var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Matt Wilkinson/Focus Images/MB Media/PressFocus

Kiedy wszyscy działają, Anglia ma wszystko w dupie

Autor: Sebastian Czarnecki
2020-03-12 21:32:01

Śmiało można już powiedzieć, że koronawirus odcisnął olbrzymie piętno na sporcie. Coraz więcej federacji zawiesza swoje rozgrywki ligowe lub przynajmniej nakazuje rozgrywanie spotkań bez udziału publiczności, UEFA coraz głośniej zastanawia się nad przesunięciem EURO 2020 na kolejny rok, a tymczasem w Anglii… wszystko mają w dupie.

Bo przecież nic złego się nie dzieje, prawda? Co z tego, że liga włoska i hiszpańska już zawiesiły swoje rozgrywki, coraz więcej lig zdecydowało się na grę bez udziału publiczności, a UEFA we wtorek ma poinformować czy faktycznie nadchodzące mistrzostwa Europy zostaną przesunięte na 2021 rok? Zdaniem premiera Wielkiej Brytanii, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nie tylko kontynuować rozgrywki, ale także… rozgrywać je przy pełnych stadionach.

 

 

A to nie jest przecież tak, że koronawirus całkowicie ominął Wielką Brytanię. Według informacji BBC z godziny 17:00, w UK odnotowano 596 przypadków wirusa, w tym aż 10 śmiertelnych. Sytuacja jest więc znacznie poważniejsza niż w Polsce, gdzie od razu zadecydowano o zamknięciu stadionów. Ale w Anglii przecież nic się nie dzieje, a najlepiej o wszystkim niech świadczy fakt, że wczoraj na Anfield bawili się nie tylko kibice Liverpoolu, ale także fani Hiszpanii, gdzie wirus obecnie rozprzestrzenia się równie szybko, co we Włoszech.

Co się wydarzyło od wczorajszego meczu? W samym Liverpoolu wykryto 10 nowych zachorowań. I co prawda wcale nie musi to oznaczać, że przywieźli to hiszpańscy kibice i że którakolwiek z tych osób była wczoraj na Anfield, ale tego sytuacje dają dużo do myślenia. Skoro wszyscy podejmują wszelkie środki ostrożności, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby, to decyzja Borisa Johnsona nie ma absolutnie żadnego sensu.

W NBA, która codziennie generuje olbrzymie wpływy, wystarczył jeden przypadek zachorowania na koronawirusa, żeby bez wahania zawiesić całe rozgrywki. We Włoszech wystarczyło, żeby zaraził się Daniele Rugani, a już Inter zdecydował się wycofać ze wszystkich aktywności sportowych. Wszyscy działają, tylko w Anglii lekceważą ten problem.

W środę przełożono mecz Arsenalu z Manchesterem City, ponieważ „Kanonierzy’ dwa tygodnie temu grali z Olympiakosem, którego właścicielem jest chory na koronawirusa Evangelos Marinakis. Piłkarze zdążyli już wrócić do treningów i badania wykazały, że żaden z londyńskich zawodników nie jest zarażony, ale… dzisiaj z kolei został odwołany trening Chelsea, gdzie osoba związana z klubem narzekała na symptomy.

To jednak nie koniec, bo symptomy wirusa zaobserwowano także u trzech zawodników Leicesteru City. Jak na razie nie znamy wyników badań, ale nie należy wykluczyć najgorszego. Skoro więc istnieją przesłanki na obecność koronawirusa w angielskiej piłce, to po co więc kusić los. Czy naprawdę te gigantyczne pieniądze, które płacą stacje telewizyjne za prawa do pokazywania meczów Premier League są aż tak istotne, żeby w żaden sposób nie zareagować?

 

 

Jeszcze wczoraj „The Times” pisał o ambitnym planie brytyjskiego rządu w sprawie walki z koronawirusem. Nie dość, że wszystkie spotkania miały odbyć się bez udziału publiczności, to jeszcze właściciele sportpubów mieli dostać zakaz pokazywania tych spotkań w lokalach, żeby uniknąć dużych zgromadzeń osób. Pokrzywdzeni kibice, którzy mieli już wykupione bilety na dane mecze lub byli posiadaczami karnetów mieli dostać dostęp do specjalnej aplikacji streamingowej, gdzie za darmo mogliby obejrzeć spotkanie. I co z tego? Na planie się skończyło, bo żadne działania nie zostały podjęte.

Świat wariuje. I to nie dlatego, że zawiesza rozgrywki sportowe, ale właśnie dlatego, że tego nie robi. UEFA potrzebuje aż tygodnia, żeby przemyśleć sens rozgrywania mistrzostw Europy i kontynuowania europejskich pucharów, a Premier League gra sobie w najlepsze przy udziale publiczności. Naprawdę, dwutygodniowe zamknięcie stadionów nikomu by nie zaszkodziło, zwłaszcza że sami kibice nawoływali do podjęcia zdecydowanych działań.

Oczywiście w dalszym ciągu wierzymy, ze kibice mają swój własny rozum i stadiony nie będą wypełnione do ostatniego miejsca, ale i tak spodziewamy się, że w weekendowych spotkaniach będzie minimum 70-procentowa frekwencja. Takimi działaniami nigdy nie wyplewimy wirusa, który rozprzestrzenia się z nieprawdopodobną prędkością.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się