var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Rafał Oleksiewicz / Press Focus

Zapomniane zjawisko – trener Legii przetrwał rok. To nie jedyny sukces Vuko

Autor: Maciej Golec
2020-04-04 21:25:00

Kiedy okazało się, że do końca sezonu 2018/19 schedę po zwolnionym Ricardo Sa Pinto obejmie Aleksandar Vuković, cały ekstraklasowy internet pochłonęła szydera, a kibiców Legii śmiech przez łzy. Serb co prawda potknął się i nie zdobył mistrzostwa, ale minął rok i śmiało możemy powiedzieć, że z kurzu zdążył się otrzepać.

Trzeba pamiętać, że rok to w Legii szmat czasu. Niejeden były trener chciałby tyle czasu w stołecznym klubie popracować, a ostatnim takim szczęśliwcem był Henning Berg, który z Warszawy wyjechał 4,5 roku temu. Po nim już nikt na stałe do gustu właścicielom Legii nie przypadł i znamienne, że akurat człowiek emocjonalnie związany z Legią, mimo ubiegłosezonowej porażki, stał się w oczach Dariusza Mioduskiego nietykalny.

Mamy wrażenie, że gdyby w rolę strażaka wówczas wcielił się ktoś z zewnątrz i wykręcił taki sam wynik, to już dawno by go w klubie nie było. Łatwiej powiedzieć w mediach, że przypadkowy Chorwat czy Portugalczyk ma kredyt zaufania i za chwilę go zwolnić, natomiast trudniej skompromitować w ten sposób zarówno siebie od strony decyzyjnej, jak i osobę, która w przeszłości wiele dla klubu zrobiła. 

Decyzja o przedłużeniu kontraktu z Aleksandarem Vukoviciem na dziś, mimo że dla wielu kontrowersyjna, jest rozpatrywana jako słuszna, będąca wreszcie strzałem w dziesiątkę. Pamiętamy jednak, że na początku sezonu ironiczne licytacje, kiedy Serb straci pracę, były na porządku dziennym. W sierpniu? A może we wrześniu? No, jak do października wytrzyma to będzie sukces! I wytrzymał. Ponad rok.

 

 

Choć pierwsze miesiące wcale tego nie zwiastowały. Vuković odziedziczył po Sa Pinto elektrycznych piłkarzy nie przejawiających za bardzo chęci do gry, już nie mówiąc nawet o jakiejkolwiek kreatywności, którą trener powinien w nich wszczepić dużo wcześniej. Odziedziczył również chorwacką watahę, która została po poprzednikach oraz zaciąg portugalski Pinto. Brak mistrzostwa był tylko zwieńczeniem ciągłych błędnych decyzji zarządu i trenerów – w tym też Vukovicia. Do dziś się zastanawiamy dlaczego na szpicy z Jagiellonią zagrał Hamalainen, a nie Carlitos, dlaczego pompowany był Luis Rocha, a Sebastian Szymański w pewnym momencie nie usiadł na ławce. 

Kilka sytuacji z Aleksandarem Vukoviciem szczególnie wryło nam się w pamięć nie dlatego, że Legia wygrała czy przegrała jeden albo drugi mecz. Najwięcej się działo poza boiskiem. Po pierwsze – konferencja po ostatnim meczu sezonu z Zagłębiem, kiedy padły słynne słowa: „W Legii trzeba zapierdalać” i po drugie – konflikt z Carlitosem, który przełożył się na jego odejście, odpadnięcie z europejskich pucharów i falę niezadowolenia wśród obserwatorów i kibiców Legii. Vukovicia postrzegano wówczas jako szaleńca, który nie rozumie zasad piłki nożnej. Który chce być na siłę kontrowersyjny i udowadniać wszystkim, że ma rację, mimo że udowadniano mu co chwilę, że ze zdrowym rozsądkiem to on co najwyżej minął się na przystanku autobusowym. 

Czy celem był zarobek na Sandro Kulenoviciu? Najprawdopodobniej tak. Czy był opłacalny? Pewnie nie, bo już sam awans do europejskich pucharów byłby solidnym zastrzykiem finansowym dla klubu, który przez pasywną ofensywę, z której Legia słynęła w tamtym momencie, tę szansę skutecznie zaprzepaścił. Vuković mógł w Glasgow postawić na Niezgodę bądź Carlitosa zamiast od dłuższego czasu robić krzywdę Kulenoviciowi. A jego tak czy siak pewnie by sprzedano. Wątpimy, że skauci Dinama Zagrzeb akurat na meczach el. LE zapisali w notesie: „o, tego to warto obserwować, umie się zastawić”.   

Na Legię Vukovicia do pewnego momentu nie dało się patrzeć. Jej meczów w europejskich pucharach nie można było nazwać nawet ucztą dla koneserów, a raczej masochistów, czego szczytem było spotkanie z fińskim KuPS okraszone drżeniem o zachowanie bezbramkowego remisu do samego końca. Nie było w drużynie jedności i polotu. Novikovas zapadł w białostocki sen, Nagy był cieniem samego siebie, a linia obrony z tygodnia na tydzień się zmieniała. Można było odnieść wrażenie, że każdy kolejny mecz oznaczał operację trenera Vukovicia na otwartym organizmie i podejście na zasadzie, że może tym razem się uda. 

Ale żeby być sprawiedliwym trzeba oddać też plusy, których wcale nie brakuje. Odważne ruchy trenera pozwoliły latem nieco oczyścić szatnie. Odszedł Kucharczyk, Radović, Malarz, Hlousek, do Piasta wrócił Tomasz Jodłowiec, więc ludzie z Legią związani nie od wczoraj i ludzie, których nie każdy miałby odwagę pożegnać ot tak. Vuković nie miał wątpliwości, że na niektórych przyszedł już czas i po czasie okazało się, że przyszło godne zastępstwo. I co ważne – nie ściągane na ślepo. Lewczuk? Solidny, sprawdzony stoper z przeszłością w Legii. Wszołek? Zagraniczna okazja upolowana za darmo. Novikovas? Jeden z lepszych piłkarzy ligi, który po czasie zaczął pokazywać pełnię swoich możliwości. I tak moglibyśmy wymieniać, faktem jest, że, mimo kilku pudeł typu Obradović, za trenera Vukovicia polityka transferowa wicemistrzów Polski zmieniła się z koleżeńskiej w racjonalną.

Paradoksalnie, braki w składzie, które trzeba było zapełnić, przyczyniły się do tego, że zdolna młodzież spoza mainstreamu zaczęła dobijać do drzwi pierwszego zespołu. Przecież Michał Karbownik nominalnie jest środkowym pomocnikiem, a na lewą obronę, wobec dziadostwa Luisa Rochy, wszedł z marszu i już raczej nikt go stamtąd przed transferem nie wygryzie. Maciej Rosołek, będąc jedynym napastnikiem na ławce, po wejściu na plac zapewnił Legii zwycięstwo w meczu z Lechem, który stanowił punkt zwrotny obecnego sezonu. Od tego momentu podopieczni trenera Vukovicia przegrali tylko trzy mecze ligowe, walcowali rywali na swoim boisku aż miło i udowodnili, że mistrzostwa w tym sezonie oddawać nikomu nie zamierzają. 

Pomimo początkowych śmieszków, że Vuković skład na mecze losuje z kapelusza, przekonaliśmy się, na przykład przesuwając Luquinhasa na „10” czy wystawiając wspomnianego Karbownika na lewą obronę, że miał w głowie coś więcej niż mieszanie dla samego mieszania. Zadziałało i zaowocowało dla każdej ze stron. Brazylijczyk jest w gronie zawodników z największą liczbą asyst w tym sezonie (6), zdobył 4 bramki, a Karbownik już jest na celowniku zagranicznych klubów i tylko kwestią czasu jest jego odejście za poważne pieniądze.

8 wygranych meczów z rzędu u siebie (passa przerwana przez Piasta) robi wrażenie, tym bardziej, że w ciągu ostatnich 16 lat podobna seria przytrafiała się Legii tylko trzykrotnie. Do tego strzelonych 58 goli (prawie dwa razy więcej niż drugi Piast) i osiem oczek przewagi nad goniącym peletonem na 11 kolejek przed końcem sezonu. Gdyby nie pandemia koronawirusa, za tydzień kończylibyśmy rundę zasadniczą i z dużym prawdopodobieństwem wicemistrzowie Polski byliby na dobrej drodze do wywalczenia trofeum. Tym razem śmieszkować z Vukovicia nie wypada, bo po roku pracy można śmiało mówić, że obecna Legia to jego mniej lub bardziej, ale jednak autorski projekt, który po dłuższym czasie wypalił i sportowo ma się całkiem dobrze. Zobaczymy co przyniesie nowe rozdanie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się