var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Jacek Kozioł

Biała Gwiazda Śmierci. Jak Wisła Kasperczaka wojowała w Europie?

Autor: Filip Gierszewski
2020-03-25 21:15:33

Przełom tysiącleci okazał się jednocześnie przełomem w dyspozycji polskich klubów na arenie międzynarodowej. W pierwszej dekadzie XXI wieku mało kto przedostawał się do właściwych faz europejskich rozgrywek, nawet tych niższej rangi. A jeśli już komuś się to powodziło, to odpadał po kilku zebranych w grupie łomotach. Nieco inaczej w kultowym sezonie 2002/03 poszło Wiśle Kraków Henryka Kasperczaka, która swoją postawą w Pucharze UEFA zasłużyła zdaniem wielu na miano najbardziej efektownej ekipy reprezentującej Polskę poza jej granicami.

Rok 2002 był bolesny nie tylko dla ogółu kibiców polskiej piłki (kadra), ale w szczególności dla sympatyków Białej Gwiazdy. Krakowski dream-team poległ w walce o mistrzostwo kraju, tracąc ostatecznie do Legii raptem punkt, również z CWKS-em poległ w finale pucharu ligi. Na osłodę za to rozbił Amicę Wronki w decydującym dwumeczu o Puchar Polski, więc kompletnej klapy nie było. Nie można jednak powiedzieć, że Wiślacy byli tym stanem rzeczy zadowoleni – wyznaczali sobie przed sezonem 01/02 jasne cele, jakimi były triumfy we wszystkich krajowych rozgrywkach.

Do nowego rozdania przystępowali jeszcze mocniejsi niż przed rokiem. Fakt, sprzedany do Energie Cottbus został Radosław Kałużny, ale przy Reymonta zostały dwa najjaśniejsze punkty drużyny Henryka Kasperczaka – Kamil Kosowski i Maciej Żurawski. Obronę, której zarzucało się brak regularności pod przewodnictwem trenera Franciszka Smudy wzmocnili Maciej Stolarczyk i Jacek Paszulewicz. Do tego z przodu wciąż można było liczyć na Mirosława Szymkowiaka i Mauro Cantoro. A pod względem charakterologicznym – żądzy rewanżu za nieudaną wiosnę i głodu sukcesu, chyba nikt do krakowian nie miał podjazdu.

Wisła zaczęła swoją przygodę z Pucharem UEFA 2002/03 znakomicie. To były jeszcze czasy, kiedy polskie kluby grając z zespołami np. z Irlandii Północnej stawiały sobie pytanie „ile dziś im władujemy”, nie chroniąc się eufemizmami, typu „w futbolu nie ma słabych drużyn”. Przez rundę kwalifikacyjną podopieczni Kasperczaka przemknęli bez najmniejszych problemów, pokonując Glentoran F.C. 2:0 na wyjeździe i 4:0 u siebie.

Ówczesny format Pucharu UEFA nie przewidywał podziału na grupy – grano tylko i wyłącznie dwumecze w systemie drabinkowym. W I rundzie więc, będąc jeszcze rozstawionym, Biała Gwiazda natrafiła na słoweńskie NK Primorje. Tu również spacerek – 2:0 i 6:1. Rezultat rewanżu robi wrażenie, jednak do przerwy nie zapowiadało się na kanonadę, gdyż po 45 minutach było 1:1, co bardzo nie podobało się kibicom, którzy akompaniowali gwizdami schodzących do szatni piłkarzy. Swoje niezadowolenie w niej wyraził też szkoleniowiec: - Pokrzyczałem trochę na zawodników, kilka brzydkich słów też padło. Po przerwie było znacznie lepiej. W drugiej części gra Wisły wyglądała już zupełnie inaczej, padło pięć bramek, a swój debiut zaliczył Paweł Brożek, wpisując się dodatkowo na listę strzelców (po raz pierwszy w karierze w meczu takiej rangi).

Prawdziwa zabawa zaczynała się jednak trzy tygodnie później. W drugiej rundzie, w której udział brało 48 zespołów, Wisła napotkała na włoską Parmę, drużynę środka tabeli Serie A. W pierwszym meczu nie było źle, lecz nie starczyło na bardziej korzystny wynik niż 1:2. Powody do optymizmu dawała gra w obronie. Baszczyński, Głowacki, Jop i Stolarczyk spisywali się solidnie i już okrzykiwano ich najlepszą defensywą klubu z Krakowa od lat. Zresztą, sam szkoleniowiec Parmy Cesare Prandelli mówił, że Wisła 2002 jest o wiele lepsza od tej, z którą przyszło mu się mierzyć w roku 1998.

Rewanż w Krakowie zapowiadał się znakomicie. Drużynie coraz lepiej wiodło się w lidze, a forma Parmy była na tamtą chwilę zastanawiająca. Niemniej, pierwsze minuty meczu Wiślacy zagrali na miękkich nogach. W 6. minucie prowadzenie Parmie dał Adriano, a jakby tego było mało, przez następny kwadrans Biała Gwiazda musiała rozpaczliwie bronić, do czego zepchnęli ich ofensywnie nastawieni Włosi. Wisłą jednak ten napór przetrwała i wyrównać mogła jeszcze przed zmianą stron, ale Kalu Uche chybił, kiedy dogodną sytuację swoim dokładnym prostopadłym podaniem sprezentował mu Żurawski.

Później było już tylko lepiej. Swoją szansę miał Adriano, ale zakałapućkał się w akcji jeden na jeden z Huguesem. Bombę w spojenie łupnął chwilę później Szymkowiak, lecz do 70. minuty wynik pozostawał bez zmian. Dopiero „szczur” Kamila Kosowskiego zmylił Sebastiana Freya i mieliśmy przy Reymonta remis. Na 2:1 wysunął Wisłę nieoceniony Maciej Żurawski, w dogrywce podwyższył po podobnej akcji, a na 4:1 ustawił Dubicki, wykorzystując autostradę po dograniu Uche między defensorów Parmy.

Po tak spektakularnym awansie nastroje w Wiśle wystrzeliły w górę. Wszyscy koncentrowali się na nadchodzących starciach z Schalke. Tym razem krakowianie zaczynali od meczu u siebie. Nie było w nim jednak fajerwerków, aczkolwiek zaczynało się obiecująco. Do przerwy Żurawski i spółka prowadzili 1:0 po trafieniu samobójczym Christiana Poulsena, lecz w końcówce wyrównał Lokonde Mpenza. Do Gelsenkirchen Wiślacy jechali więc odrabiać straty.

- Schalke niczym nas nie zaskoczyło. Zagrali świetnie, zgodnie z tym, co zapowiadali, że na wyjazdach nieźle im idzie. Zablokowali nasze skrzydła. A my nie przebijaliśmy się do przodu, bo brakowało gry bez piłki. Nie wychodziliśmy do piłki. W sytuacjach podbramkowych remisowo, więc wynik jest sprawiedliwy – mówił po meczu Kamil Kosowski.

Nie krył gniewu za to Mirosław Szymkowiak. - Zagraliśmy słabiej niż w obydwu spotkaniach z Parmą. Nawet w lidze zdarzało nam się szybciej rozgrywać piłkę, ale w Polsce nie mamy aż tak wymagających rywali. Zawodnicy Schalke zaskoczyli nas bardzo agresywną grą. W meczach z VFL Bochum i z Legią cofali się zawsze na własną połowę, a na nas wściekle się rzucili i wypracowali sobie od razu kilka znakomitych sytuacji. Jednak to my wyszliśmy na prowadzenie, chcieliśmy kontrolować przebieg meczu.

Zdania „Szymka” i „Kosy” były więc podzielone, lecz po upływie dwóch tygodni łączył ich jeden cel – sprawić przykrą niespodziance Tomaszowi Hajcie i jego kolegom.

To udało im się wyśmienicie. Od pierwszego gwizdka Wisła grała odważnie, ale do 40. minuty nieskutecznie. Wtedy to kunsztem strzeleckim wykazał się po raz kolejny Żurawski. Na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było jednak długo czekać. Wiślaków na ziemię sprowadził nie kto inny jak Tomasz Hajto. Gdyby więc mecz zakończył się po pierwszej połowie krakowian znów czekałaby dogrywka.

Kasperczak i jego podopieczni nie brali takiego scenariusza pod uwagę. Znów tuż po wyjściu z tunelu rzucili się do szaleńczego ataku i sprawili sobie przewagę już po sześciu minutach od wznowienia gry. Drugą asystę zaliczył wówczas Kamil Kosowski, świetnie zarzucając futbolówkę na nos Kalu Uche. Rychłą szansę na podwyższenie wyniku miał Żurawski, ale zabrakło mu szczęścia – jego strzał z dystansu odbił się od słupka. Później wykazał się Angelo Hugues, ofiarnie wygarniając piłkę Victorowi Agaliemu w akcji sam na sam. Koniec końców swego dopięli „Kosa” i Żuraw”. Jak na liderów zespołu przystało trafili jeszcze po razie, dzięki czemu Wisła wróciła z Arena AufSchalke z tarczą. A to być może jest nawet zbyt łagodne określenie, bo Biała Gwiazda po prostu rozniosła niemiecką ekipę na jej terenie.

Już w nowym roku Wisła stawała do walki o ćwierćfinał Pucharu UEFA z Lazio. Ostatni raz do najlepszej ósemki owych rozgrywek polskiemu klubowi udało się 26 lat wcześniej, a był nim Stal Mielec. W Krakowie z niecierpliwością wyczekiwano takiego sukcesu, a wydawało się, że jest na wyciągnięcie ręki. Z takim zespołem, z takim przygotowaniem motorycznym i taktycznym Henryka Kasperczaka było to jak najbardziej realne.

W szalonym pierwszym meczu w Rzymie krakowianom udało się wywieźć względnie korzystny remis 3:3. Zaskoczony, a zarazem zniesmaczony taką koleją rzeczy był trener Lazio, Roberto Mancini. - Zespół, który w niedzielę potrafił strzelić na San Siro dwa gole, nie powinien na własnym stadionie dać sobie wbić aż trzech bramek! Cóż, najwyraźniej zabrakło nam koncentracji w grze defensywnej. (...) Kwestię awansu uważam za otwartą. My potrafimy grać na wyjazdach. Pojedziemy więc do Krakowa po zwycięstwo. (...) Jak plasuje się Wisła na tle drużyn z Serie A? Sądzę, ze był to jeden z naszych trudniejszych rywali w tym sezonie. Wisła podobała mi się szczególnie pod względem taktycznym.

Przy okazji rewanżu nie obyło się bez pogodowych ceregieli. Polska na przełomie lutego i marca, choć zdążyliśmy się poniekąd od tego odzwyczaić, jest raczej mroźna. Tak więc murawa, na której miał zostać rozegrany mecz z Włochami była w opłakanym stanie, przynajmniej według obserwatorów UEFA. Spotkanie przełożono o tydzień po to, aby doprowadzić ją do użytku. Mówiono, że była ona zdatna do gry, lecz szczególnie zaniepokojeni byli sami rywale polskiej drużyny, obawiający się o wpływ trawiastego podłoża na ostateczny rezultat dwumeczu.

Spotkanie doszło do skutku 5 marca. Zaczęło się nader udanie, ponieważ w 5. minucie Lucę Marchegianiego pokonał Marcin Kuźba. Mecz toczył się po myśli gospodarzy, lecz w 18. minucie zdarzyło się najbardziej nieoczekiwane – dotkliwej kontuzji doznał arbiter meczu. Wymuszona przerwa w grze negatywnie odbiła się na dyspozycji krakowian. Stracili początkowy animusz, który narzucili wystraszonym Włochom. Ci przejęli inicjatywę i szybko doprowadzili do wyrównania.

Tuż przed przerwą miał miejsce najbardziej pamiętny fragment tego meczu. Oglądając go, wielu z nas po dziś dzień krzyczy do Macieja Żurawskiego „PODAJ!”. Niemniej zwykle nieomylny w takich sytuacjach napastnik Wisły postąpił egoistycznie i zamiast wystawić Kuźbie „na pustaczka”, huknął piłką gdzieś w okolice trzeciego piętra. Następnie wszystko potoczyło się lawiną – nieszczęście Uche przy jego strzale z dystansu, gol Chiesy na 2:1 i niepowodzenia do ostatnich chwil.

Rewanż z Lazio stał się symbolem niedosytu w polskiej piłce. Kto wie, jak potoczyłyby się losy Wisły, gdyby w 43. minucie Żurawski dograł piłkę do nabiegającego kolegi z zespołu, zamiast samemu na siłę pchać ją do bramki. Był to ostatni tak udany wojaż naszego rodzimego klubu na arenie międzynarodowej. Niestety, w ciągu ponad piętnastu lat polskie drużyny nawet nie powąchały czołowej szesnastki Pucharu UEFA czy Ligi Europy. I nie zanosi się na to, żeby prędko taki sukces, jakim pochwalić się może Henryk Kasperczak i jego piłkarze z tamtych lat, został powtórzony. Nie mówiąc o jego przebiciu.

***

Źródła użyte przy tworzeniu artykułu pochodzą ze strony historiawisly.pl


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się