var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Twitter @21Kamyk

Krzysztof Kamiński: „Pytano mnie, jakich supermocy użyję. W Polsce raczej nie zostałbym takim idolem, jak w Japonii”

Autor: rozmawiał Mariusz Bielski
2020-03-08 10:00:06

Już o Polakach wyjeżdżających grać do Turcji czy na Bliski Wschód mówi się, że przechodzą do egzotycznych lig. A co dopiero powiedzieć o Japonii?!

Krzysztof Kamiński podjął to wyzwanie, wywracając życie do góry nogami – zresztą, nie tylko swoje! Kto lepiej zaaklimatyzował się na drugim końcu świata, on czy jego żona? Dlaczego trzeba mieć stalowe nerwy, by zrobić prawo jazdy w Japonii? Jak groźny jest pracoholizm Japończyków? Czemu Jay Bothroyd musiał grać w długich rękawach? Jak Kamiński został świętym? Na czym polega tamtejsza hierarchia społeczna? Jaki był najmilszy prezent, który otrzymał od kibiców? Dlaczego Japończycy tak rzadko robią kariery w Europie? Jak na futbol wpływa tamtejsza hierarchia społeczna i co w związku z tym Krzysiek musiał zmienić?

I przede wszystkim – czemu Japończycy tak uwielbiają porcelanę z Bolesławca?!

Zapraszamy do lektury!

Zastanawiałem się ile czasu zajęła ci ponowna aklimatyzacja w Polsce? Domyślam się że tryb życia tu, a tam to jest różnica.

W Japonii skupiałem się tylko na wykonywanym zawodzie. Tutaj muszę sam oganiać różne rzeczy, tam było to wszystko było w gestii klubu. Trzeba było umówić masaż, opłacić karnet na siłownię, cokolwiek. Drobnostki, ale to wszystko robił pracownik klubu, byliśmy cały czas w kontakcie. Śmiałem się, że to nasza niańka. Ale tak na serio - bardzo pomógł. Nawet teraz mamy kontakt. Aklimatyzacja w Płocku nie trwała długo, bo ja już w grudniu byłem w Polsce, zjeżdżałem do rodziny i bezboleśnie to wszystko przeszedłem.

A kiedy pojechałeś do Japonii, ile czasu zajęło ci zanim pomyślałeś "tu jest mój dom, dobrze się tutaj czuję, mogę się skupić na pracy"?

Niecały rok. Oprócz tej osoby, która się nami opiekowała, pomagali nam też inni pracownicy klubu, zawodnicy, kibice, wolontariusze… Wszyscy ci ludzie byli otwarci, co mnie bardzo zaskoczyło. Wcześniej zostałem uczulony, że z Japończycy są raczej zamknięci, obcokrajowców traktują z dystansem. A jednak zaopiekowali się nami. Jeżeli żona potrzebowała jakiejkolwiek pomocy, mogliśmy śmiało o nią prosić.

Czy Japonia to przyjazne miejscem dla obcokrajowców? Słyszałem, że jest różnica między ludźmi, którzy tam przyjeżdżają jako turyści na 2 tygodnie, a takimi co chcą na przykład prowadzić biznes.

Jeśli jesteś turystą i przyjeżdżasz na kilka tygodni to pomagają, nie należy się niczym przejmować. Ale kiedy trzeba się postarać o kartę rezydenta lub chce się zostać na dłużej, zaczynają robić problemy. Trzeba przystosować się do ich kultury, zwyczajów. Jeśli obcokrajowiec nie zrobi pierwszego kroku, nie postara się jakkolwiek o to, żeby oddać trochę tego, co Japończycy mu zaoferowali, będą schody.

Co dokładnie masz na myśli z tym „oddawaniem”? Zgaduję, iż nie chodzi o dobra materialne.

O bycie uprzejmym, i postawę na zasadzie "jeśli ta osoba chce mi pomóc, to ja uśmiechem, prostymi japońskimi słówkami, pokażę, że chcę się odwdzięczyć". Dla Japończyków takie małe gesty są bardzo ważne. Ja rozmawiałem z nimi wyłącznie po angielsku, zwłaszcza przez pierwsze 3 lata, ale wplatałem japońskie słowa typu "przepraszam", "dziękuję", "do zobaczenia", co ich bardzo cieszyło. W ten sposób okazałem szacunek ich kulturze.

Znalazłem cytat z twojej żony: "Dla mnie to była tragedia na początku, nie potrafiłam sobie tego wyobrazić, przez kilka dni był płacz i lament". Zastanawiałem się komu było łatwiej się przystosować, ale wnioskując z twoich wypowiedzi, chyba tobie.

Na pewno mi było łatwiej, bo po przyjeździe wszedłem w rygor treningu, miałem cały czas zajętą głowę, obcowałem z zawodnikami z drużyny, miałem więc kontakt z ludźmi. Byłem skupiony na różnych rzeczach. Natalia przyjechała, została osadzona w nowych realiach, bez znajomych, rodziny, musiała się w jakiś sposób tam odnaleźć. Na pewno było jej trudniej, tak naprawdę nie miała stałego zajęcia. Prowadzenie bloga okazało się dla niej bardzo fajną odskocznią i do dziś go kontynuuje.

Udawało wam się zawiązywać przyjaźnie sensu stricto?

Na początku byłem przekonany że tak. W drugiej połowie mojego pobytu zacząłem zdawać sobie sprawę, że są to raczej luźne znajomości. Rozmawialiśmy, utrzymywaliśmy stały kontakt, czasem nawet poszliśmy na jakąś kolację, ale to wszystko jest bardziej kurtuazyjne. Pod koniec byłem w stanie rozpoznać kiedy ta ich grzeczność, uprzejmość, chęć pomocy jest szczera, a kiedy wynikała z kultury.

Jak to rozpoznać?

Ton głosu, dobór słów, szczegóły... Dlatego ostatnie dwa lata były trudniejsze. Przez pierwsze trzy żyłem w bańce. Myślałem: "Wow, ale oni wszyscy są uprzejmi, jak bardzo mnie lubią", było fajnie i przyjemnie. Ale kiedy zdrapałem ten lukier, nie przestawało być różowo.

Na blogu twojej żony jest dużo podróżniczych wpisów. Ty też z nią podróżowałeś?

Kiedy tylko mogłem. Natalia na pewno zobaczyła więcej ode mnie, co wynikało z tego, że kiedy wyjeżdżałem na mecze i zgrupowania, ona miała wolny czas. Brała auto, jechała pociągiem i zwiedzała. Później, kiedy rozkręcił się blog, pojawił się też pozytywny feedback od ludzi, co ją nakręcało do kolejnych podróży.

Dlaczego zdawanie prawa jazdy w Japonii to masakra?

(Śmiech). Ja miałem dużo łatwiejszą drogę, w ciągu dwóch tygodni udało mi się zdać i teorię, i egzamin praktyczny za pierwszym razem. Po roku zmieniła się interpretacja zasad, dlatego obcokrajowcy mieli dużo trudniej żeby zdać. Przede wszystkim zaczęto sztucznie wydłużać terminy. Żona czekała 1,5 miesiąca na teorię. Kiedy ja zdawałem, miałem teorię rano, a po południu praktyczny. W nowym systemie trzeba było czekać kolejne 1,5 miesiąca na egzamin praktyczny.

Można zapomnieć wszystkiego czego się człowiek nauczył...

Chcieli zniechęcić obcokrajowców do jeżdżenia, zwłaszcza Brazylijczyków, bo oni jeździli bardzo agresywnie, łamali mnóstwo przepisów. Zdarzały się przypadki, kiedy jakiś Brazylijczyk potrącił dziecko na drodze, uciekł z miejsca wypadku i wyjechał do ojczyzny, unikając wymiaru kary. Były to dość medialne sprawy, przez które nacisk społeczeństwa ukierunkował się na obcokrajowców. My trochę dostaliśmy rykoszetem. Nawet to, że klub ręczył za zawodników i ich rodziny nie pomagało.
 
Daisuke Matsui, który niegdyś grał w Polsce pomógł ci w adaptacji w Japonii?

Od pierwszego dnia rozłożył nade mną parasol opieki, trzymaliśmy się razem. To było akurat szczere, mieliśmy fajny kontakt, kojarzyliśmy się z Ekstraklasy. Kiedy widział, że jestem w czymś zagubiony, od razu podchodził i pytał co się dzieje, czego potrzebuję, czego nie wiem. Taka osoba jest ważna dla każdego zawodnika, zwłaszcza kiedy zmieniamy tak drastycznie kultury.

Często ludzie mają wyobrażenie o japońskim mieście, że każde wygląda jak Tokio: dużo neonów, masa ludzi i wielki pęd. Jest to stereotypowe myślenie. Jak wyglądała Iwata?

Tokio i Osaka - te dwa miasta najbardziej by pasowały do tego stereotypu. Miasto w którym ja żyłem miało 160-170 tysięcy mieszkańców. Jak na Japonię to jest to wioska. W Iwacie była średnia zabudowa, może kilka większych blokowisk, a raczej apartamentowców. Poza tym mnóstwo domków jednorodzinnych. Korków praktycznie nie uświadczaliśmy.

Po jakimś czasie od przyjazdu rozmawiałem z fizjoterapeutą, który został ściągnięty z Tokio do Iwaty koło 1990 roku. Opowiadał, że kiedy wysiadł z pociągu i się rozejrzał, to zaczął się zastanawiać, gdzie on w ogóle przybył, czy czasem nie powinien gdzieś jeszcze dojechać. Jak to, tak cicho i spokojnie? W mieście? Niemożliwe! Później Iwata dość szybko się rozwinęła, ale nadal pozostał kontrast między nią a Tokio. Myślę, że jest to jednak fajne, można poczuć prawdziwą Japonię, bardziej tradycyjną, z wieloma świątyniami dookoła. Dało się poczuć codzienność, prawdziwe życie Japończyków.

Kolejne stereotypowe wyobrażenie o Japończykach to ich uzależnienie od technologii.

Na przykład w pociągach wszyscy gapią się w telefon. Jeśli ktoś nie śpi, korzysta z telefonu. Przez to ile pracują, nie mają za dużo czasu na sen, dlatego, gdy tylko wsiadają do pociągu ustawiają budzik, odchylają głowę i śpią. Jak przejadą stację, to się nie martwią, bo zrobią drugie kółko.

Czytałem, że pracoholizm urasta tam do rangi choroby.

Dokończę jeszcze o tej elektronice! Cały czas siedzą w telefonach, są od tego uzależnieni, czasem używają nawet dwóch, dodatkowo mają mały laptop, konsole. W szatni też korzystali z telefonów, nawet tuż przed wyjściem na trening. To również dotyczy dzieci, także bardzo małych. Oni chyba nie do końca zauważają problem, a dla mnie jest spory.

Wracając zaś do śmierci z przepracowania… To choroba cywilizacyjna - śmierć z przepracowania. Ludziom w Japonii niestety często się zdarza. Długo było tak, że nikt nie brał wolnego. Niby przysługuje im urlop, ale nie do końca wypada go wziąć. Mają święta narodowe, wtedy wszyscy dostają wolne, podróżują, rozjeżdżają się. Obecnie powoli zaczyna się zmieniać ich stosunek do urlopów, pozwalają sobie na trochę więcej luzu, ale są to skrajne przypadki.

U nas, kiedy skończysz nominalne 8 godzin pracy, wychodzisz. Tam każdy zostaje na nieodpłatne nadgodziny, ponieważ tak samo robi ich szef. Nie wyjdą przed nim, bo nie wypada, z kolei przełożony siedzi do późna, bo musi dawać przykład. Błędne koło. Żeby nie popaść w niszczącą rutynę Japończycy często po prostu zmieniają pracę.

U nas w drużynie było tak, że prezes, który status społeczny ma trochę wyższy niż szeregowi pracownicy, kiedy widział wymianę trawy na boisku, sam wskoczył w dres i poszedł pomóc reszcie, by pokazać, że on się nie wywyższa. Szeregowi pracownicy nie wiedzieli jak mają się zachować, czy w ogóle pozwolić mu to robić. Z jego strony była to fajna rzecz, ale w związku z hierarchią społeczną wywołała spory chaos w Jubilo.

 

 

Czy to prawda, że Japończycy panicznie boją się popełnić nawet najmniejszy błąd?

To było widać zwłaszcza kiedy starali się mówić po angielsku. Sądzę, że większość osób z którymi rozmawiałem była w stanie się komunikować w tym języku, ale nie chciała. Wolą nic nie powiedzieć, niż wprowadzić człowieka w błąd.

Było to bardzo kłopotliwe w wielu sytuacjach. Czasem tylko kiwali głową na “tak” lub “nie”. Miałem jedną lub dwie takie sytuacje, że dopiero kiedy napisałem coś po angielsku zamiast mówić, zaczynali łapać o co mi chodzi. Jest to efekt ich problemów w szkolnictwie, gdzie wielu nauczycieli skupia się wyłącznie na gramatyce, czytaniu. Umiejętność prowadzenia konwersacji jest zaś pomijana.

Wspomniałeś o hierarchii społecznej - jak to odbierałeś? Jako coś problematycznego dla obcokrajowca?

Chodzi raczej o zachowanie Japończyków względem Japończyków - jak traktują ludzi z tego samego poziomu społecznego, jak z wyższego. Obcokrajowcy byli z tego wyłączeni. Oczywiście cieszyli się, gdy ktoś taki również stosował się do tych zasad, lecz pozwalali też wychodzić poza schemat bez konsekwencji.

Wiąże się z tym historia dotycząca mojego bycia drugim kapitanem drużyny. Ten pierwszy, zawsze kiedy są jakieś eventy, spotkania ze sponsorami i tym podobne, musi wygłosić przemowę, rozmawiać z przedstawicielami... Obcokrajowiec miałby z tym problem, choćby ze względu na barierę komunikacyjną oraz obyczajową, żeby nikogo nie urazić.

A ty kiedykolwiek przemawiałeś?

Nie zdarzyło mi się, ani nie miałem takiej potrzeby. Jako drugi kapitan moje obowiązki sprowadzały się raczej do kwestii typu wręczenie komuś prezentu, stojąc u boku pierwszego. Trochę jak świadek na weselu (śmiech).

Ta ich hierarchia działa na zasadzie kast niczym w Indiach?

Trudno to ująć na tej zasadzie. Patrzy się na kilka kwestii, najważniejsze kryterium - czy ktoś jest starszy. Druga rzecz - praca, którą dana osoba wykonuje. Po rozpoznaniu tego musisz zastanowić się jakie słowa dobierać. U nas nawet w oficjalnych rozmowach mówi się potocznie. Tam, chcąc powiedzieć o tej samej sprawie ludziom z różnych grup społecznych czy zawodowych musisz używać kilku różnych określeń na tę samą rzecz. To kolejny powód dla którego Japończyk zawsze pełni rolę pierwszego kapitana.

Dlaczego Jay Bothroyd musiał nosić długie rękawy?

Było mu trudniej ze względu na tatuaże. Miał je w zasadzie na całym ciele i dlatego od razu zastrzeżono, iż będzie musiał grać w stroju z długimi rękawami, aby je ukryć. W Japonii nadal panuje takie przeświadczenie, że ludzie posiadający tatuaże muszą mieć jakieś powiązania z Yakuzą. To jest mylne o tyle, że wrzucają wszystkich do jednego worka, a prawda jest taka, iż tylko specyficzne symbole mogłyby o tych relacjach świadczyć.

Ważne są także miejsca, w których je wykonują, ponieważ muszą być widoczne dla innych członków mafii, by w ten sposób "swój swojego" dał radę łatwo rozpoznać. Wzory są typowo azjatyckie - tygrysy, kwiaty lotosu, robione na całych plecach... Im większy tatuaż, tym dana osoba jest wyżej w hierarchii. Jay nic takiego na sobie nie miał, lecz i tak kazano mu zakrywać malowidła. Dopiero pod koniec przygody Bothroyda ludzie się z nim obyli, wiedzieli, że to nie żaden typ spod ciemnej gwiazdy. Chyba ponad rok trwało to ich wzajemne zapoznawanie się.

Ta zasada zresztą nie obowiązywała go tylko podczas meczów, ale też w szatni, podczas korzystania z sauny, basenu... Nie mógł tego robić, bo musiałby się odkryć. Jedynym wyjściem było zapisanie się na specjalną siłownię przeznaczoną dla ludzi z tatuażami. Haczyk polegał na tym, iż prowadzili je ludzie związani ze światem przestępczym.

Kiedyś pojechaliśmy całą drużyną do ośrodka, by skorzystać ze źródeł termalnych. Obsłudze hotelu zostało przekazane, że Jay jest z nami, z Jubilo Iwata, jest normalnym facetem. Nic to nie pomogło, dostał zakaz wchodzenia tam. Argumentowano to w ten sposób, że jego tatuaże gorszyłyby innych lokatorów ośrodka, którzy nie mieliby wiedzy kim właściwie jest Bothroyd. Nie chciano, aby którykolwiek gość poczuł się niekomfortowo ze względu na wygląd Jaya.

Przejdźmy na boisko. Ciekawi mnie kwestia twojego porozumiewania się z kolegami na boisku. Bramkarze często podpowiadają obrońcom, pokrzykują na nich... Czy ty zmieniłeś swój styl komunikacji względem kolegów?

Najważniejsza zmiana, dość oczywista, polegała po prostu na rozmowach w innym języku. Używałem mieszaniny angielskiego z japońskim. Nadal starałem się być bezpośredni oraz stanowczy, ale nie rozkminiałem słownictwa, używałem zwyczajnych określeń. Tylko na początku były małe problemy... W kwestii terminologii zapożyczyli sporo słów z angielskiego, lecz na przykład inaczej akcentowali końcówkę lub dodawali tam coś swojego. Nie rozumieli od razu, kiedy mówiłem "first ball". Dopiero gdy rzuciłem "first ballU" nagle wszystko kumali. Uczyłem się podłapywania tego typu kwestii, aby jak najbardziej ułatwić sobie i kolegom grę.

Zapytałem o to też z tego względu, że na przykład u nas, po błędzie, bramkarze w dosadny sposób opierdzielają kolegów, często podwórkową łaciną…

Racja, na to rzeczywiście musiałem uważać, aby do nikogo nie zwracać się tak agresywnie, co w Europie. Dopiero w szatni można się mocniej odezwać, ale też nie w takim samym tonie. Jak już kogoś opieprzasz, musisz być przy tym merytoryczny. Dokładnie tłumaczysz co ktoś zrobił źle, jak powinien się zachować... Typowa suszarka zamiast kogoś zmotywować tylko pogorszyłaby sprawę. Mi to nie przeszkadzało także z tego względu, iż za tego rodzaju dyskusje nie odpowiadałem ja, lecz nasz trener bramkarzy i reszta sztabu. Nawet w czasie treningu potrafią podejść z laptopem, by dokładnie ci coś pokazać.

A motywacja ze strony kibiców? Wolisz typową ekstraklasową połajankę czy sytuacje takie jak ta, o której opowiadał Jakub Słowik - płakanie grupy fanów pod szatnią?

Skrajne reakcje, prawda? Mi się coś tak histerycznego jak Kubie nie przytrafiło, chociaż przecież też walczyliśmy o utrzymanie, a w ostatnim sezonie spadliśmy. Brakowało mi jednak jakiegoś impulsu. Byłem długo w tym zespole, więc widziałem i odczuwałem mocno to popadanie zespołu w rutynę i marazm. Trudno było się z tego wygrzebać, nie pomagały też zmiany szkoleniowców. Uważałem, że przydałby się nam mocny bodziec - coś stanowczego, dosadnego, może nawet szokującego z perspektywy Japończyków. Oni tam rzadko stawiają na stricte motywacyjne rozwiązania, zawsze próbują być merytorycznie i w trakcie większych kryzysów to po prostu nie działa.

U kibiców zresztą podobnie - klepanie po plecach. Przegraliśmy mecz, mieliśmy kiepską serię, a i tak mówili rzeczy w stylu: "spoko, daliście z siebie wszystko następnym razem będzie lepiej". Nie zdawało to egzaminu. Przez ostatnie dwa lata brakowało obiektywnego spojrzenia z zewnątrz, lecz jednocześnie ostrzejszego. Ja, jako człowiek z zewnątrz, próbowałem coś z tym zrobić. Byłem w Jubilo jednak na tyle długo, że z chłopakami zdążyliśmy się uodpornić na wzajemne bodźce.

To jest kwestia kulturowa. Zawodnicy zamknięci są w strefie komfortu, nikt nie narzuca na nich presji, która mogłaby im nieco pomóc.

Wyprzedziłeś moje pytanie!

Nie no, tam presja jest, ale zupełnie nie ze strony kibiców. Rozmawiałem z niektórymi japońskimi znajomymi i wielokrotnie to podkreślali. Ich drużyna przegrała 0:3, przeciwnicy ich zdominowali totalnie, a oni i tak wychodzili ze stadionu zadowoleni, ponieważ obejrzeli 3 ładne trafienia oraz atrakcyjną grę przeciwników. Na swoich nawet nie byli źli. "No było fajnie, tamci ładnie grali, zjadłem sobie frytki, jestem szczęśliwy". U nas nie do pomyślenia.

Jeśli zawodnik sam sobie nie powiesi poprzeczki, nie narzuci celów, standardów, łatwo zgubi się w tym łagodnym świecie futbolu. Gdy fani traktują cię w taki sposób i głaszczą niezależnie od wyników, łatwo się w tym wszystkim zatracić. Popadasz w samouwielbienie. Rzadko się zdarza, by ktoś tam spojrzał na własną karierę z perspektywy indywidualnej. Kult pracy oraz profesjonalizmu sprawia, że na wszystko patrzą przez pryzmat dobra zespołu, aż do przesady. Trudno spotkać zawodnika, który otwarcie stawiałby przed sobą jakieś indywidualne cele. Jeśli ktoś w ogóle zwracał uwagę na ten aspekt, to przeważnie dlatego, że kiedyś grał gdzieś zagranicą, szczególnie w Europie. Taki piłkarz wówczas łapie dystans, potrafi sam się jakoś ukierunkować pod względem rozwoju czy ambicji.

Właśnie dlatego Japończykom trudno jest zrobić karierę w Europie?

Mi się wydaje, że ci najmłodsi mają jednak nieco inne podejście do zagranicznych karier. Nie jadą w ciemno. Gdy piłkarz myśli o wyjeździe, z wyprzedzeniem bierze lekcje danego języka obcego, w życiu codziennym stara się przebywać z obcokrajowcami. Tym lepiej jeśli ma ich w drużynie. Wtedy chętniej wychodzi z zagranicznym kolegą na kolację, zadaje dużo pytań.

Bardzo skupiają się na kwestiach kulturowych. Wcześniej te ich wyjazdy były bardziej "na wariata". Ktoś trafiał na drugi koniec świata i nie potrafił powiedzieć ani słowa po angielsku, nie mógł się porozumieć w podstawowych kwestiach. To też ze względu na to, jaką opieką obdarzano ich w ojczyźnie. W Japonii w każdym klubie jest osoba, która wszystko za ciebie załatwi. Myśleli, iż podobnie jest wszędzie i zderzali się brutalnie z innym światem. Wychowani w kloszu nie byli w stanie przystosować się do tych luźniejszych i bardziej samodzielnych warunków. Najdrobniejsze detale pozbawiały ich komfortu psychicznego, więc od razu mieli kłopoty pod takim kątem mentalnym.

Nie wiem kogo dokładnie tyczył ten przypadek, ale pamiętam historię, że do jakiegoś europejskiego zespołu trafił zawodnik z tamtych stron świata. Znał tylko swój język, nie potrafił się skomunikować z trenerem nawet w sprawach stricte piłkarskich. Podczas jednego treningu drużyna szlifowała taktykę i żeby ten Azjata cokolwiek załapał, trener musiał łapać go za rękę i przesuwać się razem z nim.

Jestem w stanie uwierzyć, że coś takiego faktycznie się wydarzyło. Co z tego, że masz umiejętności piłkarskie i potencjał, skoro życiowo niczego nie ogarniesz? Przejmujesz się non stop takimi rzeczami, masz je z tyłu głowy podczas meczu i blokujesz się, nie jesteś w stanie dać z siebie maksa. Dlatego tyle osób przepadło.

Mogę się tu odnieść na przykładzie Shunsuke Nakamury. Opowiadał mi, że za czasów gry w Celticu bardzo narzekał na pogodę, angielską kulturę, typowo brytyjski kult futbolu oraz, co się z tym wiąże, wymagania wobec piłkarzy. Nie za bardzo potrafił się porozumieć po angielsku. W końcu przemógł się, poznał język, udało mu się zaadaptować. Z trudem, po długim czasie, no ale jednak.

Później natomiast trafił do Espanyolu. Biorąc pod uwagę jego charakterystykę wydawałoby się, iż będą to rozgrywki skrojone pod niego. Mniej skupienia na aspektach fizycznych, niższe tempo, więcej gry kombinacyjnej, nacisk na technikę i pomysłowość... Nic bardziej mylnego. Zupełnie sobie nie poradził. Gdy już liznął nieco angielskiego trybu życia, nie był w stanie dokonać w sobie kolejnej zmiany. Wszystko czego się nauczył łącznie z językiem okazało się tam totalnie bezużyteczne. Dość szybko uznał więc, że to nie jest warte ponownego przechodzenia wszystkich aklimatyzacyjnych trudów. Podjął decyzję o powrocie do Japonii.

Co ciekawe dziś znów praktycznie nic nie potrafi powiedzieć po angielsku. Albo nie chce?

Mając na uwadze skrajny profesjonalizm Japończyków, który oznacza bezgraniczną posłuszność, czy nie jest też tak, że w japońskim futbolu zabija się kreatywność zawodników?

Owszem. Na podstawie tej kwestii możemy odróżnić zawodników przyzwoitych i przeciętnych od tych ze znacznie większym potencjałem. Jedni są naprawdę błyskotliwi, drudzy zaledwie się do niej dostosowują. Akurat ten trener, który między innymi mnie ściągał do Japonii, pozwalał niektórym podopiecznym na większą dowolność decyzji. Tym przeciętnym dawał bardzo sztywne polecenia i wskazówki, najczęściej chodziło bocznych obrońców czy stoperów. Jeśli jednak zauważył u kogoś większe możliwości, mówił mu: "okej, możesz być wolnym elektronem". Co ważne - robił to w cztery oczy, nie przy wszystkich, aby nie wyszło, że w drużynie są równi i równiejsi. Wolność dawał szczególnie gdy zespół był przy piłce, bo poza tym to wiadomo, ramy defensywne wypadałoby utrzymywać.

Zawodnicy typu Honda, Kagawa, a kiedyś Nakamura... Oni są traktowani jako najwięksi idole, czy wręcz przeciwnie, Japończycy najbardziej ubóstwiają gwiazdy J-League?

Ci co występują w ojczyźnie są uwielbiani, ale ci z zagranicy to jeszcze wyższe poziom. Urastają do rangi bóstw. Keisuke Honda pewnie nigdy nie wróci do Japonii właśnie ze względu na swój status. Ludzie tam odnoszą się do niego z tak ogromną estymą, jakby w ogóle nie byli godni oglądania go w akcji na własne oczy. Gdyby Honda poszedł grać do Japonii mógłby stracić ten status. Stałby się zbyt namacalny. Ta nieosiągalność czyni go herosem.

Chyba nie przesadzę mówiąc, iż w Japonii jest ogromny kult superbohatera.

Wystarczy zwrócić uwagę na mangę czy anime. To się przejawia niemal na każdej płaszczyźnie. Mitologizują ludzi, nadają im supermoce. Sam dostawałem głupie pytania, już kiedyś o tym opowiadałem. "Jakich supermocy użyjesz w tym sezonie?" - zapytał mnie niegdyś dziennikarz (śmiech). Zgłupiałem. Słyszysz coś takiego, widzisz, że ta osoba wspomniała o tym z pełną powagą, a dla ciebie to jest zwyczajnie śmieszne. Nie wiedziałem jak mam się zachować. Czy obrócenie w żart nie zostanie źle odebrane? Wybrnąłem z tego w typowy dla piłkarzy sposób - odpowiedziałem banałami typu "za wynik odpowiada cała drużyna i takie tam" (śmiech). Gość totalnie zbił mnie z tropu, nie byłem w stanie wymyślić nic konstruktywnego.

Ty też zostałeś świętym. O co z tym chodziło?

Wymyślili to na podstawie mojego nazwiska. W Polsce moja ksywa to "Kamyk", oni zaś używali skrótu "Kamin". Po japońsku to oznacza "bóstwo", więc tak sobie to przetłumaczyli.

Czyli zwykła gra słów.

Próbowali tego częściej. Na moją cześć ułożyli piosenkę, którą śpiewali, za każdym razem, kiedy wychodzili na boisko. Wpisali sobie w translatora "let's go Kamiński", wyszło im "idź do niego Kamiński" (śmiech). Co ciekawe przyszli to ze mną skonsultować, nie zwróciłem uwagi, powiedziałem, że jest okej. Najpierw myślałem, że śpiewają coś po japońsku, ale potem wsłuchałem się i wyszła im taka polska przeróbka.

To paradoksalnie ma sens. "Idź do niego, Kamiński", czyli że masz wyjść do napastnika w sytuacji sam na sam!

Na pewno nie to mieli na myśli, aczkolwiek był to sympatyczny gest z ich strony (śmiech).

 

 

Nie wiem na ile to prawda, ale wyczytałem, że gdybyś miał japońskie obywatelstwo, chętnie powołaliby się do ich kadry narodowej.

Oficjalnego zapytania nie dostałem. Przez pewien okres pytania o to były nagminne. Jak się do tego odnoszę? Czy w ogóle bym chciał? Ja jednak od razu stanowczo stwierdziłem, iż mnie to nie interesuje. Jestem mocno związany z Polską, byłoby to nie fair. Nie czułem się na tyle japoński, aby zdecydować się na taki krok.

Także bardziej życiowe czy logistyczne kwestie wchodziły w grę. Nie wyobrażałem sobie, aby mieszkając i grając w Polsce podczas przerwy na reprezentacje musieć lecieć na drugi koniec świata. Zastanowiłem się nad wszystkimi konsekwencjami takiej decyzji, również najbardziej pragmatycznymi i po prostu mi to nie odpowiadało ani ideologicznie, ani życiowo. Organizacja czasu zostałaby wywrócona do góry nogami. Powiedziałem im, że mają przecież kilku perspektywicznych bramkarzy i nie powinni martwić się o obsadę bramki.

Na szczęście gdy odmówiłem nie poczuli się obrażeni. To dlatego, że nie stwierdziłem "nie, bo nie", lecz konkretnie uargumentowałem moją decyzję, a oni to wszystko uszanowali.

Biorąc pod uwagę cały ten kult, jaki tworzy się w Japonii wokół zawodników - czy ciebie to nie zaczęło przytłaczać w pewnym momencie?

Nie, bo Iwata nie jest wielkim miastem jak na Japonię. Pewnie byłoby inaczej, gdybym mieszkał tam w metropolii, a po treningu przychodziłoby do nas nie 100 osób po fotki, a 1000. Zrobiły się kłopot nawet z takimi prozaicznymi rzeczami jak przemieszczanie się po mieście. W porównaniu z Tokio Iwata to wręcz kameralne miejsce, w którym tego typu rzeczy zachowywały na tyle proporcji, by być miłe, a nie męczące.

Ale musisz przyznać, że niektórzy okazywali sympatię w oryginalny sposób, który w Polsce byłby dziwny.

Oni dają zawodnikom mnóstwo prezentów, praktycznie po każdym treningu z czymś wychodzisz, jeśli spotkasz się z kibicami. Oczywiście nie trzeba robić tego codziennie, rozumieją, iż my również mamy swoje życie. Wręczają więc upominki, kiedy chcą podziękować za dobry mecz, przedłużenie kontraktu albo coś takiego. Tak samo jeśli spotkają cię na mieście, zrobisz sobie z nimi fotkę, oni to pamiętają i potem przychodzą po naszych zajęciach, aby się odwdzięczyć.

Często są to różne przysmaki. Do mnie raz przyszło małe dziecko, by wręczyć mi coś a'la chipsy, tam to były raczej chrupki kukurydziane. Nakupiło wielką siatkę tego za całe swoje kieszonkowe i wręczyło mi wdzięczne za wcześniejsze miłe potraktowanie.

Klubowy dietetyk stał i kiwał palcem!

W szatni mieliśmy kupkę pełną słodyczy, bo każdy zawsze coś dostał. Odkładaliśmy te rzeczy, bo sami nie bylibyśmy w stanie tego zjeść. Jak kogoś naleciało, to sobie coś brał, albo zabierał do domu, żeby dać dzieciom.

Mnie jednak najbardziej ujmowały te upominki, które kibice wykonywali własnoręcznie. Któregoś razu dostałem pudełko wypełnione moimi zdjęciami. Były tam fotografie praktycznie od mojego pierwszego treningu z Jubilo, potem wszystkie ważniejsze momenty. Ułożone chronologicznie, ze 100 albo nawet więcej fotek. Po otworzeniu pudełka każda ściana się rozkładała, wychodziło z tego coś na podobieństwo wielkiego kwiatu. Kibicka prowadziła to przez 5 lat. Niesamowite ile musiała włożyć pracy, aby stworzyć coś takiego. Jak to zobaczyliśmy z Natalią... Wow, byliśmy w wielkim szoku. Sam fakt, iż komuś się chciało wykonać taki prezent było ogromnie budujące. W Europie by pewnie to podchodziło pod jakiś stalking, tyle zdjęć. Ale na japońskie realia - inna sprawa, mieściło się w ramach normalności. Bardzo miłej zresztą.

A ta opieka wyznaczona przez klub? Wspomniałeś o człowieku, który wszystko dla was załatwiał. Nie czułeś się zagłaskiwany?

Kiedy żegnaliśmy się z Japonią, ten sam człowiek odwoził nas na lotnisko. Powiedział nam, że ja i Natalia byliśmy najbardziej niezależną parą obcokrajowców, jakich spotkał w trakcie swojej pracy. A paru poznał, ponieważ pracuje w Jubilo prawie od trzech dekad. Różnica polega na tym, iż najczęściej miał do czynienia z Brazylijczykami. Zupełnie inna mentalność, nimi musiał się bardziej opiekować. Nawet nie chodziło o to, że imprezowali. Codzienność w Brazylii bywa niebezpieczna. Musieli się przestawić na zupełnie inne myślenie - że mogą wieczorem bez ryzyka wyjść do sklepu, żona może sama wyjść pojeździć na rowerze i nikt jej nie okradnie... Nawet pod takim względem trafili do świata wyglądającego skrajnie inaczej niż w ich rodzinnych stronach. Paradoksalnie trudniej było im wyluzować pod takimi względami.

Do tego Brazylijczycy gorzej się aklimatyzowali w Japonii, ponieważ zbierali się w zamknięte grupy wraz ze swymi rodakami. W naszym regionie stworzyli sobie enklawę. Spotykali się tylko we własnym gronie, żyli po swojemu. Mieszkali w Japonii, lecz nawet w najmniejszym stopniu nie przyswajali tamtejszych zwyczajów.

Ich problem polegał też na tym, że gdy jakiś biedniejszy Brazylijczyk zorientował się, iż na przykład poznał rodaka-piłkarza, zaprzyjaźniał się z nim głównie ze względu na materialne korzyści. Tylko po to, by pochwalić się znajomością z kimś znanym, załatwić sobie karnet czy koszulkę za darmo, zapisać dzieciaka do akademii, pożyć na czyjś koszt... Jedni więc byli mocno interesowni, drudzy zaś musieli uważać na dobór towarzystwa, aby ktoś nie zaczynał żyć na ich koszt.

W zasadzie doświadczyłeś w Japonii czegoś, co w Polskich realiach praktycznie się nie zdarza. A mianowicie zostałeś idolem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jak tak patrzę sobie na Ekstraklasę... Na palcach jednej ręki dałoby się takich policzyć.

Prawdopodobnie masz rację. To wynika głównie z kultury Japończyków. Oni wręcz na siłę kreują idoli, w Europie podchodzimy do tego z dużo większym dystansem. Jasne, co innego jeśli chodzi o zawodników Realu czy Barcelony, aczkolwiek w Polsce na pewno trudno taki poziom osiągnąć.

 

 

Wracałeś do Polski powiedzmy na święta, spędzałeś tu trzy tygodnie no i trzeba było z powrotem lecieć do Japonii. Myślałeś sobie wtedy "ach, koniec spokoju" czy raczej "nooo, wreszcie mnie ktoś rozpozna na ulicy"?

Na Boże Narodzenie byłem praktycznie co roku, bo akurat w tym okresie liga japońska ma przerwę. Gorzej z latem, chyba tylko 2 razy udało mi się wyrwać do Polski. Poza tym nie za bardzo był czas, więc za każdym razem bardzo się cieszyłem, gdy mogłem spotkać się z rodziną. Kiedy powracałem do Japonii nie myślałem jednak o rozpoznawalności, tylko stricte o grze i pracy. Fajnie jest odpocząć, pospotykać się ze znajomymi, lecz w pewnym momencie zaczyna człowiekowi brakować rygoru treningu, regularnej gry, kolegów z drużyny... Takiej rutyny. Nie lubię mieć za dużo wolnego, bo czasem to aż nie wiadomo co ze sobą zrobić.

Może to będzie głupie, ale było coś, co zawsze zabierałeś ze sobą z Polski, bo tam tego nie mogłeś dostać? Moja dziewczyna była w Bangkoku przez trzy miesiące i mam wrażenie że bardziej się cieszyła z możliwości zjedzenia normalnego chleba niż że mnie zobaczy.

Natalia piekła własny chleb, bo rzeczywiście nie można było go dostać na miejscu. Kurcze, czy ja brałem jakieś rzeczy? Jeżeli chodzi o spożywcze to starałem się nie brać nic. Wszyscy mamy rodziców którzy starają się przemycić coś do walizki. To były drobnostki, nie mówię o kanapkach czy słoikach, ale zwykłe cukierki "masz, takich na pewno tam nie ma".

Klasyka!

Jak już musiałem coś wziąć, to starałem się, żeby to było coś co mogę rozdać kolegom z drużyny. Zdarzyły mi się zamówienia, musiałem je chować głęboko w walizce - na przykład fizjoterapeuta prosił o polskie sery. Zdarzały się prośby o polski alkohol, dwa bądź trzy lata z rzędu przywoziłem nasze miody pitne, bo bardzo im smakowały. W większości były to takie rzeczy na zamówienie, o sos żurawinowy do kaczki, bo nie mogli sobie wyobrazić jak można połączyć mięso ze słodkim sosem. Więc im tłumaczyłem, że kaczkę w Polsce jada się często ze sosem żurawinowym.

Abstrakcja, pamiętam że zrobiłem wielkie oczy kiedy Demba Ba mówił o soku Łowicza jako swoim ulubionym produkcie.

W Japonii idzie dostać też dżemy Łowicza, syropy do herbaty... Są co prawda 3-4 razy droższe niż w Polsce, głównie można je zakupić w sklepie internetowym, bo w sklepach jest tego mało, jeśli w ogóle.

Natomiast istnieją takie produkty z Polski jak porcelana z Bolesławca, które w Japonii są niezwykle szanowane, bo Japończycy cenią sobie rękodzieło, że ktoś nad tym siedzi, stara się zrobić to jak najlepiej, ponieważ sami się świetnie w tym odnajdują i rozpoznają jakość.

Wyczuwam pomysł na biznes!

To jest biznes, jeśli w Polsce miałbym to kupić i tam sprzedać, bo tam jest przebitka 300-400%.

Widzisz, masz już  plan na to, co robić po karierze! Ale wróćmy do piłki - uważano cię za topowego bramkarza ligi, ale nigdy nie przeszedłeś do żadnej topowej drużyny, na przykład Yokohama F. Marinos. Dlaczego, skoro tak dobrze ci szło?

Zdarzały się podchody. Jedna drużyna kilka razy pytała Jubilo czy jest taka możliwość, aby mnie kupić. Klub zawsze stawał okoniem, ja byłem związany z klubem kontraktem, więc niewiele mogłem zrobić.

Rynek transferowy w Japonii jest martwy. Bardzo rzadko trafia się transfer obcokrajowca wewnątrz, że ktoś płaci za kogoś. Wynika to z kultury Zawodnik podpisał kontrakt, więc musi go w pełni uszanować. Oczywiście zdarza się, że zawodnicy przechodzą na wypożyczenia, ale to co innego niż przeniesienie własności. W Japonii jest bardzo mało transferów gotówkowych i to też wynika z braku walki o zawodnika. Jeżeli jest wolny, kończy mu się kontrakt, to oczywiście są przeprowadzane rozmowy, ale jeśli pozostaje związany kontraktem to nie ma tak, że ktoś podejdzie "dajemy ci więcej, chodź do nas".

Była jedna sytuacja, kiedy zawodnik kończył kontrakt, ale nie u nas, lecz w Urawie Reds, a wtedy Vissel Kobe zaczynało się na bogato budować. Zgłosiło się do pomocnika, on był już wręcz dogadany z Urawą na przedłużenie kontraktu, Kobe zaoferowało mu przebitkę, zawodnik poszedł z tą umową do Redsów, przedstawił sytuację: "zapłacicie mi więcej - zostaję, nie dacie -  idę do nich". Urawa dała mu więcej, ale rozeszło się, że tak zrobił, że wymusił tą podwyżkę.

U nas byłoby to całkiem normalne.

A w Japonii wyszło obraźliwie. W Urawie też do końca nie wiedzieli jak się mają zachować. Nie chcieli go stracić, ale widzieli, że zachował się nie fair. Dali tę przebitkę, ale rozeszło się wśród kibiców, zawodnik miał bardzo złą prasę. W Europie to całkiem normalna rzecz.

Ja starałem się chłopakom w klubie wytłumaczyć, bo byli zszokowani, iż ktoś mógł tak postąpić. W Europie naturalne są licytacje, gdzie każdy może przedstawić ofertę. Oni dalej szli w zaparte, że było to wręcz nieetyczne z jego strony, nie tylko wykorzystał Kobe i ich ofertę, aby osiągnąć swój cel, ale wykazał się brakiem szacunku do Urawy, by wymusić pieniądze.

Gdybyś miał wziąć jakąś cechę Japończyków, która przydałaby się Polakom, to co by to było? I nie mówię tutaj tylko o piłce nożnej.

Uczciwość, taką zwykłą, ludzką. W Japonii, kiedy szedłem na zakupy, kładłem portfel do wózka, który miał taką przegródkę na mniejsze rzeczy. Śmigałem z tym wózkiem po hali, zbierałem co mi było potrzebne. Po roku czy dwóch przyjechałem do Polski, zrobiłem tak samo i po 15 minutach portfela już nie było. W momencie gdy starałem się wytłumaczyć ochronie, że włożyłem portfel do koszyka i robiłem zakupy, brali mnie za idiotę: dlaczego tak zrobiłem?

I jak wytłumaczyć im przyzwyczajenie...

W drugą stronę: w Japonii, znajomy poszedł na zakupy do Zary, przeglądając ubrania i je mierząc, odłożył tablet, z którym chodził po sklepie, i o nim zapomniał. Poszliśmy później na kawę, pośmialiśmy się pogadaliśmy. Godzinę później na parkingu zauważył, że nie ma tego tabletu. Wrócił do sklepu i tam gdzie go zostawił, tam leżał.

Druga sytuacja: pewien Uzbek zostawił na stacji benzynowej portfel na dachu samochodu. Pojechał, portfel gdzieś mu się zsunął. Miał tak dwa razy. Za pierwszym razem po 2-3 dniach zguba była na policji, z pełną zawartością i dokumentami. Za drugim sam im pomogłem. Zdecydowałem, że pojadę drogą, którą oni wracali do domów. A może mi się uda? W końcu patrzę, a na ulicy leży cała saszetka z tymi wszystkimi rzeczami, nawet nie otwarta, nic nie zginęło

A odwrotnie, co od Polaków przydałoby się Japończykom?

Luźniejsze trzymanie się zasad. Żona poszła na basen, na którym nie można było korzystać z okularów przeciwsłonecznych. Powód? Zbyt duże ryzyko, iż będzie wypadek i ktoś zrobi sobie albo komuś innemu krzywdę tymi okularami. Mają coś w regulaminie, tak musi być i koniec. Razem z Natalią była znajoma, która musiała nosić okulary, bo miała jakiś problem z okiem, przez co były bardzo wrażliwe na słońce. Zdrowotnie okulary były koniecznością, ale miejscowym nie dało się tego przetłumaczyć.

Inna rzecz to korki w mieście. Japończycy nie pomyślą, by odbić w bok i pojechać inną trasą. Jest korek, to trzeba stać. Skoro wszyscy stoją, to ty też musisz. Potrzebują trochę sprytu życiowego.

Ostatnie pytanie: współpracowałeś w Wiśle Płock z dość osobliwym trenerem. Co było dziwniejsze - zwyczaje Japończyków czy nazwyki Libora Pali?

Najbardziej pamiętam meteoryty, które trzeba było przyklejać na urazy, bo leczą. Ponoć czerpały energię, nie pamiętam już tylko czy ze Słońca, Księżyca czy z kosmosu. Było tego trochę, barwna postać... Nie mam pojęcia co robi teraz, ale jego metody szkoleniowe zapamiętam na zawsze. Nawyki Libora Pali przygotowały mnie na wyjazd do Japonii! (śmiech)


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się