var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Do oceny skautingu Lecha najbardziej adekwatna jest okładka Faktu

Autor: Bartosz Adamski
2019-10-30 17:15:47

Skuteczność transferowa Lecha Poznań to fenomen. Klub, który szczyci się najlepiej rozwiniętym działem skautingu, od kilku sezonów najczęściej chybia w doborze zawodników. I niewiele wskazuje na to, żeby procent udanych ruchów miał się po letnim oknie powiększyć. A pewnie nawet jeszcze zmaleje.

W marcu tego roku, po zapowiedzianej letniej rewolucji, na łamach 2x45 pojawił się tekst, w którym odnosiliśmy się do polityki transferowej Lecha Poznań. Analizowaliśmy poszczególne okienka transferowe od lata 2015 pod kątem skuteczności "Kolejorza" w doborze zawodników. I w ciągu ośmiu okienek poznański klub dorobił się oszałamiających 21% udanych ruchów.

Zakończyliśmy na zimowym oknie 2019, w którym Lech dokonał tylko dwóch transferów – pozyskał Juliusza Letniowskiego i Timura Żamaletdinowa. Pokusiliśmy się już wtedy o ocenę tych ruchów. Rosjanin zawodził, więc zaznaczyliśmy go jako niewypał. Przy Letniowskim długo się zastanawialiśmy, bo był kontuzjowany. Nie zadebiutował jednak do dziś, więc jednoznacznie można stwierdzić, że to kolejny kamyczek do ogródka Lecha.

A gdybyśmy dodali do tego jeszcze transfery sprzed kilku miesięcy, ta skuteczność spadłaby poniżej 20%. Zawodzi w zasadzie każdy z pozyskanych latem zawodników, z Mickey'em van der Hartem na czele. Znak zapytania w dalszym ciągu można postawić w zasadzie tylko przy Lubomirze Satce.

Taki wynik jest wręcz zatrważający.

Tym bardziej że włodarze Lecha mówią otwarcie, iż nie działają po omacku, ale dokładnie sprawdzają zawodnika nie tylko sportowo, ale i charakterologicznie. Mało tego, prezes Karol Klimczak podkreślał nieraz, że mają dobre relacje z byłymi trenerami i zasięgają u nich opinii dotyczących swojego potencjalnego nabytku. Tak było chociażby z Nenadem Bjelicą w przypadku Muhara.

Zbierając to w całość i porównując ze skutecznością transferową cała sytuacja wygląda po prostu groteskowo. Zawodnicy rzekomo analizowani są od stóp do głów, przeprowadzany jest wywiad środowiskowy. Brane pod uwagę są nawet sprawy pozasportowe – czyli jak zawodnik znosi rozłąkę z rodziną, czy przyjedzie razem z nim do Poznania partnerka życiowa. Teoretycznie zabezpieczenie z każdej strony.

W praktyce zaś wygląda to fatalnie. Działacze Lecha szczycąc się grupą trenerów obserwujących van der Harta czy zapowiadając wcześniej, że posiadają instrukcję obsługi do Nickiego Bille Nielsena pogrążają swój skauting. Pokazują, że za transfery odpowiadają niekompetentne osoby. W kwestii ich działań najbardziej adekwatna jest okładka Faktu. Bo – z całym szacunkiem – podobny procent udanych transferów, a może nawet jeszcze większy, wypracowałaby pewnie grupa kibiców pracujących za darmo.

Lech skupił się ostatnio na pozyskiwaniu zawodników posiadających "gen zwycięstwa i liderowania", czyli takich, którzy w swoim kraju walczyli o trofea i/lub byli kapitanami swoich ekip. To właściwa droga, nie można się do niej w żadnym wypadku przyczepić, ale pod warunkiem, że to nie jest jedyna wiodąca zaleta tych piłkarzy. A patrząc na poziom większości tych obcokrajowców, można mieć wątpliwości, czy pasują oni piłkarsko do walki o najwyższe cele w – było, nie było – wymagającej polskiej lidze.

Zgodzę się, że Lech jest specyficznym klubem, dlatego nie każdy sobie w nim radzi. Byli zawodnicy, którzy twierdzili, że nie czuli się dobrze w kraju z uwagi na rasizm, inni z kolei mieli wiele, nazwijmy to, zainteresowań pozapiłkarskich, które zbyt absorbowały ich życie zawodowe, aby mogli się skupić na godnym reprezentowaniu klubu. Gdyby jednak tych nietrafionych wyborów było tyle, ile teraz udanych, nikt by się tym nie przejmował. Ale że błędów jest po prostu multum, musi zapalić się lampka ostrzegawcza, czy praca tego działu pod obecnym kierownictwem ma sens.

To dość symptomatyczne, że tacy goście jak David Holman, Vernon de Marco, Niklas Barkroth są w stanie dobrze grać w klubach nie gorszych od "Kolejorza", nawet z powodzeniem występować w europejskich pucharach. Wniosek jest prosty: skauci mają niezłe oko, ale wyszukują zawodników nie pasujących całościowo, zwłaszcza charakterologicznie, do gry w Poznaniu. Podobnie było zresztą z Radosławem Majewskim czy Matusem Putnockym, którzy po odejściu z Lecha wyraźnie odżywali.

Bardzo rzadko zdarza się zatem, żeby Lech trafił w punkt – miał w jednej osobie zawodnika potrafiącego grać w piłkę i takiego, który nie boi się presji. To naturalne, że najczęściej "Kolejorzowi" uciekają piłkarze znajdujący się na szczycie listy życzeń, bo renoma tego klubu przez kiepskie występy w europejskich pucharach lub nawet ich brak zaczyna drastycznie maleć, ale tak rozwinięty dział skautingu, rzekomo najlepszy w Polsce, powinien być w stanie dostarczać przynajmniej kilku piłkarzy o określonej klasie. A regularnie chybia.

Zastanawia mnie w tym wszystkim jeszcze jedno – czy włodarze innych klubów, patrząc na tak słabą skuteczność Lecha na rynku, nie poddają w wątpliwość działu skautingu. Sami przecież, opierając się w zasadzie na Instacie czy analizach video, niejednokrotnie rzadziej się mylą. Przykład "Kolejorza" zamiast wzmacniać znaczenie tej instytucji, bardzo potrzebnej, wręcz ją deprecjonuje.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się