var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Mamrot dla 2x45: Trener nie ma czasu na naprawę błędów, od razu traci pracę. W przyszłości będę bardziej stanowczy dla piłkarzy

Autor: Marcin Łopienski
2020-02-02 14:30:03

Kiedy przychodził do Ekstraklasy w 2017 roku o jego istnieniu wiedzieli nieliczni, a piłkarze, nawet ci polscy sprawdzali w internecie kim jest ich nowy trener. Ireneusz Mamrot swoją szansę jednak wykorzystał i jak sam powiedział meteorytem nie został. O swojej 2,5-letniej pracy w Jagiellonii, o największych błędach, minusach zawodu trenera w Polsce, samotności w Białymstoku opowiedział w długim wywiadzie dla 2x45. Zapraszamy do lektury!

Marcin Łopienski (2x45.info): - Przez ostatnie 20 lat był pan cały czas w pracy, teraz w ciągu dnia jest pewnie spokojniej. Nie cierpi pan z nudów?

Ireneusz Mamrot (były trener Jagiellonii Białystok): - Na pewno jeśli chodzi o ten okres do Sylwestra to nie, bo nawet nie widziałem, kiedy mi ten czas zleciał, ale ten odpoczynek był mi bardzo potrzebny. Natomiast teraz powoli wraca energia do pracy.

- Piłki w tamtym czasie nie było wcale? Czy w małych dawkach?

- Przez te trzy tygodnie, oprócz dwóch spotkań Jagiellonii z Lechią i Górnikiem, to nie obejrzałem żadnego meczu i odpocząłem sobie od futbolu.

- I nawet gdyby pojawiła się jakaś oferta, to spotkałaby się z pańską odmową?

- Myślę, że tak, bo naprawdę potrzebowałem tej przerwy.

- Nadal siedzi w panu ten finał Pucharu Polski? Wiem, że nie tylko piłkarze, ale pan też to mocno przeżył.

- Siedzi i to tak jak pan powiedział, mocno i głęboko. Bo inaczej odbiera się przegrany mecz, w którym jest się słabszym, a inaczej spotkanie, kiedy jeden twój błąd waży na zdobyciu pucharu. Myślę, że gdybyśmy wtedy wygrali, to ogólna ocena mojej pracy, zwłaszcza przez kibiców, którzy zawsze mnie wspierali, byłaby zdecydowanie lepsza.

- Ta majowa porażka zaważyła również na pana losie na początku grudnia?

- Nie wiem, czy zostałbym zwolniony, ale myślę, że po wygranej w Pucharze Polski miałbym tych kilka procent więcej szans na pozostanie.

- Zastanawia mnie pana reakcja po tej porażce. Trener może coś w ogóle powiedzieć? Jak zareagować?

- Po porażce naprawdę długo siedzieliśmy na ławce rezerwowych i tam się nikt nie odzywał. Podobnie w szatni. Po takim spotkaniu nie ma za wiele do powiedzenia, pamiętam że prezes był w szatni po meczu i kilka słów powiedział. My natomiast zostawiliśmy to na trening. Proszę mi uwierzyć, że zawsze po spotkaniu rozmawiam z drużyną, ale wtedy (chwila ciszy) no nic nie mówiłem, widać było jak mocno zespół przeżył tę porażkę, bo chłopakom bardzo zależało na tym zwycięstwie.

- Da się w ogóle odreagować taki cios?

- Nie ma na to czasu. Za chwilę mieliśmy kolejny mecz i to co zabrał nam los na Stadionie Narodowym, oddał w meczu z Pogonią. Bo wcale wtedy nie graliśmy dobrze, a wygraliśmy przecież 4:2, po pierwszych dwóch stałych fragmentach gry zdobyliśmy dwie bramki.

- Przekorny ten los.

- Trochę tak, później człowiek siedzi i myśli, dlaczego akurat w tym meczu dał nam tyle, a nie np. w tym najważniejszym wtedy finale Pucharu Polski.

- Przygotowując się do wywiadu widziałem sporo materiałów o Panu, ale jeszcze z tych lat wcześniejszych, nawet z czasów Chrobrego…

- … wiem co pan chce powiedzieć.

- Tak?

- Całe zmęczenie wyszło mi na twarz?

- Dokładnie. Bardzo się pan postarzał po prostu.

- Nie chcę zostać źle odebranym, ale są tacy trenerzy, którzy odchodząc z pracy wyglądają starzej niż pół roku później, kiedy wracają. Proszę sobie zobaczyć na Mourinho po odejściu z Manchesteru United i po objęciu Tottenhamu.

To jest normalne, że jak pan pracuje, to robiąc te same rzeczy, na początku jest pan za nie chwalony, a na końcu krytykowany. Inne jest po prostu podejście do trenera, który jest dłużej w jednym miejscu.

- Inna presja…

- No tak, to oczywiste. W Białymstoku z każdym kolejnym miesiącem była ona większa.

- A pan w głównej mierze wszystko brał na siebie.

- Starałem się robić jak najwięcej, żeby się od tego odciąć, ale do tego potrzebne jest wsparcie innych osób. Jeżeli chodzi o kibiców to ono zawsze było.

- Więc kogo? Rodziny, przyjaciół?

- Na pewno też, ale nie tylko. Myślę, że wszyscy się domyślą o kogo mi chodzi. W tych najgorszych momentach istotne jest to, żeby mieć po swojej stronie osoby, które mają wpływ na działalność klubu, a pod koniec w Jagiellonii czuć było to zmęczenie.

- Z obydwu stron?

- Myślę, że tak.

- Na końcu tkwiliście w jednym, nie do końca słodkim, sosie.

- Na pewno gdybym pod sam koniec otrzymał takie zdecydowane poparcie, to byłbym w stanie to kontynuować, bo wiedziałem gdzie leżał problem. W Polsce natomiast jest tak, że poważnych błędów nie da się naprawić i po prostu traci się pracę.

- A te największe pana błędy w Jagiellonii?

- Nie ma co ukrywać, że te dotyczące transferów. I nie chodzi tutaj o jakość zawodników, ale o to, że w pewnym momencie w szatni Jagiellonii zabrakło odpowiedniego balansu między Polakami a obcokrajowcami. Naszych piłkarzy musi być po prostu więcej, a w Jagiellonii pewnych nacji było za dużo. I w tym kierunku mogliśmy zrobić krok do przodu.

- Spieraliście w tym temacie z prezesem Kuleszą?

- Rozmów było dużo, ale fakt jest taki, że dziś bardzo trudno jest kupować Polaków do Jagiellonii. 

- O czym można się było ostatnio przekonać przy okazji doniesień o Filipie Starzyńskim.

- Dokładnie tak, chociaż zaznaczę, że mnie już w tym czasie w klubie nie było i odnoszę się tylko i wyłącznie do doniesień medialnych. Zawodnik ostatecznie zdecydował się pozostać w Lubinie i za moich czasów takich sytuacji było dużo. Ci Polacy nie do końca chcą do Jagiellonii przychodzić. Muszę tu też doprecyzować: piłkarzy, którzy wyrazili chęć przyjścia do Białegostoku zablokowały kluby, nie zgadzając się na kwotę wykupu. Ci natomiast, którzy mogli przyjść już, nie wyrazili chęci dołączenia do Jagi.

- Z czego to mogło wynikać?

- Na pewno trzeba zapytać tych zawodników, ja swoją teorię na ten temat mam, ale muszę ją zostawić dla siebie. Na pewno Jagiellonia kilka lat temu wyprzedziła sporą liczbę klubów i jej atutem była stabilność finansowa, ale dzisiaj na rynku są może z 2-3, które mają problemy z jakąś płynnością, reszta stara się te wymogi licencyjne spełniać. Dlatego piłkarze w Polsce mają sporo opcji do wyboru, a Jagiellonia jest jednym z wielu.

- W przypadku Starzyńskiego chodziło też o pensję, jaką chciał zarabiać w Białymstoku.

- Ale to jest normalne. Jeśli zawodnik X w jednym klubie zarabia 100 zł, to nie przyjdzie do drugiego klubu również za 100 zł, a chce więcej. I teraz jeśli chce się podnieść poziom drużyny, to albo to akceptujesz, albo nie. Pamięta pan sytuację z Mączyńskim?

- Tak, Jagiellonia mocno starała się o niego latem 2017 roku.

- No właśnie, to było zaraz jak ja przyszedłem, wcześniej prezes Kulesza z nim rozmawiał i mimo wszystko zawodnik trafił do Legii.

- Jeszcze w kontekście tych błędów, analizował pan swój pierwszy sezon w Białymstoku?

- Myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że w momencie kiedy nam znakomicie szło, to mogłem coś zmienić.

- Jakiś konkret?

- Trzeba było zaryzykować. My wygrywaliśmy, szło nam bardzo dobrze, ale w pewnym momencie wygrane się skończyły. I tam ta moja reakcja na chwilowy sukces była nieodpowiednia.

- Z perspektywy czasu czego tam zabrakło?

- W pewnym momencie grało tylko 11 ludzi, myśmy wszystko wygrywali, grali bardzo dobrze i być może trzeba było kogoś poświęcić, aby pobudzić zespół. Wiadomo też, że to jest piłka. Mieliśmy przecież rzut karny z Wisłą Kraków, gdybyśmy go wykorzystali bylibyśmy na pierwszym miejscu. Teraz jednak rozliczam siebie i mam do siebie o to pretensje.

- Innymi słowy: trzeba było posadzić na ławce lidera.

- Jednego z kluczowych zawodników. Są takie momenty w zespole, że grupa ludzi potrzebuje wstrząsu, pobudzenia. A jeśli pan pamięta, myśmy wtedy naprawdę dobrze grali, odnosiliśmy przekonujące zwycięstwa i ci chłopcy spoza pierwszej jedenastki mogli wpaść w pewne rozluźnienie. Dziś zareagowałbym inaczej.

- Kiedy wpadliście w drobny kryzys nie było kogo wziąć z ławki, żeby wspomógł tych liderów.

- Może nie aż tak, że nie było kogo wziąć. Z perspektywy czasu najbardziej żałuję, że na wiosnę nie został z nami Cernych. Zostało mu kilka miesięcy do końca kontraktu, a my na skrzydłach zostaliśmy z Frankowskim i Novikovasem. Owszem, przyszedł Lazarević, ale z perspektywy czasu wiadomo jak z tym transferem było.

- Wybitnie nie przypadł panu do gustu.

- Nie będę go teraz oceniał, ale w każdym razie nie dawał na boisku tyle co Cernych czy Frankowski. Po odejściu Fedora chłopaki mieli pewny skład i nie chodzi o to, że oni nie chcieli grać, bo chcieli bardzo, ale czasami jak nie wychodzi, to wpuszcza się takiego trzeciego i on robi różnicę. A na sam koniec do mistrza zabrakło nam trzech punktów. Czy Cernych te trzy oczka byłby w stanie nam na boisku wywalczyć? Myślę, że tak.

- Po rozstaniu z Jagiellonią w wywiadach mówił pan o odpoczynku, analizie, a był czas na powrót myślami do momentu telefonu prezesa Kuleszy w 2017 roku?

- Na pewno wróciłem do tamtego momentu, ale po tym czasie podjąłbym dokładnie taką samą decyzję. Oczywiście mimo wielkiego zdziwienia propozycją pana prezesa.

- Aż tak ona pana zdziwiła?

- Tak, nawet prezes wyczuł to przez telefon. Dlatego kolejnego dnia zadzwonił kolejny raz, wtedy byłem już bardziej przygotowany do takiej rozmowy.

- Skąd wynikało to zdziwienie?

- Na pewno Chrobry w tym 2017 roku nie miał najlepszego sezonu za sobą, przed startem rozgrywek mieliśmy sporo zmian personalnych i taki telefon od wicemistrza Polski mógł zaskoczyć. Dziś możemy o tamtym momencie wspominać, ale ogólnie jest tak, że bardzo cieszę się że tak to się potoczyło, bo ja z Jagiellonii odszedłem jako lepszy trener.
Proszę zobaczyć, że przecież drużyna pod moją wodzą zdobyła wicemistrzostwo, graliśmy w pucharach, było kilka trudnych momentów, a to na pewno buduje szkoleniowca. Dlatego dziś jestem wdzięczny prezesowi, że wtedy wyciągnął moją kandydaturę z kapelusza, bo przecież nazwiska Mamrot w Jagiellonii nikt się nie spodziewał.

- Trudno było zamienić szatnię w Głogowie na tę białostocką? Ten przeskok między poziomami ma wpływ na trenera?

- Ma spore i żaden trener mi nie powie, że jest inaczej. Idealna sytuacja jest taka, kiedy ze swoją drużyną awansujesz do Ekstraklasy i wchodząc z nią do elity poznajesz ją. Myślę też, że powodem wielu niepowodzeń szkoleniowców, którzy przeszli podobną drogę do mojej nie był brak umiejętności, ale właśnie w nieprzystosowaniu się do warunków Ekstraklasy. Mamy przecież tutaj lepszych zawodników, o innej mentalności.

- A pana wejście do szatni Jagiellonii?

- Nie oszukujmy się. Zagraniczni piłkarze to na pewno nie wiedzieli kim jestem, a i wielu polskich sprawdzało mnie w internecie. Myśli pan, że wszyscy zawodnicy interesują się I ligą? (śmiech)

- Nie sądzę (śmiech).

- Wielu z nich Ekstraklasy nie ogląda, a co dopiero I liga. A ja kilka lat spędziłem na zapleczu, kilka w II lidze, dlatego moje wejście do szatni na pewno nie było łatwe. Dziś jeśli otrzymam ofertę z klubu Ekstraklasy ten pierwszy moment powinien być zdecydowanie łatwiejszy.

- Czyli pod tym kątem psychologicznym zyskał pan najwięcej?

- Tak, mówiąc o swoim rozwoju ten aspekt mam na myśli. Jeżeli chodzi o taktykę to w Ekstraklasie jest łatwiej, bo trener ma do czynienia z lepszymi piłkarzami i łatwiej pewne rzeczy egzekwować. Część z tych zawodników trenowała u naprawdę dobrych szkoleniowców, więc zmiany taktyki zdecydowanie szybciej stosowali na boisku. W I lidze więcej rzeczy trzeba wypracować na treningach.

- Pamięta pan jakiś przykład sytuacji, kiedy piłkarze Ekstraklasy szybko dostosowali się do zmiany taktyki?

- Chociażby mecz w pucharach z Batumi, kiedy pierwszy mecz wygraliśmy, oni przyjechali do nas i ustawili się trójką w obronie, czym nas zaskoczyli, bo w lidze nigdy tak nie grali. W przerwie rozrysowaliśmy zawodnikom na tablicy jak mają grać, jak reagować w pressingu i od razu to zaskoczyło. 

- Wracając do kwestii mentalnych, wyciągnął pan wnioski z popełnionych błędów?

- Na pewno tak, ale konkrety zostawiam sobie, bo to są dla mnie informacje i tego na pewno muszę uniknąć w kolejnej pracy.

- Chodzi o relację z zawodnikami?

- Na pewno też! Chociaż nie wydaje mi się, żeby tutaj był jakiś duży problem, aczkolwiek do poprawy na pewno coś się znajdzie. Na przykład egzekwowanie pewnych rzeczy.

- Przykładowo kar?

- Tak. Powinienem być bardziej stanowczy w kilku przypadkach i w kolejnym miejscu pracy tej stanowczości mi nie zabraknie.

- Zwłaszcza, że charaktery zawodników Ekstraklasy też są inne od tych z I ligi. Jakby pan ich scharakteryzował?

- Ci z Ekstraklasy mają po prostu większe ego. Każdy z nich chciałby grać, ale akurat ten czynnik u piłkarza jest dobry.

- A presja mediów jest kłopotliwa dla trenera przychodzącego z niższej ligi?

- Ani mediów, ani kibiców się nie obawiałem dlatego, że tyle lat pracowałem na taką szansę i te aspekty nie mogły mi przeszkodzić. A proszę sobie wyobrazić, że z dnia na dzień zamieniłem widownię 1,5 tys. na 15 tys. Bo chyba tyle było białostoczan na pierwszym meczu z Batumi, ale ja to odebrałem jako przyjemność prowadzenia zespołu przed taką publicznością.

- A pozycja w rozmowie w gabinecie prezesa?

- Tutaj nie będę ukrywał, że łatwiej było w Chrobrym. Widzi pan moja przygoda jako trenera jest inna, bo mam w CV bardzo mało klubów, ale w każdym byłem bardzo długo. W Polonii Trzebnica, której jestem wychowankiem łącznie spędziłem 4,5 roku, w Wulkanie Wrocław, który już nie istnieje też 4,5 roku, w Głogowie 6,5. W tych klubach od strony sportowej wszystkie decyzje należały do mnie, w Jagiellonii wyglądało to inaczej, a ja musiałem uczyć się współpracy z prezesem Kuleszą.

- Przychodząc do Białegostoku musiał się pan zmienić w spokojniejszą osobę?

- Ma pan na myśli ten artykuł na Weszło?

- Tak.

- Wie pan, w tym artykule wypowiedzieli się zawodnicy, którzy nie grali, dzisiaj jeden jest w IV lidze, drugi też nie zaistniał w piłce. Pytał pan wcześniej o różnice między piłkarzem Ekstraklasy i I ligi, tutaj jest dobry przykład braku świadomości czego wymaga trener i w jakim celu to robi. Po jakimś czasie miałem okazję porozmawiać z Samuelem (Szczygielskim, autorem tekstu – red.) i dobrze że tak się stało, bo moim zdaniem chłopaki mocno przesadzili. W porównaniu do innych trenerów Ekstraklasy to bardzo możliwe, że oni po czymś takim nie wyszliby nawet na kolejny trening.

- Ale oazą spokoju pan nie był, prawda?

- Oczywiście, że nie byłem w tamtym czasie bardzo spokojny, ale nie było też tak jak oni to przedstawili.

- A w Jagiellonii?

- W nowej drużynie na pewno było z mojej strony więcej spokoju, ale o szczegóły musi pan zapytać zawodników, bo moja wersja zawsze będzie subiektywna. Nie przypominam sobie, poza 2-3 sytuacjami, żeby było głośniej w szatni, w większości wszystko było opierane na spokoju.

- Czyli kosza pan nie złamał?

- Taka wypowiedź, że trener w szatni kopnął w kosz na śmieci, to tylko ośmiesza zawodnika. W trakcie meczów są różne sytuacje, czasami trzeba dać impuls swojej drużynie, pokazać, jak jest źle, a sama czynność nie powoduje przecież uszczerbku na zdrowiu. Oczywiście doskonale pamiętam tę sytuację, to był mecz w Siedlcach, gdzie przegrywaliśmy do przerwy 0:2 i graliśmy bardzo słabo, jeżeli chodzi o zaangażowanie.
Moim zdaniem tacy zawodnicy nie powinni być w ogóle cytowani, a już najbardziej denerwują mnie piłkarze, którzy po latach opowiadają jak było i to jeszcze anonimowo. Jeśli jesteś kozakiem, to powiedz to oficjalnie i to w momencie, kiedy masz jakieś pretensje. Powiem panu coś jeszcze.

- Słucham.

- W przypadku jednego z tych zawodników, który się wypowiedział anonimowo dla Weszło, bo wiem kto to jest, mówimy o chłopaku, który w I lidze grał tylko u mnie, a później nawet w II lidze nie występował, bo z niego zrezygnowano. W dodatku to ja go ściągałem do Chrobrego.

- Zabolał pana brak wdzięczności?

- Niestety tak.

- Najczęściej jest chyba tak, że na trenera nadaje ten, któremu się nie chce trenować lub nie gra. To chyba nawet Michał Probierz powiedział w jednym z wywiadów.

- Dokładnie o to chodzi. Nie chcę wymieniać nazwiska tego chłopaka, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że wiedziałem co na mnie nagadał, ale jak zadzwonili do mnie z II ligi po jego rekomendację, to mimo wszystko wystawiłem mu pozytywną ocenę.

- W takim razie łatwo jest panować nad grupą piłkarzy Ekstraklasy, o wielkim ego, gdzie każdy chce grać?

- W Jagiellonii pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, gdzie w szatni miałem tak dużo nacji. Bo jest przepaść między zawodnikami z Hiszpanii, a tymi z Bałkanów i Polski.

- Na czym ta przepaść polega?

- Była taka sytuacja, że jeden z zawodników zagrał dobry mecz, ale ja pokazałem mu jego błędy. I po kilku miesiącach przyszedł do mnie na rozmowę i mówi do mnie: „Trenerze, zagrałem wtedy taki dobry mecz, a trener pokazał mi tylko błędy”. A część piłkarzy, w tym Polacy, wolą jak pokaże im się mankamenty, bo rozumieją, że są one pokazywane dla ich rozwoju. Nauka tych różnic charakterologicznych była dla mnie dużym doświadczeniem.

- Językowo też się pan podszkolił.

- Przychodząc do Jagiellonii kompletnie nie znałem angielskiego, nie powiem, że teraz płynnie mówię, ale spokojnie jestem w stanie się dogadać. I na pewno to była dla mnie spora nauka, ale nie może być też tak, że zagraniczny zawodnik po przyjściu do Polski nie zna naszego języka. I był taki moment w Białymstoku, że tylko dwóch piłkarzy nie mówiło po polsku.

- A czy trener może się czegoś nauczyć od zawodnika? Na przykład takiego zagranicznego?

- Na pewno tak, zwłaszcza jak ma się do czynienia z mądrym, inteligentnym piłkarzem. Proszę zwrócić uwagę, że ci zagraniczni zawodnicy przychodzą z różnych drużyn, z różnych krajów, jeden z moich podopiecznych nawet współpracował z Mourinho. I podczas wielu rozmów można się sporo dowiedzieć i na pewno jest to dla trenera jakaś nauka.

- Od którego pan się najwięcej dowiedział?

- Nie zdradzę personaliów, bo jeszcze pozostali się na mnie obrażą, ale było kilku takich.

- A o minusach pracy trenera pan mi powie?

- Proszę bardzo, bo musi pan wiedzieć, że jest ich sporo.

- A największy?

- Czasami odpowiadamy za rzeczy, na które nie mamy wpływu.

- Co ma pan na myśli?

- To, że trener sporo musi brać na siebie, wziąć to po prostu na klatę, ale nie o wszystkim jest w stanie mówić. Nie możesz jako trener narzekać publicznie na rzeczy, które ci się nie podobają i chciałbyś je zmienić, ale musisz wszystko brać na siebie.
Kolejny minus jest taki, że szczególnie w Polsce trener jest jednym z najmniej szanowanych zawodów…

- Niżej niż dziennikarz (śmiech)?

- Przyznaję, zaskoczył mnie pan, ale chyba nie jest z wami aż tak źle (śmiech). Mówię to tylko i wyłącznie na podstawie tego jaka jest na nas krytyka, czasami po jednym przegranym meczu chce się nas zwalniać. My pracujemy 24 godziny na dobę, bo cały czas żyjemy piłką, a punktuje się nas, nie wiedząc tak naprawdę co zrobiliśmy w tygodniu i dlaczego podjęliśmy taką, a nie inną decyzję. Niemniej jednak można sobie z tym poradzić, gorzej jest z tym pierwszym minusem.

- Mówiąc, że musi sobie radzić, ma pan na myśli gryzienie się w język?

- Wiadomo, że tak było. Każdy trener obiera swoją filozofię, ja przykładowo nigdy publicznie nie skrytykowałem zawodnika na konferencji prasowej i później przylgnęła do mnie łatka miłego i grzecznego trenera. Oczywiście są tacy szkoleniowcy, którzy uderzają w piłkarzy, ale ja wychodzę z założenia, że trzeba to robić w szatni.

- Prywatnie dużo pan stracił przez te 2,5 roku w Białymstoku?

- Cały mój sztab był z rodzinami, tylko ja byłem w Białymstoku sam, a telefon proszę pana nigdy nie zastąpi bliskiej panu osoby, bo to jest tylko narzędzie. Wydaje mi się, że nie straciliśmy dużo, bo jesteśmy z żoną wiele lat po ślubie, dzieci mamy dorosłe, a mam to szczęście, że małżonka jest bardzo wyrozumiała, 2-3 razy w miesiącu była w Białymstoku i naprawdę bardzo mocno doceniam jej poświęcenie, bo sam pan dobrze wie jaka to różnica kilometrów. 

Dopiero teraz po czasie zdaję sobie sprawę, że może gdyby rodzina była na miejscu to byłbym w stanie odświeżyć głowę do tego stopnia, iż podejmowałbym lepsze decyzje w kilku przypadkach.

- Ten reset w towarzystwie czterech ścian raczej nie jest możliwy.

- No nie jest, bo cały czas się o tym myśli, żyje się problemem 24 godziny na dobę. Kiedyś myślałem, że tak powinno być. Dziś jestem starszy, mam większe doświadczenie jako trener i już po zwolnieniu w Jagiellonii doszedłem do wniosku, że nie można cały czas pracować. Praca 24 godziny na dobę wcale nie oznacza, że to jest to praca lepiej wykonana.

- Czyli w nowej pracy tylko z żoną?

- Jeśli będzie daleko od domu, to nie widzę innego wyjścia.

- A czy w momencie otrzymania propozycji z Białegostoku ta odległość i oddzielne mieszkanie było punktem spornym? Albo dyskusyjnym? Mój staż małżeński jest w sumie bardzo mały, ale nie wyobrażam sobie życia beż żony.

- Wie pan, to się łatwo mówi i porównuje. Proszę zobaczyć, że ja byłem trenerem, który nigdy nie pracował w Ekstraklasie i nie mogłem kalkulować. Skoro wcześniej zrobiłem wszystko, aby otrzymać taką propozycję i ciężko pracowałem na to blisko 18 lat, to nie podchodziłem do tego w ten sposób. Oczywiście liczyliśmy z żoną, że tak będzie, ale nawet sekundy nie zastanawialiśmy się.

- Oferta życia w końcu.

- No tak, dlatego zawsze będę wdzięczny Jagiellonii. Przecież meteorytem nie można mnie nazwać, swoją szansę wykorzystałem, a wcześniej różnie to bywało ze szkoleniowcami z I ligi.

- Już na sam koniec: czego życzyć trenerowi Mamrotowi w 2020 roku?

- Zdrowia. Na coś więcej postaram się zapracować.

- A nowego miejsca pracy?

- Na pewno chciałbym trafić do klubu, gdzie będę miał zaufanie i wpływ na to, jak drużyna wygląda.

- A gdyby przyszła oferta z I ligi?

- Nie chcę zostać odebrany arogancko, ale na dziś nie przyjąłbym takiej oferty. W tym momencie czekam na propozycję z Ekstraklasy.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się