycznie brzmi prosto, w praktyce w polskich klubach jest wręcz niemożliwe do wprowadzenia. Polską piłką rządzi bowiem ABW. Czyli Absolutny Brak Wizji. Jak w tej anegdocie, która krążyła jakiś czas temu.

- Jaką ten wasz klub ma wizję? - pyta się dziennikarz. 

- Wizja to, proszę pana, była kiedyś taka stacja telewizyjna – odpowiada działacz.

Prowadzenie klubu w naszych warunkach to nieustanne zarządzanie kryzysem i tkwienie w permanentnej tymczasowości. Drużyny nie buduje się na lata, tylko na lato. Trener nie przychodzi zaś nawet na jeden rok, a najczęściej na jedną porę roku. W szczególności na wiosnę, jak trzeba ratować sezon.

Nieustanne zmiany koncepcji są widoczne zresztą nie tylko na stanowisku trenera, ale także w sposobie budowania drużyny, czyli czymś, co powinno być zakorzenione w DNA danego klubu. Tymczasem wystarczą dwie-trzy porażki z rzędu i już zaczyna się szukanie innego rozwiązania, które często przypomina poszukiwanie igły w stogu siana.

Z uwagi na powyższe wytrzymanie ciśnienia w sytuacji takiej, w jakiej znalazł się ŁKS po dziesięciu kolejkach było wręcz niespotykane. Oczywiście ełkaesiacy prezentowali styl godny pochwały – z poszanowaniem piłki, cierpliwym rozgrywaniem akcji, próbą dominacji. Problem jednak, że – jak zauważyli zresztą łódzcy kibice – w Ekstraklasie mniej zespołów niż w I lidze chciało z nimi grać w tę piłkę, a więcej przeszkadzać. Dlatego ta koncepcja stanęła po tej jednej trzeciej fazy zasadniczej pod dużym znakiem zapytania. Na zrezygnowanego wyglądał nawet sam trener Kazimierz Moskal, wcześniej "wyrok" na niego wydał prezes Tomasz Salski, bo zapowiedział, że Moskal pozostanie przy Alei Unii nawet w przypadku spadku. A dobrze pamiętamy, co to w przeszłości oznaczało, dlatego można było się spodziewać, że zwolnienie jest kwestią czasu. A tu niespodzianka: z Arką zażarło i to może być moment przełomowy.

Nie zażarło za to na początku sezonu w Gdyni i Jacka Zielińskiego już przy Olimpijskiej nie ma. To pokazuje tylko, że Zieliński przychodził na Pomorze w roli strażaka. I nikogo więcej. Podpisując umowę jedną ręką, w drugiej już trzymał walizkę, cytując Michała Probierza. Poszanowania i zaufania dla jego pracy nie odnotowano.

Nie będzie w Arce także Wojciecha Stawowego, który miał być jego następcą. Gdzie tu była jakakolwiek logika? Dlaczego akurat trener z jasno określonym stylem gry, w bardziej hardkorowym wydaniu Moskala, miał przyjść do najbardziej topornej ekipy w Esie? Chciałbym poznać proces myślowy Dominika Midaka.

To najlepiej pokazuje, jak rządzący polskimi klubami mieszają się w koncepcjach. Nie lubię generalizowania, ale takich przykładów z niedawnej historii jest sporo. Był trener z mocniejszą ręką do zawodników i okazał się za ostry? Dajmy potulnego misia. Wyszło, że jest za miękki? Wracamy do zamordysty. Ofensywny styl gry nie przynosi punktów? Postawmy na trenera, który stawia na defensywę. Nie przychodzą ludzie na trybuny, bo zespół gra nudno? Weźmy szkoleniowca, który preferuje widowisko. I tak w koło Macieju.

Pal licho, gdyby ten brak koncepcji był widoczny tylko u najbiedniejszych w lidze. Ale problem powszechny jest również u możnych naszej piłki, w szczególności w Legii Warszawa. W klubie stawianym przez samego właściciela za wzór zarządzania z każdą zmianą trenera zmienia się także wizja. Był Romeo Jozak, byli sprowadzani przez niego gracze z Chorwacji. Przyszedł Ricardo Sa Pinto, pojawili się na pęczki Portugalczycy. Nie licząc Andre Martinsa, z tym zaciągiem Legia zostawała jak Himmilsbach z angielskim. Zamiast dostosowywać trenera do koncepcji, to Mioduski (a wcześniej także Leśnodorski) dostosowywał koncepcję do trenera.

A teraz przy Łazienkowskiej włodarze 13-krotnego mistrza Polski są w przededniu kolejnej kluczowej strategicznej decyzji. Chyba już tylko najgorliwsi zelanci wierzą, że Serb dotrwa choćby do następnej przerwy na kadrę. Mioduski życzył mu wytrwania do października i to się udało, więc Vuković sukces osiągnął. Problem jednak w tym, że jedyny. No, chyba że wliczymy dotarcie do fazy play-off eliminacji do Ligi Europy, bo to w ostatnich latach nie lada wyczyn dla polskich klubów.

Pomysł odzyskania "legijnego DNA" nie był najgorszy, powiedziałbym nawet, że bardzo trafiony, ale problem w tym, że "Vuko" zapomniał, iż jego zawodnicy mają przede wszystkim grać w piłkę. Tymczasem jego Legia zamiast odzyskać DNA, sięga dna. Naprawdę dobre spotkania pod jego wodzą można policzyć na palcach jednej ręki. Kiedyś od znajomych z Polibudy z kierunku "Automatyka i Robotyka" usłyszałem, że lepiej chujem trzeć po żwirze, niż studiować na AiR-ze. Zaryzykuję stwierdzenie, że byłoby to także przyjemniejsze od oglądania poczynań podopiecznych Vukovicia.

Problemem nie jest jednak nawet sam "Vuko" na stanowisku trenera, a to, kogo w zastępstwie wymyśli Mioduski wraz z wierchuszką. Na razie z decyzją się wstrzymują, właściciel Legii twierdzi, że trener ma spokój. Nie bije jednak z tych wypowiedzi pewność. Zapewne zmiana nastąpi nie w trakcie przerwy na kadrę, gdy teoretycznie nowy szkoleniowiec miałby czas popracować z zawodnikami, ale w sytuacji awaryjnej podczas największego natężenia spotkań. A na nowego trenera i tak pewnie przyjdzie poczekać kilka, może nawet kilkanaście dni.

To zresztą symptomatyczne dla właścicieli polskich klubów. Wielokrotnie opowiadają oni o tym, że prowadzą rankingi potencjalnych trenerów. Powinni być to zatem szkoleniowcy, którzy są realnym celem. A najczęściej po wielu dobach poszukiwań i rozmów wybiera się osobę spoza tzw. listy. I to taką, która nie pasuje do ustalonej wcześniej drogi. Trzeba znów zmieniać koncepcję i liczyć na to, że cudownie się uda. To nieustanne zarządzanie kryzysowe na własne życzenie.

W polskiej piłce wiele dzieje się przez koincydencję. Jak zażre na początku, to potem jakoś idzie. Jak nie zażre, to zaczyna się nerwowe poszukiwanie innych rozwiązań. Brak w tym wszystkim cierpliwości i pomyślunku. Obrania sobie drogi i pragmatycznego podążania nią. Bo skoro w gabinetach wiele spraw dzieje się od przypadku do przypadku, to potem tak samo jest na boisku. Ryba psuje się wszak od głowy.

Dlatego, Drodzy Kibice, jeśli znowu usłyszycie od prezesa waszego klubu coś o wizji klubu, podzielcie jego wypowiedź przez trzy. W polskim futbolu "wizja" to niestety często pustosłowie. Są wyjątki, ale należy traktować je jako odchył od normy.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się