var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Tomasz Folta / PressFocus

HANDLUJ Z TYM: Miejsce w lidze lepsze niż transfery. Nie jest tak dobrze, jak mogłoby się wydawać...

Autor: Bartosz Adamski
2020-03-29 12:00:57

Dariusz Sztylka ma wśród wrocławskich kibiców opinię pierwszego poważnego dyrektora sportowego od wielu, wielu lat. Sprawdziliśmy, czy faktycznie jego bilans jest tak imponujący, jak wytworzony wokół legendy Śląska pozytywny PR. No i wnioski mogą być dość zaskakujące.

Gdy Dariusz Sztylka w lutym 2018 roku obejmował funkcję dyrektora sportowego Śląska Wrocław, poprzeczka oczekiwań była zawieszona wyjątkowo nisko. Do takiego pułapu obniżył ją Adam Matysek, którego nazwiskiem kibiców w stolicy Dolnego Śląska lepiej nie drażnić. Sporo nieudanych ruchów, wynagrodzenia zupełnie nieadekwatne do zajmowanej w tabeli pozycji - generalnie Sztylka miał co naprawiać.

Choć obecny dyrektor sportowy objął posadę 19 lutego, a więc tuż przed zamknięciem okna transferowego, to zdążył jeszcze last minute przeprowadzić swój pierwszy transfer. I był to ruch udany, ale później już szału nie było. Spójrzmy na jego bilans:

Udane transfery (9 - 34,5%): Mateusz Cholewiak, Jakub Łabojko, Łukasz Broź, Krzysztof Mączyński, Wojciech Golla, Przemysław Płacheta, Israel Puerto, Dino Stiglec, Matus Putnocky

Nieudane transfery (9 - 34,5%): Damian Gąska, Lubambo Musonda, Michał Bartkowiak, Daniel Szczepan, Farshad Ahmadzadeh, Mateusz Hołownia, Erik Exposito, Filip Marković, Diego Żivulić

Ani dobrze, ani źle (8 - 31%): Mateusz Radecki, Dariusz Szczerbal, Guillermo Cotugno, Daniel Kajzer, Mateusz Maćkowiak, Mark Tamas, Przemysław Bargiel, Filip Raicević

Przyznamy szczerze, iż przed napisaniem tekstu sądziliśmy, że w tym ogólnym rozrachunku wypadnie znacznie lepiej. Gdy wypisaliśmy sobie wszystkie nazwiska, spostrzegliśmy, że efektownie raczej nie będzie. Koniec końców wyszło bardzo przeciętnie.

Największe kontrowersje w naszych ocenach? Pewnie Damian Gąska, Lubambo Musonda i Erik Exposito, może jeszcze Mateusz Hołownia.

Najlepiej z tego grona prezentuje się Gąska, ale sądzimy, że we Wrocławiu spodziewano się po nim czegoś więcej. W zielono-biało-czerwonych barwach gra już przez półtora roku, a w podstawowym składzie wybiegł zaledwie czternaście razy spośród 42 meczów. Na dłuższą metę nie udało mu się wypracować mocniejszej pozycji w zespole niż solidny rezerwowy. Nic dziwnego, że niedawno wolał odejść na wypożyczenie do Miedzi Legnica, niż tkwić na ławce.

Lubambo Musonda ostatnio zaś wychodzi na boisko od pierwszej minuty, ale żeby do tego doszło, trener Lavicka musiał znaleźć mu nową pozycję. Na skrzydle pozytywnie wypadł tylko w debiucie z Zagłębiem Sosnowiec. Wydawało się wówczas, że będzie często nawiązywał swoją dyspozycją do formy z dwumeczu przeciwko Lechowi Poznań w barwach armeńskiego Gandzasaru Kapan, czym zyskał rozgłos w Polsce. Jednak z 31 ocenionych przez nas występów Musondy w Ekstraklasie, zaledwie trzy razy (!) zapracował na notę powyżej wyjściowej. Tylko w bieżących rozgrywkach aż czterokrotnie lądował w antyjedenastce kolejki. Nie bronią go nawet liczby: jedynie trzy marne asysty. Dość powiedzieć, że bliżej do kadry Zambii było mu z Armenii niż z Polski...

Sporo kontrowersji wzbudza też osoba Erika Exposito. Z jednej strony sześć strzelonych goli, więc tragedii nie ma. Z drugiej zaś do siatki rywali trafia co zaledwie 224 minuty. W trakcie rundy jesiennej otwarcie krytykował go nawet powściągliwy w takich komentarzach Vitezslav Lavicka. Gdzieś tam zimą pojawiały się pogłoski, że rzekomo zainteresowane są nim zespoły z Grecji, Cypru i Słowacji, ale oczywiście do żadnych konkretów nie doszło, więc można to uznać po prostu za plotki. Biorąc pod uwagę, że Exposito miał we Wrocławiu zastąpić Marcina Robaka, to wygląda nam to na zamianę Dodge'a Vipera na Seata Ibizę, i to takiego z silnikiem 1.2.

Hołownia z kolei został zimą 2019 wypożyczony na półtora roku z Legii Warszawa, a już po dwunastu miesiącach we Wrocławiu go nie było. Oczywiście nikt nie spodziewał się, że zostanie najlepszym lewym obrońcą w lidze, ale często brakowało mu nawet solidności. Przegrywał rywalizację z wszechstronnym Mateuszem Cholewiakiem, potem nawet z nominalnym prawym obrońcą, Łukaszem Broziem. W tym sezonie pojawiał się na boisku tylko wtedy, gdy inny młodzieżowiec Przemysław Płacheta potrzebował odpoczynku. Teraz Hołownia nie gra nawet w Wiśle Kraków.

Z pozostałego grona w zasadzie najbardziej szkoda Farshada Ahmadzadeha, który przecież przed transferem do Śląska był podstawowym zawodnikiem dwukrotnego mistrza Iranu. Widać było, że pierwszy Pers w polskiej lidze miał spory potencjał, technicznie być może nawet przerastał nasze rozgrywki, o czym przekonaliśmy się już w debiucie.

Później jednak było zatrważająco słabo. Jeden gol, jedna asysta i z podkulonym ogonem musiał wracać do ojczyzny. A miał przecież podążyć drogą Ryoty Morioki i z Polski wypromować się do lepszej europejskiej ligi...

Wśród nieudanych ruchów Dariusza Sztylki postanowiliśmy umieścić także dwóch innych zawodników z obecnej kadry - Diego Żivulicia i Filipa Markovicia. Średnia ocen kolejno 4,00 i 3,33 mówi chyba wszystko.

***

A co z udanymi transferami?

Zaczęło się przecież tak dobrze, od ściągnięcia Mateusza Cholewiaka. Miał być solidnym uzupełnieniem składu, a udało się nawet na nim jeszcze zarobić. Cholewiak często pokazywał się w kryzysowych momentach - to w dużej mierze dzięki niemu udało się w zeszłym sezonie utrzymać w lidze. W tym zaś zdobywał ważne bramki przeciwko Cracovii i Lechowi Poznań. Fortuny Śląsk na nim nie zbił - bo i nawet trudno było tego oczekiwać za 30-letniego rezerwowego - ale podwoił kasę, którą za niego zapłacił, co pozwoliło na większą niż przewidywano aktywność na rynku transferowym tej zimy.

Bardzo dobry ruch Dariusz Sztylka wykonał również z Wojciechem Gollą. Po odejściu z NEC Nijmegen miał początkowo trafić do CSKA Sofia, siedział już w samolocie do Bułgarii, ale ostatecznie lot przełożono na drugi dzień, a rano dostał propozycję przejścia do Śląska i z niej skorzystał. Gdy jeszcze trenerem wrocławskiej ekipy był Tadeusz Pawłowski, do postawy 28-letniego obrońcy można było mieć spore zastrzeżenia. Po przyjściu Vitezslava Lavicki zaczął jednak grać znacznie lepiej, stał się podporą obrony WKS-u i niedawno podpisał nowy kontrakt.

Spośród zaciągu zawodników z I ligi latem 2018 roku w stu procentach sprawdził się w zasadzie tylko Jakub Łabojko. Do pewnego momentu naprawdę przyzwoicie prezentował się także Mateusz Radecki, jednak od dłuższego czasu nękają go kontuzje i nie wiadomo, czy uda mu się jeszcze w ogóle wyjść na boisko w zielonej koszulce. Łabojko zaś z tego "pierwszoligowego" grona zaczął grać w zasadzie najpóźniej, początkowo trener Tadeusz Pawłowski przekonywał, że to jeszcze nie jest jego czas, ale gdy już wskoczył do wyjściowego składu, to w zasadzie utrzymuje się w nim do dziś. I co ważne, w wykonywaniu swoich zadań defensywnych jest bardzo rzetelny, a czasem dołoży też coś z przodu.

We Wrocławiu nastąpiło odrodzenie starych wyg - Łukasza Brozia, Krzysztofa Mączyńskiego i Matusa Putnocky'ego. Broź zwłaszcza w bieżącym sezonie do momentu nieszczęsnej kontuzji był w takiej dyspozycji, że zaczęło się o nim mówić jako o najlepszym prawym obrońcy ligi. Putnocky z kolei po kiksach, z którymi kojarzył się w ostatnim czasie w barwach Lecha Poznań, teraz nawiązuje do sezonu 2016/17, gdy został wybrany najlepszym bramkarzem w Ekstraklasie. A Mączyński prezentuje się na boisku po prostu jak na kapitana przystało.

Sztylce udały się także trzy letnie ruchy. Dino Stiglec jest jednym z najlepszych lewych obrońców w Ekstraklasie, Israel Puerto gra bardzo solidnie, a Przemysław Płacheta jest w ścisłej czołówce najskuteczniejszych młodzieżowców. Zwłaszcza za pozyskanie Płachety należy docenić dyrektora sportowego Śląska - biło się o niego pół ligi (a może nawet i więcej), ale to wrocławianom udało się go przekonać. Wprawdzie musieli pójść na pewne ustępstwa, klauzula odstępnego jest dosyć niska (około 800 tysięcy euro), ale to i tak byłby spory zarobek klubu. Więcej w ostatnich dziesięciu latach udało się zarobić tylko na Waldemarze Sobocie.

***

Dariusz Sztylka bez dwóch zdań znacznie lepiej radzi sobie w roli dyrektora sportowego niż jego poprzednik, Adam Matysek. Ale nie jest to różnica kolosalna, jak mogłoby się wydawać. Jak widzimy wyżej, Sztylka przeprowadził tyle samo udanych co nieudanych transferów, a przy kilku kolejnych widnieje spory znak zapytania.

Broni go jednak obecna pozycja Śląska w lidze. Nie da się nie zauważyć, że to również jego zasługa. Sam zresztą mówił rok temu w wywiadzie dla nas, że w tym sezonie zespół będzie wyglądał już tak, jak sobie to wyobrażał z zarządem.

Wprowadził w zespole normalność, której brakowało za Matyska, głównie dzięki wysokiej komunikatywności i sprawnemu załatwianiu spraw kontraktowych. Udało się przedłużyć umowę z Gollą, lada chwila prolongatę powinien podpisać także Chrapek, rozwiązano również zawiłą sytuację z Piotrem Celebanem. Ważni zawodnicy raczej nie odchodzą za darmo, chyba że zbliżają się już do emerytury.

I to istotna kwestia, że Śląsk wreszcie zarabia na transferach. Klub nie skupia się już tylko na pozyskiwaniu zawodników z wolnego transferu, tylko jest w stanie wydać nawet kilkaset tysięcy złotych - w ten sposób do Wrocławia zawitali Cholewiak, Łabojko, Gąska, Musonda i Płacheta - ale i potrafi nieźle sprzedać, np. Jakuba Koseckiego do tureckiego drugoligowca za 300 tysięcy euro czy Jakuba Słowika do Japonii za 250 tysięcy euro.

Problem jednak w tym, że graczy z potencjałem sprzedażowym przynajmniej w okolicach miliona euro raczej w WKS-ie brakuje. Płacheta ma wpisaną klauzulę poniżej tej kwoty, więc odpada. A kto inny? Chyba tylko Łabojko, jeśli by się odpowiednio rozwinął, chyba że nagle z formą wystrzeli któryś z młodych zawodników.

Kiepsko bowiem Śląskowi idzie odmładzanie składu. O takiej potrzebie Sztylka mówił niejednokrotnie, lecz gdy patrzymy na wyjściowe jedenastki pod względem średniej wieku, to w poprzednim sezonie wrocławianie byli najstarsi, a teraz... jest tak samo. Tylko trener Lavicka spośród wszystkich innych szkoleniowców przez cały sezon wystawiał w podstawowym składzie zaledwie jednego młodzieżowca.

Podsumowując zatem, tragedii nie ma, ale z pewnością powodów do zachwytów również. Dariusz Sztylka z pewnością ma zadatki na bardzo dobrego dyrektora sportowego, ale na razie pod względem skuteczności daleko mu chociażby do Dariusza Adamczuka z Pogoni Szczecin. To oczywiście również kwestia kiepsko rozwiniętego działu skautingu, który w Śląsku liczy raptem dwie osoby, w Pogoni zaś sześć na stałe plus osoby wspomagające. Sporo jest do poprawy w tej materii, bo wtedy z pewnością WKS wskoczy na wyższy poziom.

***

Największy majstersztyk: Przemysław Płacheta

Największa wtopa: Farshad Ahmadzadeh

Największa nadzieja: Jakub Łabojko

Wierzymy, mimo kiepskiego startu: Guillermo Cotugno

WERDYKT (W SKALI 1-10): 5


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się