var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: PressFocus

Przychodzi piłkarz do Urzędu Pracy… Nie, to nie wstęp do kawału, a nowa norweska rzeczywistość

Autor: Aleksandra Sieczka
2020-03-31 12:00:39

Aż 9 z 16 klubów Eliteserien zdecydowało się na tak zwany permittering, czyli tymczasowe zwolnienie swoich zawodników, trenerów i pracowników administracyjnych. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nie wszystkim przysługuje zasiłek, a włodarze potrzebują pomocy prawnej, bo w tej dżentelmeńskiej umowie jest zbyt dużo niepokojących dziur.

Lojalność, solidarność i… bezrobocie 

Jak nie wiadomo o co chodzi, to… chodzi o pieniądze. I całkiem słusznie, bo kluby muszą sobie jakoś radzić, jeśli chcą przetrwać. Cały problem polega na tym, że absolutnie nikt nie był w stanie przewidzieć takiej sytuacji, więc nie było gotowego planu awaryjnego na wypadek zawieszenia rozgrywek. Dlatego każde rozwiązanie musi zostać dopasowane do obecnej rzeczywistości – nie odwrotnie. A to już nie takie łatwe, biorąc pod uwagę między innymi to, w jaki sposób skonstruowane są umowy piłkarzy w Eliteserien. 

Ale od początku. Na poranek 16 marca została zaplanowana telekonferencja dla wszystkich przedstawicieli drużyn z najwyższej klasy rozgrywkowej i reprezentantów Norsk Toppfotball (NTF), czyli organizacji zrzeszającej te wszystkie zespoły. Jak łatwo można się domyślić, głównym tematem było to, że cała liga znalazła się w trudnej sytuacji ekonomicznej. Tym samym postanowiono, że decyzje o tymczasowych zwolnieniach, czyli tzw. permitteringu, zostają odroczone na kilka dni. Było to o tyle istotne, że potrzebowano tego czasu, aby zbadać temat od strony prawnej. Przy okazji ustalono, że w nadchodzącym sezonie, jeśli oczywiście to możliwe, zaplanowane zostanie 30 spotkań, a do 31 marca zespoły nie będą mogły ze sobą trenować (teraz termin przedłużono do 15 kwietnia, wznowienie rozgrywek znacznie się oddala). 

Najważniejszy był jednak inny punkt. Dobitnie zaznaczono, że kluby muszą być „solidarne”, co w praktyce miało oznaczać, że nie będą podbierać sobie zawodników, jeśli dojdzie do cięć. I nie – nie był to przypadkowy punkt ku pokrzepieniu serc w tej trudniej sytuacji. 

Włodarze doskonale wiedzieli, że wraz z tymczasowymi zwolnieniami pojawią się spory prawne. Było to o tyle nieuniknione, że woleli się na starcie zabezpieczyć, odwołując się do jednej z najbardziej podstawowych wartości. – W norweskim futbolu panuje powszechna solidarność. Żyjemy w międzynarodowej społeczności, dlatego musimy zająć się jeszcze kwestią zagranicznych ekip. Ale w Norwegii jesteśmy nastawieni na solidarność. Wszyscy doskonale rozumieją, że musimy trzymać się razem – powiedział  Cato Haug, przewodniczący NTF, dla internetowej strony „TV2”.

Ostatecznie władze 9 z 16 drużyn zdecydowały się na tymczasowe zwolnienia swoich piłkarzy, trenerów i pracowników administracyjnych. Część ekip podeszła do tematu całościowo, część zdecydowała się „zatrzymać” bardziej wartościowych graczy. 

Nieprzystosowane umowy 

No i tutaj zaczęły się schody. Główny problem polegał na tym, że między klubami została zawarta „dżentelmeńska umowa”, że zespoły nie mogą sobie podbierać zawodników, którzy wylądowali na przymusowym „urlopie”. Co jednak znacznie bardziej istotne, nie zawarto w niej zapisu o tym, co się dzieje z piłkarzami po okresie 14 dni. Bo okazało się, że w teorii, ci zwolnieni z obowiązków gracze będą mogli zerwać umowę z pracodawcą właśnie po upływie dwóch tygodni. 

I tak naprawdę, na samym początku, był chaos. Nikt nie wiedział, czy ten zapis obowiązuje w przypadku piłkarskich kontraktów, czy jednak niekoniecznie. Według ustawy o środowisku pracy takie rozwiązanie byłoby jak najbardziej możliwe. 

Do tematu odniósł się prawnik, Ronny-V. van der Meij, który na co dzień działa w kancelarii Stray Vyrje & Co. Stwierdził, że norweskie kluby grają w ryzykowną grę, decydując się na tego typu zwolnienia. - Zgodnie z tą ustawą piłkarze zatrudnieni na podstawie umów na czas określony mogą zwolnić się, korzystając z 14-dniowego wypowiedzenia – oznajmił (cytowany przez „TV2”). Zwrócił uwagę, że interpretacja przedstawiana przez NTF (organizacja zakwalifikowała umowy piłkarskie do innego paragrafu ustawy o środowisku pracy) jest błędna z uwagi na to, że okres wypowiedzenia wynika bezpośrednio z prawa. – Nie ma żadnych podstaw, żeby traktować piłkarzy w inny sposób niż pozostałych pracowników. Wręcz przeciwnie. Bardzo często są zatrudnieni na podstawie umów na czas określony, z konkretnie zdefiniowanym okresem wypowiedzenia – kontynuował.

Zaznaczył, że przede wszystkim NTF powinna wyjść od pytania, czy kluby w ogóle mogą w ten sposób zwalniać z obowiązków (przyp. red. stosować „permittering”). – A jeśli już to robią, to gracze w świetle prawa są traktowani na równi z każdym innym pracownikiem – podsumował temat w tej samej rozmowie. Nic więc dziwnego, że w obliczu tak twardych argumentów, swoje trzy grosze dorzucił Norweski Centralny Związek Sportowców (NISO), wyrażając pełne wsparcie dla stwierdzenia adwokata. 

Próbowano wyjaśnić również kwestie tego, czy w przypadku odrzucenia ofert, piłkarzom grozi odebranie zasiłku wypłacanego przez Norweski Urząd Pracy i Opieki Społecznej (NAV). – W normalnych warunkach pracownik może odrzucić propozycję pracy, ale wówczas może się okazać, że nie spełnia warunków stawianych przez NAV. Jednak ze względu na to, że umowa nadal wiąże zawodnika, nie może zaakceptować nowej stałej pozycji – podkreśliła Sunniva Nising Sandvold z kancelarii adwokackiej Kluge. W praktyce oznacza to, że spokojnie mogą zbywać oferty innych klubów i nadal będą otrzymywać zasiłek. 

Propaganda strachu 

Chociaż „na papierze” to wszystko wygląda całkiem logicznie, to w praktyce pojawia się znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. Na norweskim portalu „VG” zwrócono uwagę, że proceder jest ryzykowny nie tylko dla klubów, które mogą stracić piłkarzy, ale również dla samych graczy. – Mogą wypowiedzieć umowę, jeśli jest wyraźna przyczyna. A to, czy „permittering” taką jest zależy od konkretnej sytuacji – adwokaci wyraźnie zaakcentowali, podkreślając możliwe konsekwencje prawne. 

Artykuł wywołał sporą burzę w mediach społecznościowych, bo piłkarze powoli zaczynali mieć dość, że z jednej strony mówi się o lojalności, a z drugiej bawi się w jakąś propagandę strachu. 

 

 

Jonatan Tollas Nation wymierzył krytykę w NTF, mówiąc, że to on w tej sytuacji jest zwolniony, on jest na zasiłku i takie sianie paniki zupełnie nie pomaga. – Punktem wyjścia miało być wzajemne zrozumienie, ale jak się siedzi na zasiłku, to ta chęć nie jest wcale taka silna – napisał na Twitterze.  W innym wpisie zwrócił uwagę, że kluby wydają mnóstwo kasy na adwokatów, żeby m.in. osłabić prawa swoich piłkarzy, a to przyczynia się do nielojalności. – To bardzo krótkowzroczne myślenie – nie szczędził mocnych słów.

Zresztą nie był odosobniony w swojej opinii. – Pozbawiasz ludzi podstawowego źródła dochodu, a jednocześnie straszysz ich, żeby nie szukali innej pracy. To nie ma w ogóle sensu – Frode Lia, m.in. trener Christiania Ballklubb, nie krył rozgoryczenia na łamach norweskiego „Aftenposten”. Odniósł się do tego, że w pierwszej chwili poszukiwano solidarności, a kiedy już przyszło co do czego, to zaczęto podsycać konflikty. – Zwłaszcza że pensje w Norwegii nie są wysokie. Jest mnóstwo młodzianów, którzy nie mieli przychodów. Poza nimi są obcokrajowcy, którym państwo opiekuńcze nie dało żadnych praw, a jednak oni mimo wszystko wspierają swoje rodziny za granicą – podsumował temat.

Student poza systemem 

Warto na chwilę zatrzymać się przy młodych zawodnikach, o których wspomniał Frode Lia. Okazuje się bowiem, że studentom, którzy są zatrudnieni przez kluby na część etatu, nie przysługuje zasiłek. Tym samym ich jedynym źródłem utrzymania są stypendia i pieniądze z Lanekassen, skąd wypłacana jest pożyczka na studia. – Wszystko co otrzymuje z Lanekassen przeznaczam na czynsz i rachunki – mówi Kristoffer Stava w rozmowie z „TV2”. Piłkarz na co dzień studiuje w Bergen (przyp. red. Hogskulen pa Vestlandet). Dlatego zdecydował się wrócić do rodzinnego Karmoy na ten czas – inaczej miałby spory kłopot, żeby wiązać koniec z końcem. 

„Wspaniałomyślnie” zdecydowano się wypłacić kwotę za resztę semestru z góry (łącznie z kwietniem), czyli 27 550 koron stypendium i dorzucić możliwość zaciągnięcia dodatkowych 26 tys. koron pożyczki. Nie oszukujmy się – nie są to duże sumy. Zwłaszcza że Kristoffer zdecydował się wynająć coś własnego ze względu na swoją karierę. – Byłoby mi trudno mieszkać w akademiku, ponieważ i sen, i posiłki są dla mnie bardzo ważne. Mam nadzieję, że nie stracę mieszkania w Bergen – mówi. 

Wszystko wskazuje na to, że sytuacja piłkarzy-studentów nie ulegnie zmianie, bowiem Henrik Asheim, minister szkolnictwa wyższego, zupełnie nie widzi w tym problemu. – Studenci to przede wszystkim studenci. Wypłaca im się co miesiąc stypendium, mają dostęp do darmowej edukacji, pomaga im się zdawać egzaminy. W porównaniu z bezrobotnymi mają dobre warunki – uciął temat na łamach tego samego portalu. 

Niebieska tłoka 

Na szczęście nie wszystko maluje się w takich ciemnych barwach. Dużo mówiło się o tym, że Stig Jakob Hanasand z chęcią zatrudniłby całą drużynę Viking FK na plantacji pomidorów, bo przez zamknięte granice, sezonowi pracownicy z Ukrainy i Polski nie dadzą rady dotrzeć. Ale to bynajmniej nie jest jedyna „oferta”, jaką otrzymali gracze poszczególnych klubów. 

 

 

W drużynie Stabaek IF zdecydowano się na nieco inne rozwiązanie tematu tymczasowo zwolnionych zawodniczek i zawodników. Bowiem zamiast „permitteringu”, przeprowadzana jest bowiem „Operacja Niebieska Tłoka” (przyp. red. blaa dugnad; tłoka – pomoc sąsiedzka na wsi). -  Prosimy ludzi o przekazanie pieniędzy na zakup żywności. Mogą wyznaczyć osobę, która szczególnie potrzebuje wsparcia, a jeśli tego nie zrobią, to sami taką znajdujemy. Później nasi podopieczni rozwożą te posiłki po okolicy. Społeczność jest w wielkim kryzysie. Wiele osób jest w kwarantannie, a my nie możemy trenować. Dlatego zastanawialiśmy się, co możemy zrobić, żeby piłkarze nadal byli normalnie zatrudnieni, a ludzie na tym zyskali – tłumaczy w wywiadzie dla „TV2” szczytną inicjatywę dyrektor klubu, Jon Tunold.  W ten sposób między innymi Emil Bohinen i Melissa Bjanesoy regularnie wcielają się w rolę dostawców. – Są ludzie, dla których wyjście teraz z domu jest śmiertelnie niebezpieczne. Musimy im pomóc – dodaje Emil, nie kryjąc entuzjazmu. 

 

 

(„Gdy wiele klubów z najwyższej klasy rozgrywkowej decyduje się wysłać piłkarzy na tymczasowe bezrobocie, Stabaek decyduje się służyć społeczeństwu. Dzisiaj zaczynamy”)

Stabaek IF nie jest odosobniony w swoich działaniach. Lars Arne Nilsen, który na co dzień trenuje SK Brann ogłosił, że jeżeli będzie taka potrzeba, zgłosi się do pomocy w szpitalu. – Jestem starym pielęgniarzem i chociaż trochę zardzewiałem, to mogę pomóc. Akurat i tak nie mam nic do roboty. Ale coś czuję, że sytuacja musiałaby być cholernie kryzysowa, żeby mnie wzięli – stwierdził z pełnym przekonaniem w jednej z rozmów, które ukazały się na łamach „TV2”. Mimo że minęło wiele, wiele lat odkąd pracował w zawodzie, to w razie potrzeby jest gotowy do niego wrócić.

 

 

Pół żartem, pół serio, trochę innego zdania jest nowy szkoleniowiec Valerengi, Dag-Eilev Fagermo, który twierdzi, że roboty jest mnóstwo. Bo chociaż też wylądował na przymusowym zwolnieniu, to nie zamierza odpuszczać swoim podopiecznym. – Nie jestem w stu procentach zwolniony z obowiązków. Bo to nie jest tak, że teraz mam leżeć i nic nie robić. Mam zobowiązania wobec klubu – powiedział dla „TV2”. Dlatego organizuje treningi przez telefon i internet, starając się w ten sposób motywować swoich nowych podopiecznych. 

Każdy szuka swojego własnego sposobu, żeby jakoś odnaleźć się w nowej trudnej rzeczywistości i jednocześnie zachować pozory normalności. I chociaż zadanie nie należy do najprostszych, to norwescy piłkarze i trenerzy wykazują się nie lada kreatywnością. Nawet jeśli po drodze napotykają sporo przeciwności losu, a rozwiązania zaproponowane przez władze nie są idealne. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się