var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: fot. Artur Kraszewski (ŁKS Łódź)

Salski dla 2x45: Nie chcę mówić pracownikom - rób jak uważasz. Prezes musi znać się na piłce i zadawać trudne pytania

Autor: rozmawiał Mariusz Bielski
2020-02-09 10:00:51

Łódzcy kibice martwią się o losy ich ukochanej drużyny w związku z jej miejscem w tabeli i jest to zupełnie naturalne. Co jednak ważne – mało w tych zmartwieniach strachu, a to za sprawą człowieka, który stoi na czele ŁKS-u, czyli prezesa Tomasza Salskiego.

Co było i jest najtrudniejsze w prowadzeniu ŁKS-u? Ile w klubie zależy od dyrektora Przytuły? Dlaczego kilka razy w tygodniu ogląda treningi pierwszej drużyny? W jaki sposób zaskoczyli go kibice podczas spotkania? Czemu namiętnie czyta raporty z akademii? Czym kieruje się przy zatrudnianiu ludzi i co sprawia, że tak bardzo ufa Kazimierzowi Moskalowi? Z którego aspektu działania akademii jest najbardziej dumny? Co zmieniłby w przygotowaniach do gry w Ekstraklasie? Czy spadek do I ligi traktuje jak ryzyko wkalkulowane?

Zapraszamy do lektury rozmowy!

***

Próbowaliśmy umówić się na tę rozmowę od początku stycznia, ale nie mogliśmy się złapać ze względu na pana urlop. Często zwraca się uwagę, że piłkarze, zwłaszcza w trudnych momentach potrzebują odświeżyć głowy, odciąć się na jakiś czas, zresetować... Panu też już to było potrzebne?

To był rodzinny wyjazd. Potrzeba resetu może zdarzyć się zawsze, gdy żyjesz w dużym tempie. Każdy, kto prowadzi jakiś biznes tak ma. Zresztą, dziś elektronika jest obecna w każdym aspekcie życia, mailem czy telefonem da się skontaktować prawie zawsze i wszędzie.

Ale służbowej komórki pan ze sobą nie wziął!

Mam też drugi numer. Ci co mogliby potrzebować kontaktu, gdyby działo się coś ważnego, mogli się bez problemu do mnie dostać.

Pan sobie dobrze radzi ze stresem?

U mnie to działa na zasadzie "na kaca najlepsza jest praca". Najłatwiej jest mi się wyluzować poprzez wysiłek fizyczny - idę pograć z kumplami w piłkę, albo pobiegać... Praca w ogrodzie ze szpadlem też mnie odstresowuje. Wtedy człowiek musi się skupić w pełni na tym co robi. Następuje chwilowa odcinka. Nie uważam, że w trudnym momencie lepiej byłoby iść na typowe „spotkanie Polaków” - to nigdy nie załatwia problemu, nie redukuje stresu ani nie pomaga w podejmowaniu decyzji.

Gdyby miał pan ustalić hierarchię trudnych momentów w tej nowej historii ŁKS-u, to gdzie znalazłaby się obecna sytuacja drużyny?

Jestem tu od 3,5 pół roku i mam wrażenie, że u nas trudny moment panuje non stop. Paradoks polega na tym, iż nasze miejsce w tabeli nic nie zmieniło, wszak znów nie wiemy na którym poziomie będziemy występowali w przyszłym sezonie. To tylko pokazuje skalę trudności w pracy między innymi Krzysztofa Przytuły (dyrektor sportowy ŁKS-u - przyp. red.). Inaczej rozmawia się z zawodnikami, gdy ma się pewność w której lidze będzie się występowało. Hierarchii więc nie ustawiałem i wątpliwościom nie ulega to, że sytuacja nie jest łatwa. Ale tabela to nie jest jedyna rzecz warunkująca funkcjonowanie klubu.

Kiedyś sobie myślałem, że ŁKS to dla pana przyjemna odskocznia od drugiego biznesu, który pan prowadzi...

Tego smutnego? (śmiech)

Teraz to chyba oba są smutne. Reklama “Klepsydry” na bandach nabiera nowego znaczenia.

Mówimy o następnym biznesie i następnej "firmie" w jaką angażuję się na 100%. Odskocznię rozumiem bardziej jako hobby, na przykład wspomniane granie w piłkę ze znajomymi. A że inny rodzaj emocji temu biznesowi towarzyszy - sprawa oczywista. Tak samo jeszcze inaczej byłoby, gdybym otworzył restaurację. Wtedy też wszyscy pewnie mówiliby o odskoczni, lecz w inny rejon. W mojej pracy w ŁKS-ie dochodzi także bardzo duży czynnik emocjonalny, a zatem myślenie w kategoriach odskoczni odpada.

Piłka nie jest zbyt emocjonalna, aby być dobrym biznesem?

Sport robi się głównie na emocjach. Sztuka polega na tym, aby osoby prowadzące kluby same potrafiły sobie z nimi radzić. W polskiej piłce przez lata różnie z tym było, ale teraz wydaje mi się, że bardziej chodzi o przypiętą łatkę, niż że nadal jest tak samo. Nie sądzi pan?

Wciąż się zdarza, ale jest więcej pozytywnych przykładów jak Michał Probierz w Cracovii, Kosta Runjaić w Pogoni, Waldemar Fornalik w Piaście...

No właśnie! Poza tym tyle się mówi o certyfikacjach, szkoleniach dla trenerów i tym podobnych. A w jaki sposób zarządzania klubami mają uczyć się prezesi klubów? Od kogo? Z całym szacunkiem - na pewno nie od kogoś, kto prezesował 40 lat temu, gdy klub był wówczas podczepiony pod jakiś resort państwowy lub miejski zakład.

Ja mam dużo szacunku do tych wszystkich osób, które aktualnie prowadzą kluby, bo tak naprawdę oni edukują się na bieżąco i na własnych błędach. Zupełnie inaczej pracujesz, gdy angażujesz własne środki, a inaczej, kiedy prezes to przedstawiciel spółki Skarbu Państwa lub miasta. Wtedy idziesz jak do zwykłej pracy i tyle. To nie znaczy, że ci ludzie się mniej angażują. Niemniej jednak, kiedy inwestujesz swoje środki i traktujesz klub jako własny biznes, ponosisz odpowiedzialność i ryzyko za nie, to inaczej do tego podchodzisz. 

Zwrócił pan uwagę na ważną rzecz, o której rozmawiałem też z Szymonem Jadczakiem z TVN-u - że w Polsce szkoli się wszystkich, tylko nie działaczy piłkarskich, którzy przewodzą klubami.

Powinno coś się z tym zrobić, bo jedyne wzorce jakie dziś mamy, to te nabyte podczas prowadzenia własnych firm. W futbolu zbyt ważny jest jednak element emocjonalny oraz nieprzewidywalność, co znacznie utrudnia planowanie oraz późniejsze podejmowanie decyzji.

Panu się taka adrenalina podoba?

Staram się zawsze podchodzić do wszystkiego na chłodno i nie decydować pod wpływem emocji. W trakcie pracy w ŁKS-ie nauczyłem się ważnej rzeczy - dziś po przegranym meczu złość trzyma mnie przez pół godziny. Później świadomość, że już nic możesz zrobić tonuje emocje. Na początku jednak frustracja trzymała mnie bardzo długo.

Czyli ewentualnego komunikatu o zwolnieniu trenera trzeba będzie wypatrywać tuż po końcowym gwizdku (śmiech).

Owszem! (śmiech)

A propos zmian personalnych - pamiętam, że jakiś czas temu wspominał pan, iż poszukuje nowego prezesa dla ŁKS-u. Mijają lata i nic się w tym temacie nie dzieje. Chyba było w tym sporo kokieterii.

Po prostu nie chcę wsadzać nikogo na taką minę, jak w obecnej sytuacji drużyny! 

A tak na poważnie - chodziło mi o to, by do ŁKS-u kiedyś przyszedł człowiek, który będzie mógł się zaangażować w prowadzenie klubu jeszcze bardziej niż ja i tylko korzystać z wiedzy mojej czy innych akcjonariuszy. Mówiłem więc o tym przez pryzmat "prezesa na etat", ponieważ na wielu płaszczyznach piłka pożera ogromną ilość czasu. O tym się nawet nie mówi - samo dopięcie wymogów Ekstraklasy, nadzór akademii, sprawy organizacyjne wobec pierwszej drużyny czy rezerw... Taki przykład - aby zapoznać się ze wszystkimi raportami, które składają nam szkoleniowcy z akademii potrzeba paru godzin. Osoba będąca na czele klubu powinna posiadać taką wiedzę.

To ile godzin dziennie pan śpi?

Zawsze spałem mało i nic się w tej sferze nie zmieniło. Ale taka jest prawda - żebym mógł rozmawiać z trenerami na odpowiednim poziomie, muszę posiadać wiedzę. Jesteśmy w trakcie rozbudowy akademii, a już w tej chwili zatrudniamy ponad 20 szkoleniowców. Jeśli każdy z nich zrobi raport miesięczny, który przejdzie jeszcze przez koordynatora oraz dyrektora sportowego, a oni dodadzą swoje raporty, robi się z tego cała masa materiałów. Muszę się z tym zapoznać, aby nie być prezesem, który macha ręką i mówi swoim pracownikom: "aaa, rób jak uważasz". Chciałbym być równorzędnym partnerem do rozmowy dla tych ludzi, aby prowadzić z nimi konstruktywne dyskusje. Ba, im się to należy z samego szacunku za wykonywaną pracę. Największa uwaga koncentruje się najbardziej na pierwszej drużynie, aczkolwiek życie klubu nie kręci się tylko wokół niej.

Czy prezesurą w ŁKS-ie nadrabia pan niespełnione ambicje i marzenia o karierze piłkarskiej, skoro grał pan w jego barwach w juniorach?

Nie sądzę, że miałem jakieś wielkie szanse, by zrobić karierę piłkarską. Szczerze powiedziawszy nie miałem ambicji, aby zostać profesjonalnym zawodnikiem na wysokim poziomie. Byłem świadomy swych umiejętności, a co za tym idzie także mojego miejsca w szeregu. Co prawda teraz jak rozmawiam z moimi byłymi trenerami, między innymi panem Pokrywą, który był moim opiekunem, to wspominają, że miałem szansę na granie, lecz uważam, że jest w tym kurtuazja (śmiech). Co najwyżej zostałbym "przeciętnym ligowcem"! 

Tak samo zupełnie nie mam ciśnienia, aby mój syn był piłkarzem. Podchodzę do tego z dystansem. Trenuje, ale chodzi o to, by piłka sprawiała mu przyjemność.

Co jest dla pana najtrudniejsze w prowadzeniu ŁKS-u?

Najgorzej było na początku. ŁKS to była praktycznie spalona ziemia niemal na każdej płaszczyźnie. Brak zaufania piłkarzy, brak zaufania trenerów, brak zaufania kibiców, a także firm, które mogłyby nam pomóc. Nie istniały praktycznie żadne standardy funkcjonowania klubu pod względem komunikacji czy dokumentacji jego działań. A chodziło przecież o kwestie takie jak zawieranie kontraktów, umów sponsorskich i tym podobne! 

Wspominałem wcześniej o raportach od trenerów akademii, czegoś takiego też nie było. Wszystko musieliśmy budować od podstaw. Aby wdrożyć zmiany musiałem w pierwszej kolejności  rozeznać się jak funkcjonują inne kluby, a w wielu aspektach sami tworzyliśmy struktury, metodologię... Te rzeczy potrafiły przytłoczyć. Musieliśmy uczyć się na żywym organizmie.

Z kolei gdyby miał pan określić nadrzędny cel dla ŁKS-u to co by nim było? Do jakiego ideału dążycie?

Chciałbym, aby to był klub wychowujący wielu przynajmniej solidnych piłkarzy. Gdyby co roku do poważnej piłki trafiało 2 adeptów z naszej akademii - byłoby świetnie. Liczymy, że uda nam się do tego doprowadzić. Mam też nadzieję, iż ŁKS w przeciągu powiedzmy 3 lat to będzie klub o ustabilizowanej sytuacji w Ekstraklasie - sportowej i organizacyjnej.. 

Natomiast pomysł na akademię oraz styl gry został opracowany na bazie innych akademii europejskich - zostawię dla siebie których dokładnie. To wszystko przygotowywane było w zespole pod okiem Krzysztofa Przytuły, gdy do nas dołączał. Ten plan zresztą cały czas staramy się modyfikować, ulepszać, jesteśmy elastyczni. Tak samo jeśli chodzi o szkoleniowców dla pierwszej drużyny - dlatego rozmawialiśmy z trenerami Stawowym czy Moskalem, ponieważ ich sposób rozumienia futbolu zgadzał się z naszym piłkarskim ideałem.

Mnie jednak strasznie cieszą też te mniejsze sukcesy. Niedawno uczestniczyliśmy w  turnieju halowym dla dzieci. Urzekło i ucieszyło mnie bardzo, kiedy zobaczyłem w jaki sposób dzieciaki z mojego klubu rozgrywają piłkę. Bo wiadomo jak to jest w takich turniejach - dwóch najbardziej wyrośniętych chłopaków potrafi wygrać całe rozgrywki dla swojej drużyny. Rodzice są wtedy zadowoleni i myślą, iż ich pociechy są częścią świetnego zespołu, a nie zwracają uwagi w jaki sposób sukces został osiągnięty. Ja popatrzyłem na naszych chłopców i ani nie zabijaliśmy przeciwników fizycznie, ani nic podobnego. Cały turniej grali jednak w określony sposób (krótkie podania, dużo wychodzenia na pozycje) i była w tym powtarzalność, a w tym wieku to wcale nie jest łatwe. 

Byłem też zbudowany reakcjami trenerów - nie krzyczeli na swych podopiecznych, nie wywierali presji na arbitrach. Spokojnie przekazywali uwagi, które rzeczywiście skutkowały. Cieszyło też to, że grali wszyscy, a nie na przykład tylko najmocniejsza czwórka, by reszta każdy mecz oglądała z ławki. Tak ci chłopcy powinni być rozwijani. Ale też w przyszłości muszą być przygotowani na selekcję...

Cieszy więc ostateczny sukces w turnieju, to nie ulega dyskusji, ale najważniejsze, iż został on osiągnięty dzięki konsekwencji gry oraz właściwemu zachowaniu trenerów. Rodzice siedzieli na trybunach, a nie przy ławce. Nie ukrywam, czasem i mnie korci, aby coś podpowiedzieć mojemu synowi, ale nie robię tego. Gdybym dzisiaj nie był w tym miejscu, to pewnie bym nie wytrzymał. Na szczęście w naszej akademii działa to tak, że niepodważalny autorytet ma trener.

Trudno byłoby tak krótko i jednoznacznie określić najważniejszy cel ŁKS-u. Wymieniłem tyle rzeczy, a opowiadałem głównie o jednej drużynie z akademii!

Przejdźmy może do spotkania z kibicami, które odbyło się całkiem niedawno. Dlaczego zdecydowaliście się na taką formę dialogu?

Myślałem o tym dużo wcześniej. Ja lubię rozmawiać z dziennikarzami pod warunkiem, że zadają merytoryczne pytania.

Czuję presję!

Nie, nie o to chodzi (śmiech). Mam bardzo dużo szacunku dla Waszej pracy i wiele osób bardzo cenię, ale  czasem jednak dzwoni dziennikarz i padają pytania typu "jak tam, kupuje pan kogoś, sprzedaje pan kogoś?" Ponadto dużo informacji które pojawiały się w szczególności w łódzkiej prasie było nieprawdziwych. Potem te same osoby się dziwią, że ja z kimś nie chcę rozmawiać albo ignoruję kontakt... To po pierwsze.

Zauważyłem też, że wśród kibiców panuje duże zainteresowanie w sprawie pewnych tematów, ale plotki dochodzą do takiego poziomu, iż te historie zaczynają żyć własnym życiem. 

Po trzecie mamy tak wielu kibiców, którzy są z nami od dawna, kupują karnety w ciemno, są zaangażowani, uczestniczą w akcjach prospołecznych oraz promocyjnych, udzielają się na forach... Uznałem zatem, że tym ludziom należy się bezpośredni kontakt i rozmowa z najważniejszymi osobami w klubie. Bardzo mile zaskoczyła mnie niesamowita wiedza stricte piłkarska wśród niektórych fanów. Ja sam się pasjonuję futbolem, analizuję grę, taktykę, ustawienie różnych drużyn, więc zrobiło to na mnie duże wrażenie, kiedy niektórzy operowali określeniami i spostrzeżeniami niczym profesjonaliści. Była podczas spotkania taka sytuacja, że po jednym pytaniu do trenera Moskala on spojrzał na mnie, bo podczas wspólnych analiz też na tę rzecz zwracaliśmy uwagę. Śmialiśmy się potem, że celowo puściłem przeciek (śmiech). 

A chcieliście uspokoić kibiców?

Inicjatywa była podobna do tej, kiedy jeszcze za czasów II ligi zrobiliśmy taką rozmowę ze mną bez żadnego montażu, wycinek. Zero reżyserki, pytania kibiców, moje szczere odpowiedzi. Czasem robi się już za dużo spekulacji, a wtedy warto wyjść do ludzi i klarownie przedstawić im różne sprawy. 

Podobały się panu wszystkie odpowiedzi, których udzielał trener Moskal?

Rozmawialiśmy o formule spotkania i trener był bardzo mile zaskoczony poziomem tych pytań. On zjadł zęby na piłce jako zawodnik oraz jako szkoleniowiec, a mówił, iż parę rzeczy go zaskoczyło - że kibic może mieć tak celne spostrzeżenia i wnikliwie analizować grę. 

Zadałem to pytanie, ponieważ mnie też parę rzeczy zaskoczyło i niestety niekoniecznie pozytywnie. Na przykład padło pytanie do trenera o rolę statystyk w kontekście tracenia największej liczby bramek ze stałych fragmentów w całej Ekstraklasie (16) czy też puszczanie dużej liczby goli w końcówkach. A szkoleniowiec ŁKS-u odparł, iż on na te liczby nie za bardzo zwraca na nie uwagę.

Ja też nie.

Dlaczego?

Bo to jest jedna z wielu składowych, na które zwraca się uwagę.

W porządku, aczkolwiek za ich pomocą można określić różne trendy zachodzące w drużynie, które pozwalają określić mocne i słabe strony, a tym samym wskazać nad czym warto popracować. Na zasadzie tropu - skoro tracimy sporo bramek w końcówkach lub na samym początku meczu, to pewnie chłopaki mają problem z koncentracją. Trzeba więc rozpracować dlaczego tak się dzieje. Ja tak rozumiem rolę statystyk w piłce.

Bodajże Winston Churchill powiedział coś na zasadzie, że wierzy tylko w te statystyki, które wcześniej sfałszował. (śmiech)

Zawsze staram się złapać kontekst. Zgadzam się, iż statystyki to coś, co może być pomocne w pracy, ale nie uważam, by należało czynić z nich wiodący wyznacznik w analizie meczów czy pracy szkoleniowej. Bo z drugiej strony co to dawało, gdy wymienialiśmy w jakimś spotkaniu dużo więcej podań niż przeciwnik i przegrywaliśmy? Za to zdobywaliśmy punkty w tych starciach, gdy przewagę w tym aspekcie czy w posiadaniu piłki mieliśmy mniejszą lub wcale. 

Nadal będę upierał się, że dzięki dostępowi do wielu liczb sztab szkoleniowy może dużo łatwiej zdefiniować problemy drużyny. Zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta ŁKS-u.

Według mnie statystyki to jest taka część futbolu, która na ogólny obraz zespołu nie rzutuje bardziej niż w 10%. Niech zatem to będzie jedno z wielu narzędzi dla trenera, ale nie główny determinant, pod który będziemy ustalali całą taktykę.

Druga rzecz, która mnie nurtuje dotyczy młodzieżowców. Po tym jak do Legii odszedł Piotr Pyrdoł spora część kibiców zastanawiała się, czy teraz Jan Sobociński zostanie przyspawany do wyjściowej jedenastki, ponieważ jesienią tylko oni występowali jako zawodnicy U-21. Zapytany o to trener Moskal stwierdził, iż "ma inne opcje", ale nie wyjaśnił w zasadzie nic więcej.

Sparingi udowodniły, że mówił prawdę, ponieważ regularnie stawiał na Ratajczyka oraz Sajdaka i z obu był bardzo zadowolony. Odejście Piotrka wcale nie popsuło nam szyków. Nie uważam, abyśmy na tym transferze stracili piłkarsko i wydaje mi się, że to trener miał na myśli, iż byliśmy przygotowani na taki scenariusz. W innym wypadku po prostu byśmy go nie puścili zimą i tyle. 

Cała ta historia z Pyrdołem pewnie była dla was mocno rozczarowująca.

Moim zdaniem młodzi piłkarze powinni patrzeć na najbliższe lata kariery poprzez pryzmat inwestycji w siebie i wybierać kluby za pomocą kilku kryteriów. Czy będę dużo grał? Czy styl gry danego zespołu odpowiada temu co preferuję i co potrafię? Nie rozwiniesz się, jeżeli nie będziesz grał, proste. Dopiero na następnym miejscu powinni stawiać kwestie finansowe. Moim zdaniem w ŁKS-ie na wiosnę miałby większe szansę na sporą liczbę minut niż dostanie w Legii. Ale żeby była jasność wszyscy w klubie życzymy Piotrowi, żeby się rozwinął piłkarsko i był dowodem, że akademia ŁKS wraca do korzeni.

Dyrektor Przytuła ma bardzo dużą autonomię w kwestii transferów, więc chciałbym zapytać jak przebiega u was przeprowadzenie takiej operacji? Chodzi mi o proces, krok po kroku.

Najpierw rozmawiamy z trenerem i ustalamy które pozycje wymagają wzmocnień, uwzględniając także to, kto może niebawem odejść z drużyny. Następnie sztab opisuje jakiego piłkarza pod względem charakterystyki sobie wyobrażają, aby był idealny dla zespołu na danej pozycji. Mamy już opracowaną taką bazę z monitorowanymi przez nas zawodnikami, jest ich około 500. Skaut z dyrektorem sportowym wybierają z tej bazy grupę piłkarzy, którzy profilem jak najbardziej odpowiadają wyobrażeniom trenerów. Później staramy się rozeznać czy w ogóle będziemy w stanie ściągnąć takiego zawodnika pod względem finansowym, analizujemy kwestie kontraktowe i tego typu sprawy. Te nazwiska, co przejdą przez sito - przeważnie 3-4 na daną pozycję - zostają poddani wnikliwej, regularnej analizie przez pewien okres. Każdego staramy się zobaczyć na żywo minimum dwa razy w różnych momentach. Idealnie bywa wtedy, gdy uda się takiego gracza poobserwować więcej razy. Staramy się też poznać żony, partnerki zawodników, szczególnie u cudzoziemców, aby poznać ich styl życia. No i kiedy ktoś prezentuje się dobrze a pozyskanie wpisuje się nasze możliwości oraz kryteria - dokonujemy transferu.

Często stawiał pan weto pomysłom dyrektora Przytuły?

Nie przypominam sobie, abyśmy różnili się w jakiejś kwestii merytorycznej. Jeżeli już tak się działo, to ze względów finansowych lub tego, w jakim okresie zrobić daną rzecz. Staram się nie rządzić autorytarnie. Zawsze słucham co ma do powiedzenia dyrektor sportowy, koordynator, wsłuchuję się również w opinie trenerów. Chodzi o dialog, natomiast pomiędzy nimi na pewno decydujący głos ma dyrektor, ponieważ taką ustaliłem hierarchię w klubie.

ŁKS zamierza w najbliższym czasie rozbudować dział skautingu? Póki co jest dwuosobowy, przy czym Krzysztof Przytuła ma jeszcze wiele innych obowiązków na głowie, a pomaga mu tylko Łukasz Mika. Trochę mało...

Mamy jeszcze paru oddelegowanych ludzi, którzy zajmują się tylko skautingiem młodzieżowym. Na tym etapie budowy klubu, nie widzę potrzeby rozbudowywania skautingu to nie jest priorytet. Póki co oni Krzysiek i Łukasz spełniają nasze potrzeby.

 

fot. Artur Kraszewski (ŁKS Łódź)

Kibice martwią się trochę, że Ekstraklasę dla ŁKS-u mają ratować zawodnicy bez żadnego doświadczenia w niej. Chcieliby zobaczyć w drużynie więcej doświadczonych ligowców jak Maciej Dąbrowski.

Tacy zawodnicy przeważnie nie są dostępni lub znajdują się poza naszymi możliwościami. Dziś już mogę zdradzić, że byliśmy zainteresowani sprowadzeniem Cholewiaka. Sądzę, iż wykazaliśmy je wcześniej niż Legia, lecz nie jesteśmy w stanie zmierzyć się z nią finansowo. Ja zresztą też rozumiem zawodnika, który chce iść do Legii, gdy ma taką możliwość. Prowadziliśmy już nawet wstępne rozmowy, ale cóż... 

Niestety ten trend, według którego młodzi piłkarze wyjeżdżają z Polski, sprawia iż "solidnych polskich ligowców" jest po prostu coraz mniej. Nawet ci, co im się nie powiodło zagranicą, nie od razu wracają do Ekstraklasy. A jeżeli wracają, to wcale nie stają się gwiazdami ligi. Jednym z niewielu pozytywnych przykładów powrotów jest Paweł Wszołek. Gigantycznie wzmocnienie dla Legii, stricte piłkarsko. Poza nim nie ma zbyt wiele podobnych przypadków. Rozumiem więc kibiców, ale nie przeskoczymy tego, że po prostu brakuje odpowiednich personaliów na rynku.

Jak z dzisiejszej perspektywy ocenia pan letnie transfery?

Sprowadzonych chłopaków oceniam dobrze, ale ogółem poczyniliśmy za mało wzmocnień.

Pewnie zgodzi się pan z tezą, że popełniliście podobny błąd co rok temu Zagłębie Sosnowiec, które bardzo zaufało tym zawodnikom, którzy wywalczyli awans, a potem, gdy zawiedli, zimą musiano ratować się znaczną wymianą kadry.

Muszę przyznać, że nie analizowaliśmy sytuacji beniaminków z poprzednich lat. No ale tak jak powiedziałem, było za mało korekt w składzie. W dużej mierze te pozycje, które wzmocniliśmy zimą, powinniśmy uzupełnić już latem.

Czego zabrakło w Ekstraklasie tym zawodnikom, którzy wywalczyli awans, lecz już w niej nie dali sobie rady?

Weszliśmy do ligi z wielką euforią, to fakt. Ale chyba nie chodziło o pokorę. Ja bym wskazał na nieradzenie sobie z porażką. Ta seria 8 przegranych z rzędu... Proszę pamiętać, że większość tych zawodników nigdy nie doświadczyła takiego kryzysu. Do tego różni się ekspozycja medialna. Zawsze o nas pisano, jak byliśmy w III lidze także, ale wtedy były to media lokalne. Gdy znaleźliśmy się w Ekstraklasie praktycznie codziennie można coś przeczytać na przykład w Przeglądzie Sportowym i innych miejscach tego kalibru, przekaz idzie na całą Polskę. Niektórzy nie uciągnęli presji. Liga zweryfikowała także umiejętności piłkarskie poszczególnych zawodników, nie ma się co oszukiwać.

Dyrektor Przytuła mówił o wielkim szumie medialnym, jaki w okresie awansu zrobił się wokół ŁKS-u. Próbowaliście to jakoś kontrolować?

Raczej nie, natomiast staraliśmy się tonować euforyczne nastroje. Powtarzaliśmy, że oczywiście cieszymy się z awansu, lecz w piłce seniorskiej praktycznie nic nie osiągnęliśmy. Metaforycznie mówiłem o awansie do Ekstraklasy jak o dostaniu się na studia. 

Pierwsza sesja zimowa jest wyjątkowo trudna.

Chyba skończy się egzaminem komisyjnym (śmiech). 

Pan powtarzał jeszcze w II lidze, że każdy kolejny awans powinien wam zająć dwa lata. Wyprzedziliście własne plany.

Patrzyliśmy tak przez pryzmat budowy drużyny oraz klubu. Rok po roku na innym poziomie - w takich warunkach zbudowanie odpowiedniej kadry jest naprawdę trudne. Ale co, miałem wejść do szatni i powiedzieć: "wiecie co, przegrajcie 4 ostatnie mecze, bo lepiej będzie jak nie awansujemy"? Nie no, absurd! 

Po prostu założyliśmy bezpieczny plan pracy, dlatego też z trenerem Moskalem podpisaliśmy dwuletnią umowę, aby wspólnie w tym czasie zbudować solidną ekipę gotową na walkę o Ekstraklasę. A że chemia okazała się na tyle dobra, by osiągnąć cel szybciej - to chyba dobrze. W piłce nie można jednak planować tak, że na pewno awansujemy za dwa lata, a nie za trzy. Jest wiele przykładów klubów, które dysponowały znacznie większymi budżetami od naszego, próbowały tak ściśle trzymać się wyznaczonej drogi, a dzisiaj są znacznie niżej. 

Wszyscy wiedzą, że ma pan gigantycznie zaufanie do Kazimierza Moskala, ale w sumie czemu jest aż tak duże?

O warsztacie trenera i wspólnej wizji nie ma się co rozgadywać, bo to oczywista rzecz. Mnie natomiast Kazimierz Moskal bardzo pasuje również jako człowiek, pod kątem światopoglądu. Dogadujemy się nie tylko na płaszczyźnie piłkarskiej, jesteśmy w stanie znaleźć nić porozumienia w wielu innych tematach niż futbol. Dla mnie takie kwestie są bardzo ważne. Kiedy zatrudniałem pierwszych pracowników tu czy w innym miejscu, kierowałem się właśnie tym aspektem.

Kiedyś też usłyszałem takie mądre zdanie, aby na współpracowników dobierać ludzi w czymś lepszych od ciebie, lecz z podobnym spojrzeniem na życie oraz takim samym systemem wartości. Wtedy po prostu masz ochotę przebywać z tymi ludźmi i dużo łatwiej jest się sobą nie zmęczyć. Patrzę na ich zachowanie, na to jak potrafią budować relacje między sobą... I właśnie dlatego współpracujemy ściśle z Kazimierzem Moskalem i w niego wierzymy. Podobnie to działa względem szkoleniowców pracujących w akademii.

Zawodnikom z kolei powiedział pan, że prędzej zwolni ich niż trenera. Jak zareagowali?

Tego typu spotkanie mieliśmy także podczas pobytu w II lidze. One nie polegają na dyskusji z piłkarzami, raczej prowadzę monolog. Nie jestem ekspresyjnym gościem, który krzyczy i przemawia niczym Duce. Zwracałem jednak uwagę na różne aspekty i mam nadzieję, że wtedy zrozumieli, iż ponoszą również odpowiedzialność za losy klubu. Według mnie to jest fatalna sytuacja, gdy ktoś podpisuje kontrakt i myśli sobie "a co mnie to obchodzi, za pół roku czy rok i tak mnie tu nie będzie". Ja bym chciał, aby każdy z naszych graczy faktycznie brał odpowiedzialność za wyniki i mają zrobić wszystko, aby drużyna dobrze funkcjonowała.

Stąd też te dłuższe kontrakty i brak wypożyczeń, aby zawodnicy pamiętali o możliwych konsekwencjach, jeśli się nie przyłożą?

Zdecydowanie tak. To też jest ważny element wizji budowy ŁKS-u.

Pan ponoć bywa na treningach pierwszego zespołu.

Przynajmniej dwa razy w tygodniu. Czasem nawet częściej. Zwracam wtedy uwagę jak funkcjonują. Ale nie mówię teraz o tym jak wzajemnie wypełniają zadania taktyczne, lecz jakie panują między nimi relacje. Czy ktoś się obraża po gorszym meczu lub zostawieniu go na ławce? Czy wszyscy dobrze odnajdują się grupie i nie ma w niej żadnego odludka? Jak ktoś reaguje na pochwałę, a jak na krytykę? Czy w takich sytuacjach mocno zmienia się podejście zawodnika do codziennej pracy? 

Nie obawiacie się, że ta grupka iberyjska stanie się zbyt odrębną na tle całej drużyny?

To jest naturalnie, że oni będą się bliżej trzymali, ponieważ łączy ich kultura, (podobny) język czy podejście do życia. Ja bym się dziwił i martwił, gdyby oni takiej grupki nie stworzyli. Z moich obserwacji wynika, iż nie ma w ŁKS-ie żadnych problemów tej natury. Obóz w Side był całkiem długi, więc wszyscy mogli się poznać i zgrać nie tylko piłkarsko. Nie oszukujmy się też - klimat w szatni piłkarskiej głównie tworzą wyniki. Zresztą, to nie jest tak, że życie drużyny to są dwie godziny w ciągu dnia podczas wspólnego treningu. Często zajęć jest więcej, zawodnicy przychodzą do klubu wcześniej, załatwiają różne sprawy, jedzą wspólne posiłki... 

Pirulo, Dani, Corral, Moros i Dominguez uczyli i uczą się polskiego, czy to trener Moskal przyswaja hiszpański? (śmiech)

Trener Musiał trochę mówi po hiszpańsku, co jest pomocne, reszta sztabu zaś po angielsku. Nasi zagraniczni piłkarze też porozumiewają się po angielsku, ale również uczą się polskiego. Moim zdaniem kiedy piłkarz wyjeżdża do innego kraju powinien poznawać język miejscowych, aby lepiej się odnaleźć. Do tego dochodzi też kwestia szacunku. Jak Polak wyjeżdża do pracy zagranicę, to nikt dla niego nie robi wyjątku. Ma się nauczyć niemieckiego czy francuskiego i kropka. My, prezesi i dyrektorzy polskich klubów powinniśmy przestać się bać wymagać takich rzeczy od obcokrajowców. To nie my mamy się dostosowywać do nich, lecz oni do nas, skoro mieszkają i zarabiają w Polsce. 

Mi się to nie podoba, że na przykład mamy w Ekstraklasie wielu Hiszpanów, a z wyjątkiem Badii chyba żaden nie mówi po polsku. Albo od razu mają zakodowane w głowie, że za chwilę gdzieś wyjadą, co jeszcze idzie to zrozumieć. Ale ci coo spędzają w Polsce po kilka lat... Dani w Stomilu był rok, u nas półtora - pół roku temu poszedłem do niego i powiedziałem wprost: "Stary, czas na naukę". Bez dyskusji.

 

 

Czy dzięki temu, że pan sam grał w piłkę, jest teraz panu łatwiej prowadzić ŁKS?

Na pewno jednak zmienia się spojrzenie na pewne kwestie. Wszystkie szatnie funkcjonują mniej więcej na tych samych zasadach, niezależnie czy mówimy o okręgówce, czy Ekstraklasie. 

Jak patrzę po moich kumplach i ich opowieściach - szatnia to stan umysłu.

Dobre określenie. Ale nawet znając ten mityczny klimat szatni nie wyobrażam sobie, abym po każdym meczu miał tam wchodzić i coś mówić chłopakom. W pewien sposób jest to miejsce wyjątkowe, niech to będzie przestrzeń tylko dla nich i szkoleniowców czy masażystów. Raz na jakiś czas mogę wpaść im pogratulować, na tej zasadzie. Wspominaliśmy wcześniej o tym spotkaniu z piłkarzami - ono też nie odbyło się w szatni, lecz w sali konferencyjnej. A zatem pod kątem rozumienia tego specyficznego klimatu na pewno mi to pomaga. Z drugiej strony pewnie przeszkadza trenerom, bo zadaję więcej dogłębnych pytań. Mam nadzieję, że są merytoryczne! (śmiech).

Spadek do I ligi to byłoby dla ŁKS-u ryzyko wkalkulowane czy jednak tragedia?

Ani to, ani to. Na pewno spadek to porażka. Gdyby tak się stało będziemy też bogatsi w doświadczenia, które potem postaramy się wykorzystać, aby ponownie szybko awansować i pozostać w Ekstraklasie na dłużej. Oprócz tego nie musimy jakoś specjalnie przygotowywać się do pierwszej ligi, ponieważ znamy ją na wylot, skoro dopiero co w niej byliśmy. Oczywiście to nie oznacza, że już się tam widzimy. Po to przebudowaliśmy kadrę i pozyskaliśmy takich zawodników, aby do samego końca walczyć pozostanie w Ekstraklasie.

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się