var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Jeśli PZPN nie chce mieć ligi bankrutów, będzie musiał pomóc klubom

Autor: Bartosz Adamski
2020-03-25 17:30:29

Lada chwila możemy mieć ligę bankrutów, tak jak przewidywał wcześniej prezes Ekstraklasa S.A., Marcin Animucki. Niektóre kluby już po zaledwie kilkunastu dniach bez meczów mówią, że dziura budżetowa będzie nie do zasypania. Nie zważając na swoje błędy zarządcze i krótkowzroczność, apelują teraz do PZPN-u o kasę.

Koronawirus uzmysłowił nam, jak łatwo epidemia może sparaliżować cały świat. Skutki gospodarcze tej pandemii będą fatalne. Traci zdecydowana większość przedsiębiorców, niektórzy muszą zwalniać pracowników albo nawet zamykać swoje działalności. I to w zasadzie kilkanaście dni po wprowadzeniu obostrzeń. A co, jeśli pandemia będzie trwała jeszcze przez dłuższy czas? Przecież nic nie wskazuje na to, by rygor został zmniejszony do Świąt Wielkanocnych. Wręcz przeciwnie – pojawia się coraz więcej zakazów.

O przetrwaniu tego niezwykle trudnego czasu marzą także kluby. Dla jednych, jak Arka Gdynia czy Korona Kielce, dłuższe wstrzymanie rozgrywek może oznaczać rychłe bankructwo. Bogatsi, z prywatnymi właścicielami lub kasą płynącą strumieniem z miasta, powinni sobie jakoś poradzić, choć Dariusz Mioduski twierdzi, że to właśnie paradoksalnie Legię najbardziej może dosięgnąć ten kryzys, bo zatrudnia ponad 500 osób.

Środowisko sportowe dostrzega, że musi iść na kompromisy, bo w przeciwnym razie może pozostać bez stałego dopływu środków do życia. Kilka dni temu Rafał Gikiewicz poinformował, że zrzekł się części zarobków, by pomóc swojemu Unionowi Berlin. Wcześniej jako pierwsi w Niemczech obniżkę wynagrodzeń zaakceptowali piłkarze, sztab trenerski i kadra kierownicza Borussii Moenchengladbach.

Podobne rozwiązania pojawiają się również w Polsce. Zdecydowaną większość swoich poborów zamrozili gracze Śląska Wrocław. Nie zrzekli się, a zamrozili do czasów unormowania się sytuacji, ale oczywiście jest to postawa godna pochwały. W ślad za nimi poszli zawodnicy Wisły Kraków, dołączając do "programu oszczędnościowego".

To dobry trend. Trzeba się jednoczyć, szukać rozwiązań, by przetrwać ten czas. My, kibice i dziennikarze, marzymy o tym, by znów obserwować piłkarzy na murawie, najlepiej na wypełnionych stadionach. To w tej chwili jednak kompletnie odległa perspektywa. Na pewno liga nie wróci do końca kwietnia, szanse na powrót w maju też są minimalne. Tym samym czeka nas zapewne co najmniej dwumiesięczny rozbrat z futbolem.

I obyśmy po tym czasie w ogóle mieli co oglądać.

Skoro kluby już zgłaszają problemy finansowe, nie widząc nawet za bardzo perspektyw na wdrożenie planu awaryjnego, to za kilkadziesiąt dni będzie można gasić światło. Tym nielicznym, którzy jakkolwiek się zabezpieczyli, poduszka finansowa starczy może na miesiąc, góra dwa, potem będą straty. W większości klubów jednak pojęcia "poduszki finansowej" nawet nie znają. A takich szybko dopadnie wegetacja, jednych mniej powolna, drugich bardziej. A przecież przerwa może trwać nawet dłużej.

PZPN czy chce, czy nie, będzie musiał pomóc. Będzie musiał podać kroplówkę konającym klubom – począwszy od Ekstraklasy, kończąc pewnie na rozgrywkach okręgowych. W przeciwnym razie będziemy mieli ligi bankrutów, a to dobra karta przetargowa dla klubów, bo wówczas całkowicie sparaliżowany będzie polski futbol. I dotyczy to w zasadzie klubów na każdym szczeblu, bo chyba na całym świecie nikt nie wyjdzie z tej sytuacji bez szwanku. A zwłaszcza w Polsce, gdzie rzesza sportowych spółek żyje z dnia na dzień i o odkładaniu pieniędzy na czarną godzinę nawet nikt nie myśli.

Wychodzą teraz wszystkie błędy w krótkowzroczności klubów. Wiele z nich funkcjonuje na zasadzie "jakoś to będzie". Nie myślą o planowaniu przyszłości dłuższej niż koniec danego sezonu. Gros naszych klubów nie było i nie jest przygotowanych na jakikolwiek kryzys finansowy, a co dopiero taki, który przewiduje kilkadziesiąt dni przerwy w rozgrywkach. Ba, niektóre mają tak skalkulowany budżet, że drobne opóźnienia w otrzymywaniu świadczeń reklamowych wpływają automatycznie na opóźnienia w wypłatach.

Ale co teraz może na to poradzić PZPN?

Rękę po pieniądze wyciągną pewnie wszyscy, również ci najzamożniejsi. Otwarcie mówi o tym Janusz Filipiak, takie rozwiązanie proponował również Dariusz Mioduski. Nawet Cezary Kulesza, notabene wiceprezes PZPN i jednocześnie prezes Jagiellonii Białystok, twierdzi, że federacja powinna pomóc.

Można krytykować PZPN za wiele kwestii, ale akurat na finansach się znają. Dzięki temu, że mają teraz budżet w wysokości 300 milionów złotych mogą sobie pozwolić na ratowanie klubów. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby Związek takiej kasy nie posiadał. W zasadzie można byłoby gasić światło, a tak ciągle jest nadzieja, że polski futbol klubowy jakoś będzie w stanie funkcjonować po tej pandemii.

Pytanie tylko, jak ta pomoc będzie wyglądała. Najrosądniej byłoby przydzielić wszystkim proporcjalnie do utraconych wpływów reklamowych, ale wówczas kluby musiałyby odkryć wszystkie swoje karty, by udowodnić, że to właśnie np. taki Piast, a nie Lechia jest bardziej poszkodowany. Jak damy po równo, to Korona zapewne odczuje, ale Legia czy Lech już raczej nie. No i trzeba się zastanowić, kiedy dać – czy już teraz próbować szacować straty, czy poczekać aż będziemy w stanie określić realną datę wznowienia rozgrywek.

PZPN będzie musiał ratować zatem swoimi pieniędzmi, ale musi to mieć ręce i nogi. Nie może to być wrzucanie pieniędzy w studnię bez dna, tylko odpowiednio zabezpieczona pożyczka, np. kontraktem telewizyjnym. No i trzeba mieć pewność, że ta kasa przeznaczona zostanie na najpilniejsze zaległości związane z wycofaniem się sponsorów, a nie na przejadanie jej bez pomyślunku.

Kwestii do rozpatrzenia jest zatem wiele, a gdzieś w tym wszystkim trzeba będzie jeszcze opracować plan na nowy sezon. Wszystkie alternatywne projekty dotyczące obecnego, włącznie z tym forsowanym przez Michała Świerczewskiego z Rakowa, to tylko pobożne życzenia. Trudno wierzyć w to, że w dobie zaostrzania rygoru uda się w jakikolwiek sposób wznowić rozgrywki. Idea ze skoszarowaniem drużyn była na tyle obecnie nierealna i utopijna, że już nawet sam pomysłodawca zdążył się z niej wycofać.

Bardzo poważnie trzeba brać pod rozwagę, że obecna edycja dobiegła końca i kluby wejdą w nową ze sporymi ubytkami, pewnie niektórzy nawet na debecie. Trzeba będzie więc poluzować przepisy licencyjne i dać czas spółkom na dojście do siebie. Czeka nas na pewno bardzo trudny czas, który zapewne nawet mimo pomocy PZPN-u nie wszyscy przetrwają albo w najlepszym wypadku "tylko" znacznie ucierpią. To będzie najpewniej zupełnie inna liga niż ta, którą znamy teraz. I w zasadzie po drodze może pojawić się tyle zmiennych, że aż trudno ją sobie wyobrazić.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się