var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Taktyczna Sieczka #22: Huśtawka Lecha w meczu z Cracovią. Od chaosu do (próby) realizacji planu

Autor: Aleksandra Sieczka
2020-02-17 13:00:08

Najpierw Kolejorz grał słabo – i prowadził. Później zaczął radzić sobie o wiele lepiej – i ostatecznie przegrał. Niemniej jednak warto wyciągnąć przynajmniej jeden z lepszych elementów drugiej połowy, czyli wyżej grającego Tibę, żeby chociaż do pewnego stopnia ustabilizować te wahania postawy.

Poznaniacy w dwóch wydaniach 

Gdyby podzielić spotkanie z „Pasami” na dwie części i każdą z nich traktować osobno, można by było dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma Lechami. Jeden, ten z pierwszej połowy, albo ma spory kłopot, żeby wybudzić się z zimowego snu, albo zwyczajnie powiela te same błędy, które popełniał przed pauzą. Mimo wszystko skłaniałabym się ku opcji numer dwa. W skrócie: drużyna była rozrzucona po boisku, regularnie pojawiały się problemy z wyczuciem momentu na wprowadzenie piłki od tyłu, a zbyt duże odległości w bocznych sektorach uniemożliwiały sprawną reakcję. 

Natomiast drugi, czyli ten, który wyszedł na boisko po przerwie, miał w sobie znacznie więcej wigoru, odwagi i pomysłu. Komuś sypnęło się trochę za dużo radosnego futbolu, więc ramię w ramię z tymi przymiotami podążały nonszalancja i lekka niecierpliwość, ale wciąż można było powiedzieć, że taki Kolejorz jest znacznie bliżej produktu finalnego. Nawet mimo tego, że nie jestem pewna, czy sztab szkoleniowy w końcu sprecyzował, jaki ma być ten Lech w wersji ostatecznej, czy raczej preferuje działania „na bieżąco”. 

Wszystko sprowadza się do tego, że po zimowej przerwie piłkarze trenera Żurawia nadal mają spory kłopot, żeby zagrać w miarę równo dłużej niż przez 45 minut. 

Kluczowa roszada 

Jest jednak nadzieja dla kibiców Kolejorza, że te nierówności zostaną chociaż do pewnego stopnia wygładzone. Jedną z najważniejszych decyzji w całym spotkaniu było przesunięcie wyżej Tiby, na czym zyskała nie tylko strefa ofensywna, ale cała drużyna. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na aspekt psychologiczny, bowiem w końcu pojawiło się przekonanie, że faktycznie opłaca się pograć szybciej, przenieść ciężar gry, zagrać bezpośrednią prostopadłą piłkę z obrony w kierunku ataku. Albo po prostu – ruszyć za akcją. Wcześniej naprawdę próżno było wypatrywać tego typu elementów. Lechici grali statycznie, długo zwlekali z decyzjami i wreszcie, pozwalali przeciwnikowi uzyskać dokładnie takie ustawienie, jakiego w danej chwili potrzebował. I to bez jakiegoś przesadnego wysiłku. 

 

Bo chociaż w wielu fragmentach pierwszej połowy poznaniacy sprawiali wrażenie, że są dogodnie rozstawieni w pierwszej fazie wprowadzenia piłki z defensywy, to gdy już dochodziło do podania, okazywało się, że zawodnicy wychodzą zbyt późno na pozycję, przez co ryzyko straty w newralgicznym obszarze znacznie się zwiększało. A skoro tak, to Lech wolał grać zachowawczo. Przed przerwą w przeważającej większości przypadków oznaczało to, że raczej prędzej niż później dawał się pressować, po czym wpadał w popłoch przed własnym polem karnym i wybijając z niego piłkę, zagrywał wprost pod nogi rywala.

Warto zwrócić uwagę, że bezpośrednio po tym, jak Tiba został przesunięty wyżej, ustawienie poznaniaków całkowicie się rozjechało. Tylko że nie w takim stylu, jak w pierwszej połowie, że gracze byli po prostu rozrzuceni bez ładu i składu, co sprawiało, że trudno było o jakiekolwiek powiązania między poszczególnymi częściami ustawienia. Drużyna podzieliła się na dwa bloki: obronny, złożony praktycznie tylko ze stoperów (Rogne-Satka) i zostającego nisko Muhara i ofensywny, który działał zaskakująco dobrze. Co ciekawe jednak, problem z prostopadłymi podaniami z linii obrony należał do przeszłości – mimo odległości, podejmowano znacznie więcej takich prób, które okazywały się być udane. Dopiero po wejściu Modera na boisko, czyli w 71. minucie, ustawienie zostało scalone – defensorzy po prostu z założenia zostawali wyżej, często na połowie przeciwnika, a Rogne coraz chętniej pozwalał sobie na przesunięcie się z piłką w głąb pola. 

Jeżeli chodzi natomiast o pozytywny wpływ na ofensywę, to jest on raczej logiczny. Dzięki jednej roszadzie, Lech zyskał z przodu zawodnika, który brał na siebie odpowiedzialność za podejmowanie decyzji i który tymi decyzjami ciągnął za sobą pozostałych graczy. Na pierwszy plan nie tylko przebijało się to, jak świetnie rozrzucał piłki już w okolicach „szesnastki” przeciwnika, ale przede wszystkim bardzo solidna współpraca z Gytkjaerem. 

W ramie i bez ramy  

To też nie jest tak, że trener Żuraw pstryknął palcami, przesunął Tibę i wszystko zaczęło działać jak w szwajcarskim zegarku. Pociągnęło to za sobą konsekwencje, o których trzeba pamiętać, jeżeli faktycznie ten element ma odgrywać istotną rolę w taktyce na przyszłe spotkania. 

Przede wszystkim mowa o tym „rozłamie” ustawienia, który sprawił, że Lech dość łatwo nadziewał się na kontrataki. Jeszcze łatwiej, jeśli dorzucimy to, że zawodnikom w kluczowych momentach brakowało cierpliwości, a więc straty były wpisane w taką grę. Tym samym pojawiły się dwie skrajności: jedna, z pierwszej połowy, gdy tej decyzyjności nie było wcale i druga, po-roszadzie, kiedy brakowało wyważenia. Warto jeszcze dorzucić łyżkę dziegciu w postaci nieskuteczności Tiby. Bo Portugalczyk owszem, wprowadził potężne ożywienie w szeregach Kolejorza, ale mimo wszystko kwestia celności jest do poprawy. Albo trzeba dorzucić jeszcze inne rozwiązanie.  

Wspominając o możliwych „rozwiązaniach”, nie sposób nie zwrócić uwagi na to, co działo się w bocznych sektorach boiska w pierwszej połowie meczu. Problemy były najwyraźniej widoczne na przykładzie duetu Kamiński-Puchacz, który nie do końca radził sobie z ustaleniami kto i kiedy ma wracać na tyły ustawienia. Bo tak naprawdę żaden szczególnie się do tego nie kwapił.

 

Było to o tyle kłopotliwe, że naprzeciwko  znalazła się para Hanca-Pestka, do której okazyjnie dołączał Fiolić. Młody zawodnik bynajmniej nie był przywiązany do pozycji, a co dopiero do jednej flanki. Nie trzymał się typowo linii bocznej, a starał się wyciągać wnioski z tego, co się akurat działo i reagować. Jeżeli oznaczało to ścięcie do środka czy nagłą zmianę stron, to nie miał z tym najmniejszego problemu. Niewątpliwie pomagała mu w tym dynamika. Bardzo dobrze wyczuwał, kiedy powinien wystartować do podania albo – wręcz przeciwnie – zawęzić pole gry, żeby umożliwić grę w trójkącie na jeden kontakt, a w jakiej sytuacji odpuścić szarżę i pomóc w defensywie (czym również bardzo zwracał na siebie uwagę). 

 

Mimo dynamicznej gry, Fiolić nie ma większych problemów z realną oceną sytuacji. Na grafice powyżej widać moment, kiedy już odwrócił się z piłką, zrobił kółko i oderwał się od duetu Jóźwiak-Kostewycz (który notabene zostawił mu zdecydowanie za dużo miejsca). Nie sposób nie odnieść wrażenia, że już wtedy bacznie śledził to, co dzieje się w polu karnym – a dokładniej to, co robi Hanca. Dlatego zagrał do niego idealnie w tempo. Za pozostawienie rumuńskiego pomocnika bez krycia również należy zganić ekipę trenera Żurawia, bowiem raz, że linia obrony ustawiła się bardzo głęboko, a dwa, że Muhar nie był zainteresowany żadnym z rywali (Tiba w tym czasie dopiero wracał). Od początku trwania akcji Hanca mógł sobie dokładnie zaplanować kilka kolejnych ruchów, bo żaden z zawodników ani myślał, żeby mu przeszkodzić (startował ustawiony kilka metrów za Kamińskim, który w ogóle nie sprawdził, co dzieje się za jego plecami). 

Chociaż w drugiej połowie zadziało się sporo dobrego i teoretycznie kibice Kolejorza mogą ją traktować jako dobry prognostyk na następne spotkania, to tak czy inaczej, drużyna z Poznania wciąż jest na huśtawce i potrzeba czegoś więcej, żeby udało jej się złapać miarowy rytm. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się