var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Panie selekcjonerze, pora na świadomą powtarzalność

Autor: Bartosz Adamski
2019-10-16 17:30:18

Wywalczyliśmy awans, ale to dopiero początek drogi. Teraz Jerzy Brzęczek musi rozmyślać, co zrobić, żeby latem przyszłego roku, podczas tego cudacznego Euro 2020, nie tylko wyjść do fazy play-off, ale powalczyć o coś więcej. Zadanie to trudne, bo przypadku i szczęścia w tak słabej grupie było po prostu za dużo.

Konfetti, szumne przemowy i tym podobne oprawy byłyby niestosowne i wyglądałaby co najmniej groteskowo w porównaniu do świętowania awansu przez inne reprezentacje, ale powody do zadowolenia oczywiście są. A nawet powinna nam towarzyszyć radość, bo przecież trzeci raz z rzędu zakwalifikowaliśmy się na wielki turniej.

Tej satysfakcji nie umniejsza nawet fakt, że grupę wylosowaliśmy taką, z której należało jak najszybciej uciekać, zanim nam się spodoba. To awans zupełnie inny niż ten w 2015 roku. Teraz to my przystępowaliśmy w roli faworyta, a nie goniącego. To my musieliśmy zmierzyć się z presją oczekiwań. To wobec nas cała Europa formułowała rolę faworyta. Awans był po prostu obowiązkiem.

W tych nieszczególnie wymagających warunkach strata punktów w Słowenii i u siebie z Austrią odbierana była jako wielki powód do niepokoju. Gdyby przy dobrej grze przydarzyła nam się taka wpadka, każdy machnąłby na nią ręką. Ale te wyniki we wrześniu były wypadkową słabej formy w poprzednich spotkaniach. Nie można było wiecznie liczyć na szczęście, którego Jerzemu Brzęczkowi nie brakowało.

Jak słaba to była grupa najlepiej świadczy, że aby awansować już w październiku, mimo tych dwóch wpadek, wystarczyło pokonać Łotwę i Macedonię Północną. Oprócz Austrii nie było w tym zestawieniu drużyn aspirujących do odgrywania w Europie większej roli niż tylko średniaka. Nie można było z tej grupy nie wyjść, trzeba było po prostu przyklepać formalność.

Teraz należy się jednak zastanowić, co dalej? Czy zwolnienie Jerzego Brzęczka by coś dało? I w zasadzie czemu ono miałoby służyć? Jego pracy jednoznacznie ocenić się nie da.

Brzęczek był krytykowany, ale na pewno nie walono w niego bez opamiętania, co starał się wmówić Zbigniew Boniek. Prezes PZPN wiedział w momencie nominacji, że to bardzo odważny wybór na takie stanowisko, musiał przypuszczać, że będzie wiele wątpliwości i nieprzychylnych opinii. "Brzękol" musiał się bowiem sam obronić.

Były podstawy do wątpienia w jego umiejętności trenerskie czy selekcjonerskie. Nie dawał większych podstaw, by pozwolić w niego uwierzyć. Nie osiągnął znaczących sukcesów w piłce klubowej, nie wykazywał się wielkim selekcjonerskim nosem, nie reprezentował nawet jako trener kraju na arenie międzynarodowej. W dodatku jak na selekcjonera jest wręcz młody. Jego nominacja może nie była szokiem, bo łączono go przecież wcześniej z Legią Warszawa czy Lechem Poznań, ale jednak była to spora niespodzianka.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet zawodnicy podchodzili do niego początkowo z pewną dozą powątpiewania. Chciał rozpocząć swoją kadencję od rewolucji; zmienił całkowicie taktykę, ale na jej wdrożenie po prostu nie było czasu. Zbyt wiele działań podejmował po omacku, lawirował. To po prostu musiało odbić się na wynikach, a co za tym idzie – ogólnym sceptycyzmie wokół jego osoby.

Czasem dopatrywaliśmy się jakichś pozytywów w grze kadry, ale bezwzględnie brakuje nam powtarzalności. Po Łotwie i Macedonii dalej nie mamy przekonania, jak ma grać kadra Brzęczka. Coś drgnęło, ale to zaledwie zalążek. I trudno jest wyrokować, czy w ogóle dojdzie do jakiejś powtarzalności w grze, która pozwoliłaby nam jednoznacznie ocenić pracę obecnego selekcjonera. W jego przypadku przekonywać może tylko liczba punktów.

Graliśmy bowiem na ogół nudno, bez pomysłu, od przypadku do przypadku. Zatraciliśmy swój ofensywny styl z wcześniejszych eliminacji, zamiast go szlifować na tle tak marnych w większości przeciwników. Gdy przyszedł progres z Izraelem, nagle pojawił się gwałtowny regres ze Słowenią. Nie było widać schematów, wypracowanych akcji.

Na szczęście tak wyrównana grupa z jednym wyraźnym outsiderem sprawiła, że awans udało się wywalczyć na dwie kolejki przed końcem, co oznacza, że w meczach z Izraelem i Słowenią będziemy mogli eksperymentować, bez większej presji. A to akurat jest świetna wiadomość. Z trzech podstawowych powodów:

1. Będziemy mogli wdrażać nowe opcje taktyczne w warunkach meczów o punkty, wciąż grając o coś (rozstawienie w koszyku ME).

2. Będziemy grali z rywalami zdeterminowanymi, walczącymi dalej o awans.

3. Będzie można się przekonać, czy Brzęczek faktycznie ma jakiś wartościowy pomysł na ten zespół.

Kluczowy jest zwłaszcza ten ostatni punkt. Nikt nie chce trwać w spuściźnie po Adamie Nawałce. Nawet prezes Zbigniew Boniek powiedział, że kadra Brzęczka ma być nowa, a nie tylko kontynuacją tego, co stworzył jego poprzednik. Potrzeba tu nowych myśli, rozwiązań. Zeszłoroczny mundial udowodnił, że nasz styl gry jest łatwy do rozszyfrowania. Na słabszych przeciwników indywidualności wystarczą, na większe granie potrzebny jest już zespół.

Trzeba będzie uniezależnić grę od dobrej formy Roberta Lewandowskiego. Bo jest to już w zasadzie reguła, że jeśli Lewy ma słabszy dzień albo uda się go wyłączyć, reprezentacja Polski ma problem nie tylko z wynikiem, ale nawet z konstruowaniem akcji. Chyba nikt się nie łudzi, że w najbliższych miesiącach Piotrowi Zielińskiemu coś nagle przeskoczy w głowie. Skoro nie potrafią do niego dotrzeć kolejni selekcjonerzy, to problem raczej nie leży w nich, a w samym zawodniku. A skoro w Zielińskiego nie powinniśmy już za wszelką cenę wierzyć, to jednym z najważniejszych punktów na liście przygotowań do Euro powinno być znalezienie partnera dla Lewandowskiego. Zawodnika, który będzie cały czas grał pod nim, odwracał też uwagę obrońców. Zawodnika, dzięki któremu Lewy będzie w polu karnym, a nie daleko od niego. Bo mimo tych 60 strzelonych goli, pełen potencjał naszego kapitana ciągle nie jest wykorzystywany.

Brzęczek musi wymyślić porządny plan. Taki, jaki na kadrę młodzieżową ma Czesław Michniewicz. Nie ma tłumaczenia, że przeciwnicy mają zawodników w silniejszych ligach, a u nas ponad połowa gra w polskiej. Nie ma tłumaczenia, że do seniorskiej kadry przeszedł Sebastian Szymański. Jest pomysł na zespół i maksymalne wykorzystywanie formy danych zawodników.

To już nie jest młodzieżówka z poprzednich eliminacji, nastawiona na kontrę, nie radząca sobie w ataku pozycyjnym. To "michniewiczówka" znacznie dojrzalsza, bardziej świadoma, wiedząca co ma robić na boisku. Poprzednia grupa zawodników pokazała, że możliwa jest wygrana z każdym. Nie ma teraz świętowania remisu z Rosją na jej terenie, ale jest przede wszystkim niedosyt. I widoczna chęć pokazania z Serbią, że ta strata punktów była tylko wypadkiem przy pracy.

Tę kadrę ogląda się po prostu przyjemnie. To jest tym bardziej godne podziwu, że przecież Michniewicz pracuje z praktycznie nowym zespołem. Z poprzednich eliminacji i turnieju we Włoszech zostało tylko pięciu zawodników w podstawowym składzie, więc ponad połowa jest nowa. A mimo to wykonany został progres, i to bez ciągłości pracy z jedną grupą.

Dobrym prognostykiem były już zwycięstwa nad Łotwą i Estonią, a przecież to z tymi słabymi rywalami Michniewiczowi zawsze grało się najtrudniej. Oczywiście w Rydze przydarzyły się męczarnie, ale udało się wygrać i dobrze wystartować. Potem z Estończykami było już znacznie łatwiej. Uniknięto wpadki jak z Wyspami Owczymi. O której to zresztą już praktycznie nikt nie pamięta, bo tych dobrych chwil było znacznie lepiej.

Mamy powody do zadowolenia, bo i nasza seniorska, i młodzieżowa kadra notują pozytywne wyniki. O ile jednak do młodzieżówki nie ma się w zasadzie o co przyczepić, o tyle do Jerzego Brzęczka i jego zespołu można mieć zastrzeżenia. O blamaż na Euro się nie martwię, on nam raczej nie grozi, bo średniej klasy zespołów będzie po prostu zbyt dużo, a z nimi na ogół sobie radzimy. Trzeba jednak powalczyć o coś więcej niż tylko wyjście z grupy, co pewnie znów nie będzie specjalną sztuką. Żeby mieć poczucie, iż pokolenie pod wezwaniem Roberta Lewandowskiego nie zostało zmarnowane i wyciągnęliśmy z niego ile się dało. A tych turniejów już wiele nie pozostało.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się