var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Łukasz Sobala | PressFocus

Solidny ligowiec – ulubieniec Bońka bez profilu na Wikipedii

Autor: Maciej Kanczak
2020-03-28 14:02:49

Z niebytu wyciągnął go prezes PZPN, Zbigniew Boniek, publikując na twitterze rozmowę z jednym z młodych dziennikarzy sportowych, któremu wytknął nieznajomość tego zawodnika. W kolejnym odcinku cyklu Solidny ligowiec nie pozostało nam zatem nic innego, jak przypomnieć osobę Albina Wiry.

- Nieźle mnie Zbyszek Boniek wpakował – powiedział najpopularniejszy polski piłkarz w minionym tygodniu, w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. Faktycznie jednak, gdy „Zibi” rzucił w przestrzeń publiczną jego nazwisko, niejeden kibic musiał pewnie „wyguglować” o kogo chodzi. Aby jeszcze bardziej uzmysłowić sobie jak mocno zakurzona jest to persona, zwrócić należy na fakt, że Pan Albin... nie ma nawet swojego profilu na polskiej Wikipedii. Na owym portalu poczytać o nim możemy jedynie po niemiecku, gdyż w latach 1982-1985 występował w barwach TuS Schloss Neuhaus (rozegrał m.in. 15 spotkań w 2. Bundeslidze), a w sezonie 1985/1986 grał w TuS Paderborn Neuhaus, który powstał w wyniku fuzji jego byłego klubu i FC Paderborn.

 

 

Brak choćby najmniejszej wzmianki o Wirze trochę jednak dziwi, zważywszy na fakt, że ten był przecież ważną częścią wielkiego Ruchu Chorzów z lat 70-tych, z którym czterokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski, w latach 1974,1975, 1979 i 1989. Niecodzienne były okoliczności zdobycia zwłaszcza pierwszego z wymienionych tytułów. Raz, że „Niebiescy” triumfowali w lidze polskiej po sześcioletniej przerwie. Dwa, że Ekstraklasa, ze względu na udział reprezentacji Polski na MŚ w RFN, na czas mundialu przerwała swoje rozgrywki i wznowiła je dopiero po powrocie do kraju „Orłów Górskiego”. Chorzowianie jednak mistrzostwo zapewnili sobie przed rozpoczęciem Weltmeisterschaft`74, więc w ostatnich dwóch kolejkach ligowych, czechosłowacki trener Michal Vican mógł trochę poeksperymentować i dać szansę chorzowskiej młodzieży. Skorzystał na tym m.in. Wira, który właśnie wkraczał w 20. rok życia. Wystąpił w dwóch ostatnich kolejkach, dzięki czemu w CV mógł zapisać sobie premierowe mistrzostwo Polski.  

W 1975 i 1979 r. sytuacja była już zupełnie inna. W drugim mistrzowskim sezonie Wira w chorzowskim zespole znaczył coraz więcej (rozegrał 15 meczów), by w kolejnych latach stać się już jednym z liderów „Niebieskich”. Tytuł w końcówce lat 70-tych był jednak niemałym zaskoczeniem, bo rok wcześniej Wira i spółka ledwie uratowali się przed degradacją. - Jesienią 1977 roku trener Havranek „zamulił” nas swoimi zajęciami. Byliśmy zmęczeni, bez życia. Przyszedł za niego „Teo” Wieczorek - spec nad specami, ale - po pierwsze - mieliśmy mało punktów, po drugie zaś - psychicznie byliśmy zdołowani. I pewnie byśmy spadli, gdyby nie przymiarki działaczy do zatrudnienia od nowego sezonu Leszka Jezierskiego w roli trenera. On się zgodził nawet na pracę w II lidze, ale... policzył wszystko dokładnie i wyszło mu, że jeszcze jest szansa na uratowanie ekstraklasy! Nie wgłębiając się w szczegóły - wygraliśmy 4 ostatnie mecze – tak wspominał tamten okres na łamach „Przeglądu Sportowego”. Mistrzowski sezon, chorzowianie co prawda zaczęli od porażki 1:3 z obrońcą tytułu, a więc Wisłą Kraków. Wiosną zrewanżowali się jednak krakowianom z nawiązką, gromiąc ich aż 3:0.

Na kolejny tytuł, kibice przy ul. Cichej musieli czekać aż dekadę. Wira w tym czasie ugruntował sobie pozycję jednego z najlepszych defensywnych pomocników w Polsce, ale przez moment był też blisko przedwczesnego zakończenia kariery. Dlaczego? - Mało kto wie, ale w wieku 26 lat zachorowałem na gruźlicę i dwa lata nie grałem. Nie jest łatwo po takim czasie wrócić do zawodowej piłki, ale na szczęście dałem radę – przyznał w rozmowie z „Super Expressem”. Dał radę – to mało powiedziane. Bilans Wiry po powrocie to 23 mecze i 2 gole. Ruch znów w ostatniej chwili uniknął jednak degradacji, w czasie pauzy jednego ze swoich asów, stając się typowym średniakiem. Znaczna część lat 80-tych, to jak już wspomnieliśmy w przypadku bohatera tego tekstu, wymarzona emigracja do Niemiec. Na ojczyzny łono ponownie zawitał dopiero wiosną 1987 r. Nie był to wielki comeback, gdyż „Niebiescy”, po raz pierwszy w swojej historii spadli do II ligi.

Powrót do elity, na szczęście dla kibiców, zajął ich pupilom tylko rok. Po tym co na polskich boiskach, wyprawiali wówczas Wira i jego młodsi koledzy, można było łatwo im wybaczyć doznane krzywdy i straty moralne, gdyż Ruch jako drugi w historii Ekstraklasy beniaminek (pierwszym w 1937 r. była Cracovia), zdobył mistrzostwo Polski. W zespole dowodzonym przez Jerzego Wyrobka, grali wówczas m.in. Dariusz Gęsior, Waldemar Fornalik i Krzysztof Warzycha, a na murawie przedłużeniem ręki trenera był najstarszy w tym gronie, 36-letni Wira. To do dziś zresztą rekordzista Ekstraklasy, w kwestii najdłuższej przerwy między następującymi po sobie mistrzostwami. Co ciekawe, Ruch nie miał w tamtym sezonie szerokiej kadry. Na ostatni jak do tej pory tytuł dla Chorzowian zapracowało tylko 18 piłkarzy. Dla porównania, w Piaście Gliwice w zeszłym sezonie, wystąpiło 24 graczy. - Tak, uważam, że to był nasz atut. Śmieszy mnie, gdy teraz słyszę, że zawodnik jest zmęczony po rozegraniu 30 spotkań. My najchętniej gralibyśmy co trzy dni i najlepiej bez żadnych zmian. Wąska kadra sprawiała, że zespół świetnie się rozumiał i grał często w ciemno – stwierdził Wira w 2014 r. w rozmowie z portalem slask.sport.pl. Po mistrzowskim sezonie 1988/1989, doświadczony zawodnik, w glorii i chwale udał się na zasłużoną emeryturę.

Dlaczego zatem, mimo aż czterech mistrzowskich tytułów, Wira aż do tego tygodnia, był przez kibiców niezwiązanych emocjonalnie z Ruchem, postacią niemalże anonimową? Duży wpływ na to miał z pewnością fakt, że mimo ponad 150 spotkań rozegranych w lidze polskiej, Wira nie dostąpił zaszczytu gry w reprezentacji Polski? Od sezonu 1975/1976 w zasadzie można było o nim mówić jako o gwieździe Ekstraklasy. W rozgrywkach 1976/1977 aż siedem razy wpisał się na listę strzelców, co jak na piłkarza odpowiedzialnego w głównej mierze za destrukcję, było znakomitym wynikiem. A jednak mimo to, ani Jacek Gmoch, ani Ryszard Kulesza, ani też Antoni Piechniczek nigdy nie dali mu choćby jednej okazji, aby zaprezentował swoje umiejętności w koszulce z orzełkiem na piersi. Jednak licznych medali za triumf w lidze polskiej, z pewnością mógłby mu pozazdrościć niejeden reprezentant.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się