var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Piotr Matusewicz / PressFocus

Zaskakujący reprezentant Polski: Legenda Ekstraklasy bez szczęścia w kadrze

Autor: Marcin Łopienski
2020-04-17 17:00:55

Kojarzony głównie ze swojej gry w Górniku Łęczna i z łatwości do zdobywania przepięknych bramek. A przecież Grzegorz Bonin bardzo szybko zadebiutował w reprezentacji Polski!

Niektórym może się to wydawać nieprawdopodobne, ale Grzegorz Bonin nie tylko był jednym z ulubionych zawodników Wojciecha Jagody, nie tylko potrafił jakby od niechcenia zdobywać naprawdę fenomenalne bramki (najlepsze 10 goli skrzydłowego znajdziecie na filmie w dalszej części tekstu), ale również zagrał w narodowej reprezentacji. 

Pierwszy i jedyny występ w biało-czerwonych barwach zanotował naprawdę dawno temu, na samym początku swojej piłkarskiej kariery. Był rok 2006, jego drugi sezon w barwach kieleckiej Korony, a urodzony w Tczewie skrzydłowy wyróżniał się w ówczesnej drużynie Ryszarda Wieczorka. Dla tych, którzy nie pamiętają, kielczanie zajęli wówczas piąte miejsce w tabeli, królem strzelców został rewelacyjny wówczas Grzegorz Piechna, a w tamtym zespole wyróżniał się właśnie Bonin. 

Nie bez powodu wspominamy przy tej okazji słynnego „Kiełbasę”, bo bohater tego tekstu podzielił los swojego kolegi. Najlepszy napastnik sezonu 2005/06 otrzymał od Pawła Janasa 45 minut w towarzyskim spotkaniu z Estonią i w tym czasie zdobył bramkę. 36-latek też dostał jedną połówkę, poradził sobie gorzej, ale podzielił los kolegi i na mistrzostwa świata nie pojechał. 

Piłkarz aktualnie grający w Lubliniance miał jednak jeden znaczący atut: wiek. W 2006 roku był po swoim pierwszym udanym sezonie, a w kolejnych latach potwierdzał swoje umiejętności w Kielcach i dwukrotnie w Górniku Zabrze. Po dobrym początku w drużynie 14-krotnych mistrzów Polski jesienią 2010 roku został ponownie powołany do reprezentacji Polski Franciszka Smudy. 

W tej sytuacji znowu nie możemy mówić o pięknej historii. Bonin bowiem po czterech latach ponownie przyjechał na kadrę, miał to być dla niego wyjazd marzeń, który dodatkowo wzbogaciłby jego piłkarskie CV, a zakończyło się jednym wielkim wkurwieniem. Jesienią 2010 roku biało-czerwoni odbywali małe tournée, rozgrywając podczas niego mecze z USA i Ekwadorem. Ówczesny gracz Górnika, podobnie jak Grzegorz Sandomierski, nie zagrał nawet minuty, a po powrocie do kraju nie ukrywał złości. 

- Jestem zawiedziony. Nie czuję się gorszy od tych, którzy grali. Skoro zostałem powołany, to myślałem, że w którymś z meczów, choćby na kilka minut wybiegnę na boisko. Przez cały obóz Franciszek Smuda nie znalazł czasu, by ze mną pogadać. Dopiero po meczu z Ekwadorem powiedział, żebym dalej starał się w lidze – powiedział dla „Super Expressu”. 

Po latach w rozmowie z tygodnikiem „Piłka Nożna” przyznawał, że jego powołanie było pokłosiem nacisków dziennikarzy, którzy doceniali wysoką formę Bonina. Inne zdanie miał Smuda, a prawdziwe zamiary szkoleniowca zawodnik odszyfrował już na treningach. - Skoro już pojechałem na to zgrupowanie, powinienem był dostać szansę w mniejszym czy większym wymiarze. Widziałem po treningach jak to wszystko wyglądało...

W kadrze byłego trenera Widzewa i Lecha od początku nic nie wyglądało tak jak powinno. Moment ostatniego zgrupowania Bonina ściśle łączy się z aferą samolotową Artura Boruca i Michała Żewłakowa, którą w tym samym wywiadzie dla „PN” inaczej tłumaczył skrzydłowy: - Byłem zdziwiony, że wokół tej sprawy zrobiła się taka afera. Lecieliśmy francuskimi liniami, więc siłą rzeczy wino do posiłków było podawane, ale ciężko nawalić się trzema małymi winkami w dziesięć godzin. Nic się nie działo, Boruc i Żewłakow niczego złego nie zrobili. A miałem dość dobry pogląd na sytuację, gdyż w samolocie siedziałem rząd za nimi.

Dużo wokół tamtej reprezentacji i samego trenera Smudy się pisało i mówiło, ale katastrofalny wynik na EURO 2012 pokazał, że był to typowy temat zastępczy dla przykrycia rzeczywistych kompetencji selekcjonera. Bonin z tamtego towarzystwa szybko wypadł, ale nie można powiedzieć, że przepadł. Swoje miejsce na ziemi znalazł w Łęcznej, gdzie przez cztery sezony zasłużył na miano jej najlepszego zawodnika. 

33 bramki i 23 asysty w sumie w 167 meczach to naprawdę bardzo dobry wynik. Wisienką na torcie są wszystkie fenomenalne gole, za które jego byli koledzy z zespołu nazywają go „legendą”. 

- Legenda. Bez końca! (śmiech) Przepiękne bramki strzelał. Zresztą strzelał dużo, bardzo dużo ładnych bramek, pomimo tego, że miał rozmiar buta 47 i nogi jak szczudła – mówił Przemysław Pitry w niedawnej rozmowie z weszlo.com.

Zresztą Bonin jest nią nie tylko w swoim środowisku. Przecież w historii Ekstraklasy również zapisał się kolorowymi zgłoskami.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się