var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: afcb.co.uk

Co się stało z Bournemouth? „Wisienki” po raz pierwszy od awansu walczą o utrzymanie w Premier League

Autor: Sebastian Czarnecki
2020-01-18 13:10:51

Kiedy Bournemouth sensacyjnie awansowało do Premier League w 2015 roku, niewielu wierzyło w jego sukces. Zanosiło się na kolejną romantyczną historię, kiedy widowiskowo grający klub przebojem wdarł się do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii, ale po usilnych staraniach zaliczył bolesny upadek i wrócił na swoje miejsce. Nic z tych rzeczy - „Wisienki” nie tylko utrzymały się w stawce, ale także stały się jednym z nieodłącznych elementów ligi angielskiej.

Zmiana stylu gry

Niestety, ale na powolny upadek Bournemouth zanosiło się już w poprzednim sezonie, kiedy Eddie Howe postanowił zmienić styl gry i skupić się bardziej na kontratakowaniu. Dlatego właśnie sprowadził do swojego zespołu Jeffersona Lermę, który miał wzmocnić środek pola i dać drużynie więcej możliwości w prowadzeniu gry. Kolumbijczyk nie tylko jest dobry w destrukcji, ale także potrafi wyprowadzić piłkę z obrony i rozciągnąć ją do atakujących partnerów.

Kurs STS na mecz Norwich vs Bournemouth: 1 - 2,20, X - 3,45, 2 - 3,24.

Świetnym transferem był także David Brooks, który potrafił zagrać na kilku pozycjach w ofensywie – nie tylko na prawym skrzydle, ale także za plecami napastnika. I to właśnie tercet Brooks-Wilson-Fraser był w poprzednim sezonie tak groźny. Takie ustawienie i zmiana stylu gry spowodowały, że „Wisienki” w październiku zajmowały szóste miejsce w ligowej tabeli. Tak wysoko po awansie do Premier League jeszcze nie były.

Problem jednak w tym, że bardziej kontratakujący styl gry stał się dużo bardziej oczywisty do rozszyfrowania. Rywale nie musieli się już obawiać, że Bournemouth będzie częściej utrzymywało się przy piłce i zamiast tego mogli po prostu skupić się na odpieraniu ataków ze skrzydeł. Od wspomnianego października podopieczni Eddiego Howe’a wygrali zaledwie dwanaście z pięćdziesięciu ligowych meczów i był to pierwszy poważny sygnał, że w zespole dzieje się coś niepokojącego.

Wyczerpana formuła

W tym sezonie jest jednak jeszcze gorzej. Mimo że do dobrze działającego środka pola dołączył świetnie spisujący się Philip Billing, Bournemouth ma duże problemy w organizacji swojej gry. Nie tylko są na siedemnastym miejscu w liczbie strat na własnej połowie, ale także zatracili swój zmysł do kontratakowania, który w poprzednim sezonie przynosił dobre rezultaty.

„Wisienki” w sezonie 2018/2019 strzeliły aż dziewięć bramek po sytuacjach, w których odzyskali piłkę na własnej połowie i od razu przenieśli grę do przodu. Żaden zespół nie był pod tym względem lepszy od drużyny prowadzonej przez Eddiego Howe’a, a tylko Wolverhampton przeprowadziło od niej więcej tego typu sytuacji. Teraz? Zaledwie sześć kontrataków po 22 kolejkach – tylko Burnley i Norwich mogą pochwalić się gorszym bilansem.

Obie drużyny strzelą gola? Tak - 1,70, Nie - 2,15.

I teraz należy zastanowić się, gdzie leży problem. Bournemouth w ostatnich jedenastu spotkaniach zdobyło zaledwie cztery punkty, a wygrana i remis przyszły z wielkimi firmami – z Chelsea i z Arsenalem. W najważniejszych meczach, czyli w tych z bezpośrednimi rywalami w walce o uniknięcie strefy spadkowej, „Wisienki” już zawodziły. I to na całej linii, bo same porażki to jeszcze nic złego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że te porażki przyszły po fatalnej grze, która nie dość, że do niczego nie prowadziła, to jeszcze nie dawała nadziei na poprawę.

 

 

Howe nie ma już pomysłu?

I pomyśleć, że Eddie Howe jeszcze nie tak dawno temu był łączony z wielkimi klubami. Media ochoczo łączyły go z Arsenalem, kiedy ekipę z Emirates Stadium opuszczał Arsene Wenger. Trener Bournemouth miał być tym młodym, ale doświadczonym już trenerem, który potrafi ustawić swój zespół ofensywnie. Dla wielu to był oczywisty wybór, zwłaszcza że „Wisienki” w tamtym okresie były naprawdę jedną z rewelacji Premier League.

Wydawało się, że po awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej Bournemouth zleci z niej tak szybko, jak się do niej dostało, ale okazało się, że małym kosztem i ciekawym pomysłem można osiągnąć wielkie rzeczy. No bo postawmy sprawę jasno – to nie jest coś, co mógłby osiągnąć każdy pierwszy lepszy menedżer. Eddie Howe przecież wprowadził ten zespół do Premier League z poziomu… czwartej ligi. Kiedy obejmował „Wisienki”, te były bliskie spadku z League Two. Anglik tymczasem nie dość, że zdołał utrzymać je w stawce, to jeszcze rok później zaliczył awans do League One.

Coś się jednak zaczęło wyczerpywać, co widać na postawie całego zespołu. Callum Wilson jest całkowicie bez formy, Ryan Fraser ma pół roku do końca kontraktu i od dłuższego czasu jest już myślami gdzieś indziej, Joshuę Kinga i Davida Brooksa męczą urazy, a sam zespół jest całkowicie bezradny zwłaszcza tam, gdzie mia dominować – w środkowej części boiska.

Solanke strzeli gola? Tak - 4,25.

I kto wie, może po tylu latach Eddie Howe przestał być idealnym rozwiązaniem dla Bournemouth? Owszem, dokonał tu wielkich rzeczy i nikt nie ma do niego żalu o aktualne wyniki, ale coś wyraźnie przestało działać i może obie strony skorzystałyby na rozstaniu? Dziś „Wisienki” zmierzą się z ostatnim w tabeli Norwich i jeśli nie zdołają go pokonać, już nikt ani nic nie będzie w stanie pomóc temu zespołowi. To będzie najważniejszy mecz sezonu – teraz albo nigdy.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się