var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Piotr Matusewicz / PressFocus

HANDLUJ Z TYM: Logiczne transfery bez pieniędzy tracą swój sens

Autor: Maciej Golec
2020-03-26 20:33:47

Ciężko jednoznacznie ocenić ruchy kadrowe Lechii na przełomie ostatnich trzech lat. Każde okienko było inne, bo co pół roku sytuacja sportowa w połączeniu z tą organizacyjną była diametralnie różna i wymagała innych działań. Z kolejnym rokiem mądrość w kupowaniu zawodników rosła, jednak nie szła niestety w parze z faktycznymi możliwościami finansowymi i organizacyjnymi.

Polityka transferowa Lechii jest o tyle trudna do oceny, że nie do końca wiadomo, kto za nią w jakim stopniu odpowiada. Większość powie, że oczywiście Adam Mandziara, jego trzeba winić/chwalić i przede wszystkim jego rozliczać. I pewnie to prawda, natomiast faktem jest, że od 2017 roku w Gdańsku, po kilku latach przerwy, pojawił się dyrektor sportowy – Janusz Melaniuk. Co by nie mówić, szef pionu sportowego nie zajmuje się tylko podpisywaniem umów i pozowaniem do zdjęć z nowymi piłkarzami, ale również ma (przynajmniej powinien mieć) realny wpływ na decyzje w swojej specjalizacji. Dodajmy do tego poszczególnych trenerów, którzy przewijali się przez klub. Ich propozycje oraz sugestie personalne nie były ignorowane, głos szkoleniowy, a już na pewno głos trenera Stokowca, był ważną częścią rozważań i decyzji odnośnie tego, kto w danym okienku wzmocni klub.

Dlatego nie skupiamy się na ocenianiu konkretnych osób, a raczej całej Lechii jako kolektywu. Na tapet wzięliśmy wszystkie transfery przychodzące od lutego 2017 roku, czyli momentu, w którym Janusz Melaniuk został dyrektorem sportowym, aż do teraz, czyli pewnego rodzaju formalnego bezkrólewia w pionie sportowym. Bilans wygląda następująco:

Udane transfery (10 – 29%): Dusan Kuciak, Michał Nalepa, Filip Mladenović, Błażej Augustyn, Simeon Sławczew, Zlatan Alomerović, Jarosław Kubicki, Mario Maloca, Conrado, Kristes Tobers. 

Nieudane (14 – 40%): Gino van Kessel, Mateusz Matras, Florian Schikowski, Mateusz Lewandowski, Mato Milos, Romario Balde, Jakub Arak, Patryk Lipski, Ariel Borysiuk, Oliver Zelenika, Egy Maulana Vikri, Konrad Michalak, Paweł Żuk, Żarko Udovicić. 

Trudno powiedzieć (11 – 31%): Joao Oliveira, Artur Sobiech, Omran Haydary, Łukasz Zwoliński, Rafał Pietrzak, Egzon Kryeziu, Ze Gomes, Kenny Saief, Maciej Gajos, Jaroslav Mihalik, Bartosz Kopacz.

Co się rzuca w oczy na samym początku? Na pewno liczba transferów, które można ocenić na minus, one w tym zestawieniu nie jakoś znacząco, ale przeważają. Trzeba jednak przyznać, że tacy zawodnicy, jak Haydary, Zwoliński, Ze Gomes, czy Pietrzak, gdyby w Lechii mieli szansę pograć nieco dłużej, mogliby spokojnie przeskoczyć do kategorii „udane” i zmienić obraz całości, więc trzeba patrzeć na to wszystko trochę z przymrużeniem oka. Choć jest to oczywiście też kamyczek do ogródka gdańszczan – nikt nie kazał im robić transferów na ostatnią chwilę. Tacy piłkarze jak Conrado i Tobers przepracowali okres przygotowawczy i zdążyli już pokazać na co ich stać, dlatego ocenienie jest dużo łatwiejsze.  

 

 

Transfery Lechii w tym trzyletnim okresie miały to do siebie, że ich wizja nie była jednorodna, a praktycznie co okienko zmieniały się okoliczności, bo i położenie gdańszczan ulegało zmianie. Najpierw była walka o utrzymanie się w czołówce przed rundą wiosenną pamiętnego sezonu 2016/17, potem – latem – pozycja Piotra Nowaka w klubie i opinia o nim wśród kibiców poszybowała w dół, a już kilka miesięcy później, ubiegło sezonowe marzenia o mistrzostwie trzeba było zamienić na te o spokojnym utrzymaniu się w Ekstraklasie. Rollercoaster powtarzający się co pół roku dotyczył nie tylko formy, ale rzecz jasna również strategii transferowej i jej skuteczności.

Zima 2017 roku, mimo ambitnych celów, była skromna. Poza majstersztykiem w osobie Dusana Kuciaka i racjonalnym ponownym sprowadzeniem Borysiuka, przyszły takie ananasy, jak Oliver Zelenika i Gino van Kessel. Bez szaleństw.

Latem z kolei, nie patrząc oczywiście z dzisiejszej perspektywy, mieliśmy do czynienia nie ze strzałem w dziesiątkę, a raczej strzałem w kolano. Oczywiście, dziś Michał Nalepa i Błażej Augustyn są oceniani pozytywnie, ale w tamtym sezonie o mało którym piłkarzu Lechii można było powiedzieć, że grał na miarę oczekiwań. A tylko ci dwaj wyżej wspomniani przeszli pozytywną metamorfozę, reszta albo się zatrzymała w rozwoju, albo nawet cofnęła (pozdrawiamy Romario Balde, gdziekolwiek teraz jest). Bo sorry, ale ktoś, kto wymyślił transfer Matusza Lewandowskiego powinien odbyć karny spacer do Zakopanego i z powrotem. 

Pół roku później kolejna wegetacja – przychodzi Mladenović, Borysiuk po wypożyczeniu podpisuje kontrakt jako wolny zawodnik. I to by było na tyle, a przypomnijmy, że Lechia wówczas była tylko 4 punkty nad strefą spadkową i nikt raczej nie myślał realnie o awansie do „8”. Zwłaszcza, że na stanowisku trenera nie było trenera, tylko Adam Owen. 

Nie będziemy klepać okienka za okienkiem, ale tendencja była podobna. Wraz ze zmianą trenera, ze zredukowaniem celów, budowaniem drużyny od podstaw w 2018 roku i wprowadzaniem młodych piłkarzy, zmieniała się taktyka transferowa. To, co trzeba zganić to na pewno przespane zimowe okienko na przełomie 2018 i 2019 roku, kiedy Lechia była w dobrej pozycji wyjściowej w walce o mistrzostwo, ale przez krótką ławkę pod koniec sezonu zabrakło jej pary. No kto by się spodziewał, że Konrad Michalak jako pierwszy wybór na skrzydło nie przyniesie oczekiwanych efektów…

- Każdej szatni transfery są potrzebne. (…) Chciałbym przynajmniej jednym ruchem trochę ożywić szatnię, jeszcze dodać rywalizacji w drużynie. Ci, co są w zespole, wysoko zawiesili poprzeczkę, jeśli chodzi o poziom zawodników, którzy mieliby przyjść – powiedział trener Stokowiec w lutym 2019 roku na antenie Canal Plus.

 

 

W październiku ubiegłego roku zwolniony został dyrektor sportowy i od tego momentu bez żadnych wątpliwości można mówić, że za transfery w ostatnim okienku odpowiadał w największym stopniu najpierw prezes, potem prezes tymczasowy i w końcu znowu prezes Lechii – Adam Mandziara. Stanowiska te podkreśliliśmy nieprzypadkowo, bo są one niejako symbolem chaosu, który w Lechii panuje nie od wczoraj. Ruchy rynkowe jak najbardziej ciekawe i mogące przynieść wiele dobrego, ale na pewno wykonane za późno. Do tego niepodlegające akurat w tym przypadku ocenie, ale warte do odnotowania rozwiązane umowy z winy klubu przez Rafała Wolskiego i Sławomira Peszkę. Dodajmy, że obaj panowie plus Artur Sobiech już w grudniu mogli sobie szukać nowego klubu, a Lukas Haraslin został pod koniec stycznia sprzedany do Włoch, więc braki kadrowe tym bardziej trzeba było jak najszybciej zasypać. I tym większy kamyczek do ogródka możemy wrzucić Mandziarze. 

Tym niemniej nie ma sensu wieszać psów na Lechię za politykę transferową. Czasy anonimów, przyjaciół sławnych tenisistów, czy odrzutów z Afryki minęły. Ostatnie okienka pokazały, że nazwiska, które do Gdańska przychodzą, nie są wyjęte z kapelusza, da się w tym dopatrzyć jakiegoś pomysłu i zalążka logiki, a że w ostatecznym rozrachunku część z nich okazuje się niewypałami? Cóż, zdarza się. Grunt, że nikt nie zamierzał (i mamy nadzieję, że to się nie zmieni) iść śladami przykładowej Korony Kielce. Szkoda tylko, że ruchy te nie szły w parze z faktycznymi możliwościami finansowymi i organizacyjnymi klubu. Nad tym najbardziej ubolewamy. Okazało się, że logiczne ruchy już wcale takimi nie są, jeśli nie ma się wystarczająco dużo pieniędzy. 

Największy majstersztyk: Dusan Kuciak

Największa wtopa: Gino van Kessel

Największa nadzieja: Omran Haydary

Wierzymy, mimo kiepskiego startu: Łukasz Zwoliński

WERDYKT (W SKALI 1-10): 5


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się