var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Isa Saiz / Cordon Press / PressFocus

Tego dnia w futbolu… urodziny obchodzi wielki napastnik, który nie potrafił wyjść z cienia innych

Autor: Paweł Łopienski
2020-04-05 18:02:26

Fernando Morientes – tego pana nie trzeba przedstawiać żadnemu sympatykowi hiszpańskiego futbolu. 272 występy w Realu Madryt to coś, o czym marzy wielu piłkarzy na całym świecie. Do tego ponad 100 meczów w Valencii, a także gra w Liverpoolu i AS Monaco. A co najważniejsze, aż trzy triumfy w Lidze Mistrzów. Obchodzący dziś swoje 44. urodziny jest zadowolony ze swojej piłkarskiej kariery. Nic w tym dziwnego. Problem w tym, że często pozostawał w cieniu innych wielkich graczy.

Jak nie Raul czy Ronaldo, to David Villa. Fernando Morientes łatwego życia w swoich klubach nie miał. Z pewnością swego czasu moglibyśmy sklasyfikować tego piłkarza w gronie najbardziej niedocenianych napastników na świecie. Swoją karierę rozpoczynał w Albacete, w barwach którego zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w wieku 17 lat. Pięć goli w 20 występach sprawiło, że szybko zainteresował się nim Real Saragossa, gdzie w sezonie 1995/96 zadebiutował w Pucharze Zdobywców Pucharów.

28 bramek zdobyte przez dwa sezony w barwach tego zespołu spowodowały, że piłkarzem szybko zaczął interesować się Real Madryt. Morientes został przez niego kupiony latem 1997 roku. Miał 21 lat, a na swoim koncie ponad 30 trafień w La Liga. W wielkim zespole prowadzonym przez Juppa Heynckesa czekało go zdecydowanie trudniejsze zadanie niż w poprzednich klubach. W barwach „Los Blancos” powinien grać rzadziej i nie ma się co dziwić – o wyjściowy skład początkowo walczył przecież z Raulem, Predragiem Mijatoviciem czy Davorem Sukerem. Pomimo tego udało mu się zagrać w 33 meczach, w których zdobył 12 bramek, a wysoką formę strzelecką pokazywał do 2002 roku.

Już w pierwszym sezonie zdobył pierwszą w swojej karierze Ligę Mistrzów. Real Madryt rywalizował na Amsterdam Arena z Juventusem, a Hiszpan wyszedł w wyjściowej jedenastce. Co prawda gola nie strzelił, ale szybko potwierdził, że jest piłkarzem gotowym do gry na najwyższym możliwym poziomie i zmiana otoczenia nie wpłynęla na jego dyspozycję. 

Niewielu piłkarzy może powiedzieć o sobie, że zagrało w aż czterech finałach Ligi Mistrzów. Morientes musiał poczekać zaledwie dwa lata, aby cieszyć się z gola w decydującycm spotkaniu o to trofeum. Wtedy na paryskim Stade de France otworzył rezultat spotkania z Valencią, a Real wygrał wówczas 3:0. Kolejne dwa lata i kolejny triumf. Znowu od pierwszego składu i znowu zwycięstwo. Tym razem 2:1 z Bayerem Leverkusem. I choć tym razem nie udało się dołożyć od siebie cegiełki w finale, to nieokazana wydawała się jego praca na dobro całej drużyny. Pomimo niższego wzrostu był bardzo zwinny, umiejętnie poruszał się na boisku i miał nosa w polu karnym. Był częścią jednego z najwspanialszych okresów w historii Realu Madryt. Choć pomimo wszystkich sukcesów, można by powiedzieć, że był w cieniu innych wielkich napastników. 

W ekipie „Królewskich” jako pierwsi do głowy przychodzą Raul oraz Ronaldo. Po tym jak w sezonie 2003/04 wystąpił w zaledwie 19 spotkaniach na wszystkich czterech frontach, klub zdecydował się wypożyczyć go do AS Monaco. I co ciekawe, w barwach francuskiej ekipy pokonał Hiszpanów w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, zdobywając bramkę i notując asystę (Monaco zakończyło swój udział w finale, przegrywając z FC Porto). Tamten sezon zakończył także jako najlepszy strzelec (z dorobkiem dziewięciu goli) i najlepszy napastnik Champions League. Wybrano go również do drużyny sezonu francuskiej Ligue 1, której został triumfatorem.

Po powrocie z wypożyczenia szybko okazało się, że miejsca dla niego w Realu nie będzie, tym bardziej, że madrytczycy za 12 milionów euro ściągnęli Michaela Owena z Liverpoolu. Ten sam kierunek obrał też Morientes, który przez dwa sezony w Premier League może nie grał najbardziej regularnie, ale też trudno było mówić, że nie był pożyteczny. W „The Reds” nie miał takich rywali do gry w wyjściowym składzie, dlatego też mógł być bardziej szczęśliwy ze swojej pozycji w zespole. Po dwóch latach przyszedł jednak czas na rozstanie i powrót do Hiszpanii, a konkretnie do Valencii. 

I tutaj znowu musiał mierzyć się z drugoplanową rolą. Co prawda w pierwszym sezonie trafił 12 razy do siatki rywala, ale co z tego, skoro lepiej prezentował się pięć lat od niego młodszy, David Villa. Przez kolejne długie miesiące tak właśnie wygląda sytuacja napastników w drużynie prowadzonej przez Quique Sancheza Floresa, Ronalda Koemana i Unaia Emery’ego. Z czasem rywalizacja między tymi zawodnikami przestała po prostu istnieć, gdy Fernando musiał mierzyć się z coraz większą liczbą urazów. W zespole tego ostatniego trenera Morientes trafił do siatki tylko raz (w 20 meczach), podczas gdy Villa jego młodszy rodak szalał na boiskach La Liga i strzelił w jednym sezonie aż 28 goli.

- Jestem szczęśliwy ze swojej profesjonalnej kariery. Spełniłem chłopięce marzenia – przekonywał Fernando Morientes w 2017 roku, gdy odwiedził redakcję „Przeglądu Sportowego”.

Hiszpański napastnik swoich sił spróbował również w Olympique’u Marsylia, ale tam również nie wypadł najlepiej. 33 spotkania, ale tylko 12 od pierwszej minuty i jedna jedyna bramka zdobyta w przegranym meczu z Valenciennes. Po tym epizodzie zawiesił buty na kołku, pomimo wielu ofert, w tym z Polski. Trzy lata temu śmiał się, że jego jedynym niespełnionym marzeniem było trafienie do Legii Warszawa. Takie plotki pojawiły się po jego odejściu z francuskiego zespołu. Aktualny wicemistrz Polski złożył wówczas za niego ofertę, ale piłkarz jej nie przyjął. Jak tłumaczył na łamach sport.pl, transfer był niemożliwy, bo chciał odpocząć psychicznie od futbolu. Gdyby jednak zdecydował się na przenosiny nad Wisłę, byłby to najbardziej spektakularny transfer w historii Ekstraklasy.

Morientes wystąpił w 47 spotkaniach reprezentacji, w których zdobył 27 bramek. Trudno jednak mówić, aby czas ten był dla niego udanych. Grał w utalentowanej drużynie, lecz ta nie potrafiła niczego osiągnąć na prestiżowych turniejach. Mundial 1998? Olbrzymie rozczarowanie i nie wyjście z grupy złożonej z Nigerii, Paragwaju i Bułgarii. Cztery lata później pamiętna porażka w ćwierćfinale z Koreą Południową. Wtedy to Morientes strzelił gola w dogrywce, ale ta z niewytłumaczalnych powodów została anulowana na korzyść gospodarzy turnieju. Myślicie, że lepiej było w mistrzostwach Europy? Otóż nie. Na turniej w 2000 napastnik się nie załapał, z kolei cztery lata później strzelił gola, ale kadra odpadła już w fazie grupowej, gdy nie potrafiła znaleźć sposobu na pokonanie Portugalii i Grecji. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się