var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: YouTube MKS Cracovia TV

Mamić nie chciał go wypuścić, a w Belgii było zbyt deszczowo. Oto Ivan Fiolić, dziecko Dinama

Autor: Aleksandra Sieczka
2020-02-09 13:05:08

Ta historia nie mogła potoczyć się inaczej. Przecież Ivan był chłopakiem „stamtąd”, urodził się niedaleko stadionu Maksimir w Zagrzebiu – musiał pokochać ten klub. Ale mimo wielkiej miłości, zdecydował się na rozstanie i właśnie wtedy jego droga stała się bardziej wyboista.

Weto Mamicia

Co jest najbardziej prawdopodobne w życiu młodego i perspektywicznego Chorwata? A no to, że na jego drodze raczej prędzej niż później stanie Zdravko Mamić. Przynajmniej tak było jeszcze kilka lat temu i Ivanowi także nie udało się umknąć jego radarowi. Zresztą, pewnie nawet nie miałby jak, skoro w Dinamie prowadził go jego brat, Zoran.

- To właśnie za niego dostaliśmy najwięcej ofert! – nie krył entuzjazmu Zdravko, wypowiadając się w wywiadzie dla „Sportske Novosti”. No i faktycznie mogło tak być, tylko że żadna z nich nie została zaakceptowana. Ba, Mamić powiedział wprost, że nie zamierzał ich brać pod uwagę, co odbiło się szerokim echem w chorwackich mediach, bowiem w tym czasie (przyp. red. początek 2018 r.), Fiolić dostawał szansę w drugich połowach i tylko sporadycznie miał okazje grać od pierwszych minut.

Dlatego większość dziennikarzy przewidywała, że mimo wszystko pozwolą mu odejść do Toronto, które ponoć miało wykazywać największe zainteresowanie pomocnikiem. – Mówiło się o powrocie Giovinco do Europy i właśnie Ivan był wskazywany na tego gracza, który mógłby go zastąpić – czytamy w tym samym artykule. Jak potoczyła się historia obu Panów – wszyscy wiedzą. Włoch bynajmniej jeszcze nie wrócił na Stary Kontynent.

Dziecko Dinama

Nie wydaje się jednak, że Fiolić nie był zadowolony z decyzji, którą podjęto w klubie. Przecież Dinamo było spełnieniem jego marzeń, zawsze targały nim wielkie emocje, gdy tylko poruszał temat zespołu z miasta, w którym się wychował. – Jestem chłopakiem z Vukomerca (przyp. red. część dzielnicy Pescenica-Zitnjak), urodziłem się niedaleko stadionu – wyjawił Ivan w obszernym wywiadzie, który ukazał się na łamach chorwackiej wersji portalu „Goal”. Opowiedział, że nie różnił się od innych chłopaków z tej części miasta. Przygodę z piłką zaczął jako sześciolatek pod okiem trenera Prenge w drużynie NK Hask, ale szybko przeniósł się do Dinama. – Tam spędziłem praktycznie całe moje życie. Ale na wszystko zapracowałem sam. Własnymi rękami i nogami, bez niczyjej pomocy, ciężką pracą – dobitnie podkreślił (przyp. red. wywiad z 2016 roku).

Nie zrobił tego przypadkowo. Było w nim mnóstwo ambicji i chęci udowodnienia niedowiarkom, że jest w stanie coś osiągnąć. – Kiedy miałem 14 lat, sporo osób mówiło, że nie interesują mnie wielkie rzeczy, a jednak całkiem szybko dostałem się do pierwszego zespołu! – zmierzał do tego, że zamknął im usta i bynajmniej nie chodził z głową w chmurach czy był pyszałkowaty.

Gdyby chodziło o inny klub, to pewnie nie wypowiadałby się w aż tak mocnych słowach. Ale przecież pytali o jego Dinamo, które zawsze stało na pierwszym miejscu. – Dopiero później było wszystko inne. Zawsze traktowałem grę w tych barwach za największy honor. Jest dla mnie świętością – po raz kolejny bardzo mocno obstawał przy swoim. I dlatego ponoć nie był zły, gdy odesłano go do drugiej drużyny a później do NK Lokomotiva. Wyjaśnił, że nie traktował tego jako kary, a bardziej widział w tym wielką szansę, bo doskonale wiedział, że sztab szkoleniowy pierwszej drużyny bacznie monitoruje postępy młodych chłopaków w obu tych zespołach. – To właśnie tam zaczęli wołać na mnie „Sabljo”. A raczej trener Ante Cacić to wymyślił – podchwycił temat w wywiadzie, który ukazał się na łamach „Sport Interview”. Po chwili dorzucił jeszcze, że najwyraźniej przypominał mu innego zawodnika i później wszyscy już go tak nazywali.

Skoro uważa się za „dziecko Dinama”, to oczywiście przynajmniej raz musiał być zapytany o swój stosunek do Hajduka. – Na zgrupowaniach reprezentacji normalnie rozmawiamy, ale jakoś szczególnie się z nimi nie kumpluje – bardzo szybko odpowiedział. Dlatego, jak można się było spodziewać, całkowicie wyklucza, że pewnego dnia mógłby przejść do zespołu ze Splitu. – Nigdy! Za żadne pieniądze świata! – zareagował bardzo gwałtownie, ale nie uciął tematu. Zamiast to zrobić, Ivan dodał, że najgorzej do tej pory zagrał… właśnie przeciwko Hajdukowi (przyp. red. 1:1 w 2015 roku). – Grałem fatalnie. To była ka-ta-stro-fa – przesylabizował wyraz, starając się dobitnie zaznaczyć, że to nie był jego dzień, ale nadal nie potrafi wyrzucić tych wspomnień z głowy. Trzeba przyznać, że w wywiadach raczej nie powściąga emocji, tylko zawsze wypowiada się prosto z mostu.

Brak stabilizacji

Jak łatwo można się domyślić, życie w Dinamie nie należało do najprostszych. I to nie tylko przez dużą konkurencję, a przede wszystkim ciągłe zmiany trenerów. Ivan słusznie zauważył w wywiadzie dla chorwackiego wydania portalu „Goal”, że każdy miał inne wymagania, inne metody, a potrzeba trochę czasu, żeby się przyzwyczaić. – Ale są też pewne plusy, bo od każdego szkoleniowca uczysz się czegoś nowego – podsumował w nieco bardziej optymistycznym tonie.

Nie był w tych opiniach odosobniony. Redaktor Robert Junaci z chorwackiego „Vecernji” wyjaśnił, że gdyby Fiolić miał trochę więcej szczęścia, to pewnie grałby znacznie więcej. – Najpierw, w NK Lokomotiva prowadziło go trzech trenerów w ciągu trzech miesięcy, a kiedy wrócił do Dinama, odszedł Kranjcar, który najbardziej go chciał w drużynie, Sopić był zaledwie przez moment, a później pojawił się Petew, który nie widział go w swoich najbliższych planach – wytłumaczył sytuację w szczegółach.

Co ciekawe, Ivan uważa, że do tej pory najlepiej pracowało mu się z Nenadem Bjelicą, chociaż było to przelotne doświadczenie. – Potrafi złapać chemię z zawodnikami, buduje fantastyczne relacje. Trochę przypominał mi Zorana Mamicia, ale i tak najlepiej wspominam pracę właśnie z trenerem Bjelicą – powiedział wprost w rozmowie z bośniackim portalem „24h”. Rzucił jeszcze mimochodem, że kiedy masz wsparcie absolutnie wszystkich zawodników, to wiesz, że jesteś dobrym szkoleniowcem.

Deszczowa Belgia, słoneczny Cypr

Mimo wielkiej miłości do Dinama, Ivan musiał w końcu zdecydować się na zmiany. I podczas gdy w Genku nie czuł się zbyt dobrze, to już w Larnace jak najbardziej. – W Belgii poszliśmy w nieco innym kierunku. Nie mogę powiedzieć, że zrobiłem coś źle albo że nie dawałem z siebie wszystkiego – przywołał trudne wspomnienia w tym samym wywiadzie. Ale nie chciał być gołosłowny. Po chwili wyjaśnił, że rotowano 13 zawodnikami, mało kto wypadał za kartki czy przez kontuzje, więc trudno było wskoczyć do pierwszego składu, bo jego konkurenci radzili sobie naprawdę dobrze. – Czy oczekiwałem więcej? Jak najbardziej. Czy jestem smutny? Nie, nie jestem, bo nauczyłem się wielu rzeczy i dojrzałem – podsumował trudny epizod w życiu.

Sytuacja uległa zmianie na Cyprze, gdzie praktycznie od razu poczuł się lepiej. Warto również zauważyć, że paradoksalnie łatwiej było mu się odnaleźć tam, bo od samego początku miał wielkie wsparcie w osobie Gordona Schildenfelda, z którym Ivan zna się z Dinama. I chociaż grał wówczas w Anorthosisie, to mieszkał w Larnace. – Pomógł mi z zakwaterowaniem, udzielił wielu rad – docenił wsparcie kolegi z byłej drużyny.

Wpływ na jego dobre samopoczucie miała również… pogoda. – W tamtym okresie w nocy temperatura nie spadała poniżej 23 stopni, w ciągu dnia dobijała do 36, dlatego trenowaliśmy tylko wcześnie rano – wytłumaczył, że po przeprowadzce czekały go kolejne zmiany. Ale akurat na te nie narzekał. Uważał, że tak jest lepiej. – Nie to co w Belgii, gdzie było zimno i ciągle padał deszcz – porównał pobyt w obu krajach. Zwrócił również uwagę na to, że Cypr był brytyjską kolonią, dlatego samochody mają kierownicę po przeciwnej stronie i gniazdka elektryczne są inne niż w Chorwacji.

Miejmy nadzieję, że Ivan jest świadomy warunków pogodowych w Polsce. A jak nie, to siłą rzeczy i tak będzie musiał się przyzwyczaić. Tymczasem w Cracovii muszą uważać, bo zawodnik już raz w swojej karierze wszedł na boisko, chociaż nie był oficjalnie zgłoszony do kadry na meczu U-21 eliminacji do ME przeciwko Estonii. I chociaż oczywiście nie była to jego wina, a młodzieżówce Chorwacji ostatecznie się upiekło (związek musiał zapłacić jedynie 5000 euro za ten błąd), to mimo wszystko warto to mieć na uwadze.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się