var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Spieszmy się podziwiać Lewego, drugiego takiego prędko nie będzie

Autor: Marcin Łopenski
2019-11-27 20:46:20

Taki napastnik jak Robert Lewandowski zdarza się w polskiej piłce raz na kilka dekad. I oczywiście możemy łudzić się, że mamy Milika i Piątka, w pogotowiu zaś młodych wilków, ale, parafrazując, co ci oni umią te, ci młodzi wilcy, to się dopiero okaże. Trzeba natomiast powiedzieć sobie wprost: miara wielkości to sztuka utrzymania się na szczycie. Lewy jest tam od kilku lat, a przed jego rodzimymi rywalami wyjątkowo daleka droga.

Nie wiem jak wam, ale mi mecze reprezentacji Polski sprzed ery Adama Nawałki kojarzą się z jednym, regularnie wbijanym do głowy, tekstem: „Polacy? Kiedyś to my mieliśmy piłkarzy! Lubański, Deyna, Lato, Boniek, Smolarek! A dziś? Nawet nie znam tych napastników!”. Taką śpiewkę regularnie serwowali mi niektórzy członkowie mojej rodziny przy okazji meczów kadry. A już szczególnie po porażkach, a tych było mnóstwo. 

Nie muszę chyba tłumaczyć, jak takie słowa działały na mnie, kiedy z całych sił ściskałem kciuki za Żurawskiego, Olisadebe, Frankowskiego, Rasiaka, Ebiego Smolarka i w początkowych latach kariery również Roberta Lewandowskiego. A przecież żaden z nich nie był wtedy napastnikiem wielkiego kalibru, chociaż starałem się widzieć w nich herosów, kogoś więcej niż gwiazdki z Ekstraklasy, którym udało się wyjechać na Zachód. Niestety, ale to błędne myślenie potwierdzały imprezy rangi mistrzowskiej i kariery tych piłkarzy w poważnych klubach Europy. Innymi słowy byli to piłkarze nieźle, lecz w skali świata przeciętni do bólu.

Smutna to konkluzja, ale nie dało się dojść do innej. I tutaj też wychodzi mądrość kobieca. Nie każda reprezentantka płci pięknej futbol rozumie, nie każda się na nim zna, ale zaręczam, że jakby zapytać moją mamę o największych napastników w historii reprezentacji Polski wymieniłaby Latę, Bońka i Lewandowskiego. Może też Frankowskiego, choć tylko dlatego, że „Franek” pochodzi z Białegostoku i grał w Jagiellonii. Najważniejsze, że miałaby rację!

We wtorek z kolei wspólnie z żoną zrobiliśmy sobie wieczór z Ligą Mistrzów, aczkolwiek nie wybraliśmy meczu Bayernu Monachium z Crveną Zvezdą, lecz pojedynek w Madrycie, gdzie Real stoczył naprawdę kapitalny bój z PSG. Niezła zabawa dla postronnego kibica, żal było odchodzić od telewizora. W pewnym momencie poinformowałem żonę o bramkowym wyczynie Lewandowskiego i z oburzeniem otrzymałem odpowiedź: „skoro Lewy gra w tym samym czasie, to dlaczego my oglądamy Real, a nie jego?!”. 

Przytoczyłem ten przykład, ponieważ miarą wielkości (i wprostproporcjonalnej popularności) zawodnika jest miejsce w świadomości ludzi, którzy na co dzień futbolem się nie interesują. A Lewandowski, pomijając na przykład jego udział w reklamach, już tam jest i na pewno zostanie do końca żywota. Zresztą, gdy zapyta się taką osobę o nazwisko napastnika Bayernu, też nie wspomni o spocie Huaweia, lecz pomyśli o wybitnym sportowcu. I tak jest na całym świecie – taksówkarz w Tajlandii zapytał dziewczynę redakcyjnego kolegi skąd pochodzi. Na odpowiedź „Polska” zareagował sugestywnie: „Aaa, Lewandowski!”. Znak czasów – kiedyś na nazwę naszego kraju reagowano raczej wspomnieniem papieża...

Kapitan reprezentacji Polski zasłużył sobie jednak na to szczególne miejsce w głowach płci pięknej i ludzi zupełnie postronnych, ponieważ na boisku dokonuje rzeczy niemożliwych. Nie wiem ile trzeba mieć w sobie zawiści (może zazdrości?) do Polaka, albo jak mocno nasunięte klapki na oczy, żeby nie widzieć jego klasy i umiejętności. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że najbardziej doceniają go obcokrajowcy, w tym sam klub z Monachium, który nie widzi możliwości sprzedaży swojego najlepszego napastnika. 

A Lewandowski odpłaca się im w każdym spotkaniu, każdym dobrym występem, ale przede wszystkim każdą zdobytą bramką. Wiadomo, największym mankamentem Roberta jest skuteczność w decydującej fazie Ligi Mistrzów, w której choćby Cristiano Ronaldo czuje się jak ryba w wodzie. I pewnie, że Lewy mógłby więcej wygrać z reprezentacją, mógłby, a pewnie nawet powinien, samotnie wydrzeć dla Polski mistrzostwo Europy. Co tam Euro! Powinien zdobyć dla kraju mistrzostwo świata! Zważając jednak na fakt ile daje reprezentacji oraz Bayernowi na co dzień, dyskusja co do tego jak wysoko powinien znaleźć się w plebiscycie Złotej Piłki jest jak najbardziej zasadna.

Problem w tym, że to już nie te czasy Zbigniewa Bońka, futbol się zmienił, dziś o rywalach wiemy wszystko. I tak jak na tych słabszych, jak grupowi przeciwnicy Polski w eliminacjach siła Lewandowskiego wystarcza, tak na turnieju potrzeba wsparcia kolegów. Przecież wspomniany Ronaldo w pojedynkę nie wygrał Euro we Francji. Tak jak Antoine Griezmann sam nie zdobył złota w Rosji. Jak zatem Lewy ma nam dać coś więcej na imprezie finałowej? Doceniajmy klasę naszego kapitana, lecz nie wymagajmy od niego cudów.

Zamiast więc deprecjonować Lewego, ja zawsze będę go bronił niczym niepodległości. Napastnik Bayernu jest najlepszym przykładem i wzorem dla innych na to, jak wdrapać się na szczyt i ile trzeba pracować, aby się na nim utrzymać. Ta ostatnia sztuka udaje się tylko nielicznym i to też świadczy o wielkości kapitana naszej reprezentacji. A może nawet przede wszystkim?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się