var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: southamptonfc.com

Cierpliwość jednak popłaca. Święci w końcu grają na miarę potencjału i liczą na rewanż z Leicesterem

Autor: Sebastian Czarnecki
2020-01-11 13:00:54

Działacze klubów Premier League przyzwyczaili nas już do podejmowania pochopnych decyzji. Kiedy tylko pojawiają się pierwsze kryzysy, najlepszym rozwiązaniem jest zwolnienie menedżera i sięgnięcie po nowego, który zdąży jeszcze naprawić to, co przestało działać. Oczywiście w wielu przypadkach są to ruchy uzasadnione, ale nie wszyscy trenerzy zasługiwali na przedwczesne zwolnienie. Dlatego tym bardziej zaskakuje nas cierpliwość, jaką wykazali włodarze Southampton po serii fatalnych wyników i porażce 0:9 z Leicesterem City.

Problemy zaczynają się od obrony

„Świętym” towarzyszyły dokładnie te same problemy, co przed rokiem, kiedy z pracą pożegnał się Mark Hughes. Fatalna i niezorganizowana gra w defensywie, duża dziura w środku pola i osamotnieni napastnicy, którzy często sami musieli sobie kreować sytuacje. W niektórych meczach było to widoczne bardziej, w innych mniej, ale wszyscy widzieli, że ustawienie preferowane przez Ralpha Hasenhüttla zwyczajnie się nie sprawdza.

Kurs STS na mecz Leicester vs Southampton: 1 - 1,67, X - X 3,80, 2 - 5,24.

Austriacki trener miał być receptą na wszystkie dolegliwości w drużynie Southampton i po tym, jak udało mu się utrzymać drużynę w Premier League w poprzednim sezonie, wszyscy oczekiwali, że teraz to już na pewno będzie lepiej. Oczywiście nikt nie mówił o powrocie do złotych czasów Mauricio Pochettino i walce o górną ósemkę, ale chociaż o stabilizację w środku tabeli i… bezpieczne utrzymanie się w lidze.

No cóż, rzeczywistość okazała się jednak bardzo bolesna, ponieważ „Święci” przez dużą część sezonu znajdowali się w strefie spadkowej i wszystko wskazywało na to, że nikt ani nic nie pomoże już im wyjść z tego dołka.

Historyczna porażka i… zaskakująca cierpliwość zarządu

Choć problemy Southampton były widoczne dla neutralnego obserwatora, to mimo wszystko nikt wcześniej nie potrafił ich wykorzystać. A przynajmniej nie w taki sposób. Na St Mary’s Stadium musiała dopiero przyjechać ekipa Leicesteru City, która widząc poczynania rywala w defensywie zwyczajnie go przycisnęła i załadowała mu dziewięć bramek. To nie tylko najwyższa porażka „Świętych” w 134-letniej historii klubu, ale także najwyższa porażka w historii Premier League.

Szybka bramka, błyskawiczna czerwona kartka dla Bertranda i „Lisy” po prostu zaczęły swój koncert, wykorzystując wszystkie błędy w ustawieniu przeciwnika. Fatalnie na prawej stronie obrony spisywał się Yan Valery, więc początkowo Leicester przeprowadzał swoje ataki lewą flanką. Później Francuz przeszedł na drugą stronę, to i Brendan Rodgers zmienił swoje podejście. W każdym razie, dziury w defensywie Southampton były tak ogromne, że rywal nawet specjalnie się nie zmęczył, kiedy wchodził sobie w pole karne.

Obie drużyny strzelą gola? Tak - 1,65, Nie - 2,20.

Wszyscy spodziewali się, że to koniec. Że to był ten moment, w którym Ralph Hasenhüttl straci swoją pracę i „Święci” będą musieli rozglądać się za kolejnym „strażakiem”, który będzie musiał uratować sezon. Nic z tych rzeczy. Austriak pozostał na swoim stanowisku i mógł kontynuować pracę, którą zaczął. Zarząd nie chciał podejmować kolejnej pochopnej decyzji i zaufał swojemu instynktowi. W końcu po coś ten Hasenhüttl został zatrudniony w pierwszej kolejności, prawda?

Moment zwrotny

Co ciekawe, to nie porażka z Leicesterem City spowodowała, że „Święci” w końcu się otrząsnęli. Owszem, mecz z „Lisami” był bardzo bolesny i obnażył wszystkie słabości ekipy Ralpha Hasenhüttla, ale… podopiecznym Brendana Rodgersa wtedy po prostu wszystko wychodziło. Spójrzmy chociażby na mapę expected goals, która – owszem – wyraźnie premiuje Leicester, ale nie na tyle, żeby zwiastowała ona wynik aż 0:9.

 

 

Southampton przez 80 minut meczu grał w osłabieniu i przez ten czas umożliwił przeciwnikowi oddanie 25 strzałów. O wiele gorszy mecz przydarzył się dwie kolejki później, kiedy „Święci” grali z Evertonem. Wówczas podopieczni Marco Silvy oddali aż 24 strzały na bramkę i zdominowali swojego rywala w środku pola, ale w przeciwieństwie do Leicesteru nie potrafili tego wykorzystać. Między innymi dlatego Portugalczyk już na Goodison Park nie pracuje.

Mecz z Evertonem utwierdził wszystkich w przekonaniu, że drużyna Southampton nie funkcjonuje tak, jak powinna i najwyższy czas wprowadzić pewne zmiany. Ralphowi Hasenhüttlowi bardzo zależało na tym, żeby zespół dużo bardziej postawił na pressing. Jego zespół od razu po stracie piłki miał doskakiwać do rywala i odzyskiwać futbolówkę, co… sprawdziło się w meczu z Arsenalem.

I tak, przeciwnik wcale nie najwyższych lotów, bo drużyna prowadzona wówczas przez Unaia Emery’ego zawodziła na całej linii, ale „Święci” zdobyli cenny punkt dzięki remisowi 2:2, a gdyby nie bramka Alexandre’a Lacazette’a w doliczonym czasie gry, to zdobyliby komplet oczek.

Wielkie odrodzenie i chęć zemsty

Od tego momentu wszystko w grze Southampton zaczęło się układać. Po raz pierwszy w tym sezonie przyszły dwie ligowe wygrane z rzędu, które utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że sezon jeszcze nie jest spisany na straty. I owszem, po dwóch zwycięstwach przyszły dwie porażki, ale przynajmniej podopieczni Ralpha Hasenhüttla nie poddawali tych meczów bez walki.

Ostatni miesiąc to już prawdziwa zwyżka formy, o czym niech świadczą wygrane z Chelsea i Tottenhamem. Southampton stał się niezwykle groźny w środku pola, a Pierre Emile Hojbjerg znacząco poprawił swoją grę w destrukcji, dzięki czemu grający z jego prawej strony James Ward-Prowse mógł się skupić na grze do przodu, gdzie na podania czekał niezawodny Danny Ings.

Maddison strzeli gola? Tak - 3,50.

Anglik to w ogóle prawdziwy fenomen, ponieważ potrzebuje zaledwie pół akcji, żeby stworzyć zagrożenie pod bramką rywala i zrobić wszystkich w bambuko. A to piłka szczęśliwie spadnie mu pod nogi, a to sam wybalansuje obrońców i stanie oko w oko z bramkarzem, a to po prostu dostawi nogę do świetnego podania – właśnie taki napastnik jest potrzebny w tym zespole. Ktoś, kto zrobi coś z niczego.

No i nie zapominajmy o zdecydowanej poprawie w defensywie, co jest ogromną zasługą zwyżki formy Jacka Stephensa. Anglik kieruje całą defensywą „Świętych” i sprawił także, że coraz lepiej zaczął prezentować się Jan Bednarek. Polski defensor fatalnie wszedł w sezon i można było powiedzieć, że wcale nie różnił się za wiele od wyśmiewanego przez wszystkich Jannika Vestergaarda, ale w końcu ustabilizował swoją formę i nie jest już tylko zbędnym balastem, a znowu ważnym zawodnikiem w linii defensywy.

Przykład Southampton udowodnił, że cierpliwość czasem popłaca. „Święci” wyszli ze strefy spadkowej i zajmują już 12. miejsce w ligowej tabeli. Teraz przyszedł czas na rewanż nad Leicesterem City. Drużyną, która jako pierwsza obnażyła wszystkie mankamenty w drużynie Ralpha Hasenhüttla i doprowadziła do największego upokorzenia w całej historii istnienia klubu.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się