var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Pixabay

To nie stadion, tylko Twierdza Narodowa

Autor: Mariusz Bielski
2019-10-14 20:15:42

Dość często zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy piłką na co dzień interesują się mniej więcej tak, jak ja powiedzmy siatkówką. Znają Messiego, wiedzą co to Real Madryt, oglądają mecze reprezentacji Polski, ale to tyle. Często jednak przy okazji wychodzi kwestia Stadionu Narodowego.

Wczoraj na przykład przytrafił mi się taki dialog:
- Ładny ten Narodowy. Nie byłam, ale taki przestronny i dobrze zorganizowany się wydaje.
- To następnym razem, tak dla kontrastu, powinni zagrać na przykład w Płocku (pokazałem zdjęcia).

Co prawda sam nie pamiętam czasów, kiedy polska reprezentacja non stop rozbijała się po takich skansenach skansenach, a z dzisiejszej perspektywy wręcz stadionowych slumsach. Większość tego działa się albo jeszcze przed moim urodzeniem, albo gdy miałem lat kilka, więc z jednej strony mówimy o zamierzchłych czasach. Z drugiej pamiętam jeszcze epizody typu starcie z Bułgarią w Warszawie na Polonii (2010), Kanadą czy Grecją w Bydgoszczy (2009), z Estonią we Wronkach (2008), z Węgrami w Łodzi (2007) na starym obiekcie Widzewa. Delikatnie rzecz ujmując, „stadiony świata” to to nie były.

Oprócz tego rzuca się w oczy jeszcze inna rzecz – Biało-Czerwoni co chwilę grali gdzie indziej. Z trudem da się odnaleźć sytuację, w której dwa razy z rzędu wystąpiliby na tej samej arenie. Z perspektywy kibiców może nawet nie było to tragiczne, nie trzeba było specjalnie zjeżdżać do stolicy, aby obejrzeć kadrę w akcji. Aczkolwiek z tego powodu reprezentacja miała w sobie też coś z cyrku objazdowego. Niby wszędzie była u siebie, a jednak nigdzie. W końcu określenie „cyrk” padło nieprzypadkowo, ze względu na nasz poziom sportowy.

W jednej z mądrych książek – to nie ironia – padło natomiast stwierdzenie, iż atut własnego boiska to jeden z większych mitów piłki nożnej, więc teoretycznie takie toury po całym kraju nie powinny nam robić różnicy. A jednak trudno nie przyznać Narodowemu pewnej magii, którą roztacza ten obiekt. Od 7 lat mecze domowe rozgrywamy głównie na nim, a że kręgosłup naszej drużyny od lat jest stabilny, określenie „domowe” naprawdę nabiera bardziej dosłownego znaczenia. Zawodnicy znają go niczym własną kieszeń, czują się komfortowo, co być może w jakimś stopniu również wpływa pozytywnie na ich grę. Wielokrotnie bowiem zwracaliśmy uwagę, iż największe blokady oraz rezerwy posiadamy w głowach, często narzekaliśmy na niewystarczającą pewność siebie u piłkarzy. Pod tym względem gra na Narodowym chyba rzeczywiście ich podbudowuje.

Co wcale nie jest takie oczywiste. Zwłaszcza po ćwierćfinale na Euro 2016 oczekiwania kibiców poszybowały wysoko, czego owoce słyszymy i czytamy za każdym razem, kiedy dyskusja wchodzi na przykład na temat stylu zespołu Jerzego Brzęczka. Równie dobrze te spore oczekiwania rodaków mogłyby pętać nogi Biało-Czerwonym, zamiast dodawać im skrzydeł. Okej, nie róbmy też z naszych jakiejś husarii, jednak liczby wyjątkowo mocno trzymają tezę dotyczącą Narodowego.

To już 26 meczów minęło, od kiedy polska kadra zaczęła rozgrywać na nim swoje spotkania – w tym 6 towarzyskich. Nasz bilans w nich? 16 zwycięstw, 8 remisów, 2 porażki. Bramkowo też jest naprawdę dobrze: 59-20. Nawet gdy odejmiemy wysokie wygrane z ekipami takimi jak Gibraltar czy San Marino, wyjdzie 46-19. Ostatnia przegrana w stolicy? 5 lat temu – 11/10/2014 ze Szkocją (0:1). Ostatnie stracone gole? 7 meczów i 2 lata temu – 8/10/2017 z Czarnogórą (4:2).

Dla porównania policzmy spotkania poza Narodowym, licząc wszystkie te po inauguracyjnym z Portugalią. Takowych odbyło się 25: wygraliśmy 9, zremisowaliśmy 7, przegraliśmy 9. Procentowo wychodzi więc 92% zwycięskich lub zremisowanych starć w naszej twierdzy oraz tylko 64% poza nią. Różnica jest zatem gigantyczna, a skoro mówimy aż o takich zależnościach, to w tym wypadku chyba powinniśmy zmarginalizować argument przypadku.

I jasne, nie za każdym razem jest tak, iż przejeżdżamy się po przeciwnikach jak bolidy Formuły 1. Weźmy zwycięstwo z Niemcami – przeciwnik wyjątkowo mocny, najpierw lały się pot i krew, a dopiero potem łzy. Szczęścia, wyjątkowo. Albo starcie z Armenią – dopiero w piątej minucie doliczonego czasu Lewandowski wbił na 2:1, zaś pierwsze trafienie dla nas było samobójczym. 3:2 z Danią napędziło nam poważnego pietra, bo nasi rywale prawie wrócili z dalekiej wycieczki od 3:0. Nawet to niedawne pokonanie Łotwy 2:0 przyszło po bólach.

No ale właśnie o to chodzi, że nasi grając na Narodowym zdają się jakby bardziej wierzyć, iż nie ma takiego muru, którego właśnie na tej arenie nie byliby w stanie przebić. Nie ma takiego bagienka, z którego nie idzie się wygrzebać, ani przeciwnika, którego nie można pokonać lub chociaż napędzić mu porządnego pietra.

Skoro tak komfortowo czują się w niej piłkarze, to tym bardziej pewność udziela się również kibicom. Dobrze posiadać taką twierdzę, a w jej murach czuć się wyjątkowo bezpiecznie.

źródło: Wikipedia


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się