var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Krzysztof Porebski / PressFocus

Rafał Kędzior dla 2x45: Agenci to największe zło polskiej piłki? Bzdura, my jesteśmy niedoceniani!

Autor: rozmawiał Marcin Łopienski
2020-04-26 15:31:58

Kiedyś dziennikarz Orange Sport, rzecznik prasowy Górnika Zabrze i szef marketingu w GKS-ie Katowice. Aktualnie od ponad 2 lat pracownik agencji FairSport International. Z Rafałem Kędziorem porozmawialiśmy m.in. o tym jak przerwa w rozgrywkach wpłynie na kluby i piłkarzy, o tym jak wygląda praca agenta oraz dlaczego nie widzi on siebie w roli prezesa. Zapraszamy!

Zacznę nietypowo: wiesz jakie jest teraz najpopularniejsze pytanie dziennikarzy sportowych? 

Nie wiem, o zdrowie? 

To też, chodziło mi o Netfliksa, o którego każdy pyta. Ja jednak nie o czasie wolnym, a o pracy: dużo masz teraz obowiązków? 

Zdecydowanie mniej niż wcześniej. Nie chciałeś pytać o czas wolny, ale naturalnie jest go teraz więcej, a my w agencji robimy wszystko, abyśmy byli jak najlepiej przygotowani do czasu, jak to wszystko wróci do normy. 

To czym się teraz zajmujesz?

Na pewno jest to bardzo dobry czas do nadrobienia zaległości. Można zatem zabrać się za rzeczy, które wcześniej nie były pilne i czekały na wolniejszy moment. Teraz taki czas nadszedł. 

Jakie to tematy? 

Chociażby kwestie wizerunkowe, marketingowe, do tego dochodzą również wszystkie materiały, które można przygotować wcześniej. U nas w agencji zawsze odkładaliśmy to na czas po okienku transferowym, ale rzeczywistość jest taka, że po jednym oknie za chwilę przychodzi kolejne do którego trzeba się przygotować.

A co jeszcze robicie w tym czasie? Bo spraw na pewno jest więcej niż tylko otworzenie zaległych tematów. 

Na pewno nie możemy robić tego, na czym zawsze opierała się nasza praca pomiędzy okienkami, czyli obserwacja zawodników oraz doglądanie tego jak prezentują się piłkarze, których my aktualnie reprezentujemy. Jest natomiast cały czas doglądanie kontraktów i analiza tego, co może się wydarzyć po otwarciu letniego okna transferowego.

A kontakt z zawodnikami?

Oczywiście, to kolejna część naszej pracy. Jesteśmy ciągle na łączach z naszymi piłkarzami, tak aby być na bieżąco z ich sytuacją. Służy to nie tylko monitorowaniu sytuacji zawodników, ale również daje nam wiedzę, jak to wygląda w różnych klubach. 

A w kwestii przyszłych transferów? 

Na pewno też sporo rozmów i to nie tylko z piłkarzami, ale również osobami odpowiadającymi w klubach za transfery, bo już teraz robiliśmy jakieś przymiarki pod letnie okienko i będziemy musieli to zmodyfikować przez sytuację z koronawirusem. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jest to jakaś gorąca linia.

Muszę dopytać, czy jakiś ciekawy transfer wam się wysypał?

Nie.

Dobrze, skoro wspomniałeś przed chwilą o rozmowach z piłkarzami i monitorowaniem sytuacji. Jak piłkarze reagowali na zawieszenie rozgrywek i zamieszanie z obniżeniem zarobków?

Nazwę to jednym słowem: niepewność. Pomijając na chwilę kwestie piłkarzy i ich pensji, to każdy kto otrzymuje wynagrodzenie za swoją pracę nie lubi jak mu się je obcina. I tak samo reagują na to piłkarze. Myślę, że ten czas będzie taką weryfikacją tego, jak ktoś podchodzi do życia. 

W tym sensie: kto ile zaoszczędził, a kto żył z dnia na dzień? 

Tak, chociaż musimy pamiętać, że część piłkarzy sporo swoich pieniędzy inwestuje i to nie jest tak, że co miesiąc zostaje im 100 proc. pensji. Nie dziwi mnie zatem, że starają się o jak najwięcej dla siebie i stawiają wiele pytań. Problem w tym, że każdy z nas nie wie, co będzie za miesiąc, dwa czy trzy. 

Chociaż powoli coś rusza, pojawiła się informacja o możliwym wznowieniu rozgrywek pod koniec maja. 

Tak i tutaj nasi piłkarze sporo mówią nam o sytuacji w ich klubach. Przykładowo Maciej Ambrosiewicz chwalił organizację w Wiśle Płock, gdzie wszystko jest wzorowo poukładane. A w kwestii tego maja, to dopóki nie będzie konkretu w postaci oficjalnej informacji, to tych pytań będzie sporo. Zarówno do Ekstraklasy o formę dokończenia rozgrywek, nie ominiemy tematu finansowego, bo to wszystko się ze sobą łączy. 

Wierzysz w chęć klubów odnośnie dokończenia ligi? 

Traktowałbym to jako obowiązek, bo przecież kluby dostaną pieniądze od sponsorów, od telewizji, tylko w sytuacji dokończenia rozgrywek. Jeśli tych, niemałych przecież, kwot zabrakłoby w ich budżetach, to dla wielu z nich zakończyłoby się to katastrofą. 

W kwestii finansów piłkarzy kontrowersyjny pomysł zaproponował prezes szkółki Escola Varsovia, który w tym okresie wstrzymania rozgrywek nie płaciłby piłkarzom Ekstraklasy powyżej wynagrodzenia na poziomie średniej krajowej, bo oni powinni te kilka miesięcy bez problemu przeżyć. 

Odrobinę się zgadzam z tą końcówką, ale nie chcę też mówić tutaj, co ktoś powinien robić ze swoimi pieniędzmi, bo naturalnym jest, że ten kto więcej ich zarabia, ten więcej wydaje. Ładnie to brzmi i fajne jest doradzać komuś w kwestii czyiś pieniędzy. 

To prawda, fakty są jednak takie, że piłkarze nie grają i zrobił się z tego głośny temat. 

Jasne, ale to nie jest jedyny moment, kiedy piłkarze nie grają. Jest przecież przerwa zimowa, kiedy rozgrywki również stoją, a pensje są wypłacane. U nas inaczej to wygląda w porównaniu do Turcji, gdzie płaci się tylko przez 10 miesięcy. Niemniej jednak nie chciałbym tutaj teraz wcielać się w rolę doradcy finansowego. Każdy z nas powinien mieć jakieś oszczędności, piłkarze również, ale musimy brać pod uwagę, że zawodnicy są na różnych etapach kariery, jedni te oszczędności mają, drudzy nie. Jedni wydają na głupoty, drudzy inwestują. Dlatego jednych kryzys dopadnie mocniej, innych mniej. 

A powiedz, ty widzisz zrozumienie dwóch stron barykady? Prezesów i zawodników?

Na pewno jest to konflikt interesów, dokładnie tak jak podczas podpisywania kontraktu. Jedna strona walczy o to, żeby zatrudnić piłkarza za jak najniższą kwotę, a druga chce przyjść do klubu i zarabiać maksymalnie tyle ile się da. 

Dziwi cię ten lament prezesów klubów Ekstraklasy? Odnośnie braku pieniędzy?

Nie dziwi, bo narzekanie mamy we krwi. Tutaj analogicznie jak w przypadku każdego z nas, w tym piłkarzy, można większość zysków po prostu przejeść, a można odkładać, czy inwestować.

Nie sądzisz, że koronawirus i wszystkie jego konsekwencje obnażyły polski futbol i zarządzanie klubami Ekstraklasy?

Nie chcę tutaj potwierdzać Twojej tezy i mam nadzieję, że rozumiesz dlaczego, ale na pewno nie wszystko jest tak jak powinno i chcielibyśmy żeby było. Nie wszystko jest oparte na zdrowych zasadach, ale nie pytaj o konkretny klub, bo odpowiem „pomidor”.

Możemy zatem mieć nadzieję, że ten kryzys przyczyni się do zmian na lepsze w polskiej piłce? 

Może ta sytuacja otworzy oczy prezesom klubów i ich zarządom na to, gdzie tkwią rezerwy. Być może ci ludzie wyciągną wnioski co było złe i jak na taki kryzys przygotować się w przyszłości, ale ani od ciebie, ani ode mnie to nie zależy. 

Na Słowacji, gdzie ponoć lepiej zarządzają klubami, Zilina przechodzi w stan likwidacji. 

Nie, to nie jest do końca tak, jak pisały polskie media. Josef Antosik, który działa w piłce od lat i zrobił z Ziliny klub oparty na jednej z najlepszych akademii w tej części Europy, stara się minimalizować straty spowodowane przerwą w rozgrywkach i chce mieć to wszystko pod kontrolą. 

Czyli Zilina nie upada? 

W żadnym wypadku. Właściciel minimalizuje straty.

A skąd u ciebie zainteresowanie ligą słowacką? 

Na pewno w pewnym sensie ma to związek z głównym obszarem działań naszej agencji, ale nie ukrywam, że już wcześniej śledziłem chociażby wyniki Ziliny. W związku z tym, że mieszkam na Śląsku to z racji położenia geograficznego było mi bliżej do tej wielkiej piłki. Zwłaszcza jak Zilina występowała w Lidze Mistrzów, a przecież znajomość gwary śląskiej ułatwia zrozumienie języka czeskiego i słowackiego. 

Większa normalność w tych ligach również przyciągała? Chociażby w stawianiu na rodzimych piłkarzy?

Wiem do czego pijesz, ale znajomość tych realiów oraz odniesienie do naszych polskich warunków pojawiło się już po rozpoczęciu pracy w agencji. I oczywiście twoje spostrzeżenia są słuszne, ale też nie możemy generalizować. W niektórych klubach niższych lig słowackich widać gorszą infrastrukturę, gorsze opakowanie medialne itd. itd. 

A poziom?

No właśnie do tego zmierzałem, że po wnikliwej analizie drużyn i zawodników można dojść do wniosku, że poziom piłkarzy, sposób gry drużyn i metody szkolenia tych klubów słowackich jest na wysokim poziomie. 

Wyższym niż w Ekstraklasie? 

Nie chcę porównywać, ale na pewno jeśli oddzieli się stadiony i opakowanie medialne, to liga słowacka jest bardzo ciekawa do obserwacji. 

Jak duże różnice są w tym opakowaniu? 

No chociażby takie, że na meczach czołowych klubów słowackich przychodzi 800 kibiców, a stadiony… Jeśli miałbym je klasyfikować do tych w Ekstraklasie, to pewnie byłaby to jakaś II lub III liga. 

Spora różnica, a czym charakteryzuje się ta liga piłkarsko? 

Przede wszystkim piłkarze słowackich drużyn potrafią utrzymać się przy piłce, wymieniać krótkie podania itd. Stąd moja opinia, że na pewno na boisku zespoły prezentują wysoki poziom. 

A jakie różnice w nastawieniu prezesów klubów widzisz? W porównaniu do tych w Polsce? 

Przede wszystkim oni doskonale zdają sobie sprawę, że jeżeli chodzi o popularność, to nie wygrają z hokejem. Piłkarze również mają tego świadomość i nie są syci tym, że grają w lidze słowackiej. Świadomość tego, że jeśli chcą coś w życiu osiągnąć, to muszą wyjechać do dobrego zachodniego klubu pozytywnie wpływa na ich motywację. 

Czego nie można powiedzieć o polskich zawodnikach. 

No tak, u nas młodzi szybko zadowalają się tym, że dostali się do Ekstraklasy. Po podpisaniu wysokiego kontraktu kupują drogie samochody, czy też ciuchy i są najedzeni. Oczywiście nie chcę tutaj generalizować, ale mówi się przecież o tym, że aby artysta był płodny to musi być głodny wyzwań. Moim zdaniem analogicznie jest w przypadku piłkarzy. 

Wróćmy do tych klubów. 

Przede wszystkim dostrzegam większą rolę szkolenia. 

Słynny apel Michała Probierza o bazy treningowe ciągle aktualny. 

Dokładnie. U nas budowano stadiony, tam w większości postawiono bazy treningowe i akademie. Trzeba też zaznaczyć, że taki kierunek buduje tożsamość klubu. Jeśli opierasz się na swoich zawodnikach, to oni inaczej będą podchodzić do gry. 

U nas jest też ten problem małej liczby naszych zawodników, bo wszyscy utalentowani wyjeżdżają. Przykładowo w Czechach nie ma takiego odpływu. 

Zgadza się, były takie przypadki w Czechach, kiedy można było poczekać ze sprzedażą zawodnika, a on jeszcze bardziej się rozwinął dzięki grze w pucharach. Najlepszym przykładem był Tomas Soucek, który długo był w Slavii Praga, otrzymywał sporo propozycji, był również wypożyczany do różnych czeskich klubów i dopiero ostatnio odszedł na wypożyczenie do West Hamu. 

Z czego wynika to, że te kluby potrafią utrzymać na dłużej swoich piłkarzy?

W przypadku Soucka mówimy tu o Slavii Praga, czyli jednym z najbogatszych klubów w Czechach, który pieniążki ma, więc egzystencja klubu nie zależy od kwot ze sprzedaży. Po drugie tamte kluby grają w pucharach i przytrzymanie zawodnika może pomóc w jego dalszej promocji. 

Myślisz, że takie podejście jest możliwe w Polsce? 

Każdy transfer zależy od naprawdę wielu zmiennych. Ten podany przypadek Slavii też jest specyficzny, gdyż ten klub nie jest zależny od transferów wychodzących. Z drugiej strony jeśli do polskiego piłkarza trafia konkretna oferta z ciekawego klubu zagranicznego, to też trudno jest mu się oprzeć lepszemu miejscu pracy. To tak jak i z nami, jakbyś otrzymał naprawdę atrakcyjną propozycję z branży, to byś o niej nie myślał?

Myślałbym. 

No widzisz. 

A przypominasz sobie kilka takich transferów w Czechach lub na Słowacji, które przypominają np. ten Patryka Klimali?

Co masz na myśli?

To, że poszedł do Celtiku i na razie słuch o nim zaginął. 

Na pewno ostrożnie trzeba podchodzić do tych wyroków i ocen w trakcie pierwszego sezonu, bo ten szczególnie dla polskich piłkarzy za granicą jest zawsze trudny. Nowe otoczenie, inna liga, potrzeba czasu na aklimatyzację, poznanie mechanizmów danego środowiska itd. Na pewno sam Klimala inaczej to sobie wyobrażał, ale trzeba cierpliwości i ciężkiej pracy. 

Siedzisz już w tej branży menadżerskiej kilka lat, można cię już tytułować agentem piłkarskim? 

Uważam, że taki tytuł pasował w czasach, kiedy w tej branży wymagano konkretnej licencji. Dziś tego nie ma, ale zapewne pijesz do mojego wywiadu z Weszlo, gdzie uciekałem od takiego nazewnictwa. Nie obrażam się na słowo agent, ale bardziej pasuje mi tytuł: pracownik agencji, bo ta robota nie polega jedynie na robieniu transferów. 

To powiedz, co należy do Twoich obowiązków?

Oprócz tych transferów, podpisywania umów i obserwowaniu potencjalnych piłkarzy oraz naszych podopiecznych jest również cała obsługa medialna. Mam tu na myśli obsługę social mediów, zarówno naszą jak i zawodników. 

Na czym polega ta pomoc medialna dla piłkarzy?

Zdarza nam się proponować zawodnikom treści, które mogą wrzucić na swoje kanały społecznościowe, tak aby były zgodne z jego poglądami i akcjami, w których on lub jego klub bierze udział. 

Czyli te wszystkie wpisy piłkarzy na Instagramie to w sporej części dzieła pracowników agencji? 

W zdecydowanej większości tak, ale mam tutaj na myśli dobór materiałów. Czyli szybka obróbka zdjęcia lub filmiku, chociaż jakieś propozycje z naszej strony też wychodzą, ale wszystko za zgodą piłkarza, bo liczy się autentyczność. Piłkarze mają różne pomysły i czasami warto mieć jeszcze jakąś osobę, która podpowie i doradzi tak, aby jakiś wpis nie odbił się na ich wizerunku. 

A w interakcje z obserwującymi ingerujecie?

Nie, absolutnie. Trzeba też brać pod uwagę, że u nas trochę skala jest inna. Bo jeśli weźmiesz konto jakiejś gwiazdy NBA czy nawet Cristiano Ronaldo, to tam tych interakcji będzie mnóstwo. My natomiast zawsze zalecamy swoim podopiecznym niewdawanie się w dyskusje, bo to nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.

Wróćmy jeszcze do tych obowiązków. 

Gros tych obowiązków to transfery. Z tym się wiążą wyjazdy i utrzymywanie kontaktu z klubami, spotkania formalne i nieformalne, dyskusje z prawnikami, bo oni również są włączeni do tych operacji. 

Co cię najbardziej zaskoczyło w tej robocie? 

Na pewno otworzyło mi oczy na to, jak dużo pracy trzeba włożyć w każdy transfer. Ile ludzi jest potrzebnych, żeby jeden temat dopiąć na ostatni guzik, bo czasami dany klub trzeba wcześniej zainteresować danym zawodnikiem, a to wcale nie jest taka prosta sprawa. 

Ostatnio w tym aspekcie idzie wam całkiem nieźle. 

To prawda, w ostatnich okienkach przeprowadziliśmy kilka dużych transferów, o których było głośno. Jak chociażby transfer Lobotki do Napoli , Wilczka do Goztepe i rekordowy jak na polskie warunki transfer Bartka Slisza do Legii. Dzięki temu marka naszej firmy rośnie, ale też my jako pracownicy nabieramy doświadczenia. 

Macie za sobą kilka ciekawych ruchów, analizowaliście jak obecny kryzys wpłynie na waszą firmę? Daniel Weber w jednym z wywiadów wspominał, że agencje skupiające się tylko na jednym rynku, np. polskim, mogą mieć problemy. 

Trudno się nie zgodzić z tym co powiedział Daniel. My działamy na kilku rynkach, więc na szerokim polu, ale tak naprawdę nadal nie wiemy jak ten kryzys wpłynie na wszystkie branże, nie tylko na piłkarską, a przecież agencje przy okazji transferów też ponoszą swoje koszty. 

Jakie to koszty? 

O wszystkich nie mogę powiedzieć, ale dajmy na to np. opłaty za przeloty z jednego miejsca na drugie, hotele, spotkania z przedstawicielami klubów. To wszystko kosztuje, dopóki zawodnik nie podpisze kontraktu nie mamy pewności, czy nam się to zwróci, a przecież mało kto wie, że akurat prowizje dla agencji nie są wypłacane w pierwszej kolejności. 

A możesz już pochwalić się jakąś samodzielną finalizacją?

U nas w FairSport każdy transfer rozłożony jest na kilka osób. Przykładowo jedna osoba zaczyna jakiś temat, ale finalizujemy go zawsze wspólnie. No nie liczę jakichś takich mniejszych ruchów. Jest to o tyle dobre, bo więcej pracowników może zdobywać umiejętności, a w kilka osób też czasami jest łatwiej spojrzeć na dany temat. Odpowiadając: konkretnie takim jednym transferem w całości przeprowadzonym nie mogę się pochwalić. 

Oswoiłeś się już z tym, że ten biznes coraz mocniej zmierza ku zainteresowaniu oraz podpisywaniu umów z młodszymi zawodnikami? Na początku miałeś z tym problemy.

Wspominałem o tym w rozmowie z Weszło. Moje podejście do tego się nie zmieniło, mogę się z tym nie zgadzać, ale taki jest ten świat i nie pytaj mnie, czy po tym obecnym kryzysie się to zmieni, bo naprawdę nie wiem (śmiech). 

Jasne, to zapytam inaczej: dużo wykreśliłeś zdań z wywiadów swoich podopiecznych podczas autoryzacji? 

(chwila namysłu) Były chyba dwa takie przypadki, ale to na prośbę zawodników i nie było wykreślania, a bardziej próba dobrania słów, tak aby zdania były zrozumiałe. 

Mam nadzieję, że nie masz na myśli zmianę zdania typu: Nigdy nie pójdę do Legii albo do Lecha. 

Nie, nic takie nie było. 

A jak wychodzi Ci pilnowanie zawodników? 

Staramy się bazować na zaufaniu do piłkarzy, oni mają też swoich najbliższych i to oni powinni mieć to na uwadze. Wiedzieć o jakiej godzinie być w domu, staramy się też jako agencja wpajać podopiecznym elementy samodyscypliny i świadomości, ale wiadomo jakie jest życie. Czasami agent musi wkroczyć do akcji i… 

Wyciągać za fraki z dyskoteki. 

Dokładnie (śmiech). 

Mówisz to z własnego doświadczenia? 

Dzięki Bogu nie miałem jeszcze okazji. 

A w pompowaniu zawodników? 

W tym przypadku mówimy już o takiej ścisłej współpracy pracownika agencji z piłkarzem, o kontakcie i oczywiście on jest. Szczególnie potrzebny jest w tym trudniejszym momencie, tak aby zawodnik nie stracił odpowiedniej motywacji i poradził sobie z kryzysem. Muszę tylko wyraźnie naprostować, że określenie pompowanie jest złe. 

Dlaczego? 

Odnoszę się tutaj tylko do naszej agencji, bo my staramy się nie robić jakichś sztucznych spotkań z piłkarzami w galerii czy restauracjach. Bazujemy na regularnym kontakcie i wzajemnym zaufaniu oraz rozmowach. 

Jak rozumiem w tym regularnym kontakcie ograniczacie informacje typu: na ostatnim meczu obserwował cię wysłannik Realu Madryt. 

Dokładnie. Musimy pamiętać, że życie piłkarza toczy się na boisku, potem w szatni i w domach wśród jego najbliższych, a nie na regularnych łączach czy też spotkaniach z agentami. 

No dobrze, to jak wygląda pomoc takiemu piłkarzowi, który odszedł do klubu i nie gra? 

Przede wszystkim trzeba postawić na inteligencję danego zawodnika. On sam musi mieć świadomość, gdzie są jego braki, co musi zmienić aby odmienić swoją sytuację w klubie. Bo jaki agent może mieć na to wpływ? 

A jak jest z tą inteligencją u piłkarzy?

Myślę, że jest ona wysoka. I to zarówno pod kątem prowadzenia się, ale również własnych życiowych wyborów. My jako agencja doradzamy zawodnikom, nie zmuszamy ich do podpisania kontraktu z danym klubem, a przedstawiamy nasze argumenty za i przeciw. Decyzję jednak podejmuje piłkarz. 

Wiesz co się mówi o menadżerach, że to największe zło polskiej piłki. 

Wiem i nie zgadzam się z tym. Nie wiem z czego to wynika, ale w Polsce tak naprawdę nie docenia się całej naszej pracy wkładanej w każdy transfer. Spotkałem się z tym chociażby podczas pracy jako reporter w Orange Sport, kiedy miałem kontakt z trenerami i prezesami. A przykładowo po przejściu Lobotki do Napoli środowisko doceniło nasz wkład w ten ruch.

Twoim zdaniem dzisiaj piłkarze poradziliby sobie bez agenta? 

Generalnie jest to możliwe, tak jak możliwe jest to, że ja sam sobie położę płytki w łazience. Teoretycznie mogę być z tego zadowolony, ale na pewno jest ktoś kto potrafi to zrobić lepiej, bo ma większe doświadczenie, wiedzę i sprawność. 

To poradziliby sobie, czy nie?

Nie powiem, że jest to niemożliwe, ale dzisiaj na całym świecie mamy do czynienia ze specjalizacją. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że piłkarze w przerwie między treningami, meczami analizują rynek, są w stałym kontakcie z obserwatorami z poszczególnych klubów itd. itd. 

Nie odpowiem Ci stanowczo, że piłkarze dzisiaj nie poradziliby sobie bez agenta, ale jestem przekonany, że bez pomocy specjalistów do wielu głośnych transferów by nie doszło. 

Mignął mi ostatnio na Youtube słynny wywiad Piotra Ćwielonga o pogodzie, to ty wtedy go przeprowadzałeś. Nie tęsknisz za tą robotą?

Pewnie, że tęsknię. Zawsze będę powtarzał, że była to fajna praca i ciekawe doświadczenie. 

Dlaczego fajna?

Przede wszystkim dlatego, że blisko boiska. Miałem okazje rozmawiać z trenerami, piłkarzami, zdarzało mi się komentować mecze. Praca reportera oparta jest na kreatywności i to mi się najbardziej w tym podobało. Po latach zresztą nadal mi to zostało, bo podczas oglądania materiałów video analizuję jak sam bym to rozwiązał. 

Jakiś tam kontakt z dziennikarstwem nadal masz. 

Moje życie potoczyło się w tym kierunku i praca w agencji również sprawia mi wielką frajdę, ale tak jak mówisz, kontakt z dawnym fachem pozostał i komentuję mecze reprezentacji Polski w futsalu i prowadzę program o futsalu na kanale „Łączy nas Piłka”. 

Można powiedzieć, że bez pracy reportera Orange Sport nie mógłbyś robić tego co teraz?

Na pewno, bo oprócz wielkiej przygody i ciekawego doświadczenia zdobyłem masę kontaktów, które teraz procentują. Nie mam problemu z dodzwonieniem się do jakiegoś klubu, czy zawodnika, te drzwi są dla mnie naprawdę szeroko otwarte i to pomaga w zdobywaniu informacji. 

Zabrzmiałeś jak dziennikarz śledczy, a nie pracownik agencji. 

(śmiech) chodzi o zdobywanie wiedzy, jak wygląda sytuacja danego zawodnika, danego klubu itd. To bardzo pomaga w naszej pracy.

A powiedz, nie siedzisz już w tej branży, czego Ci najbardziej brakuje w naszych mediach sportowych? 

Na pewno nie odkryję tutaj Ameryki, jak powiem, że historii, które dzieją się blisko nas. Wydaje mi się, że za dużo jest skupiania się na Cristiano Ronaldo, Barcelonie i Jose Mourinho, a lekceważy się to, co dzieje się w naszych miejscowościach. Kiedyś staraliśmy się bardziej szukać historii z Ekstraklasy czy niższych lig, zwłaszcza młodzi adepci dziennikarstwa, a dzisiaj chcą oni od razu pisać o tych największych. 

Ty jako reporter miałeś wręcz obowiązek szukania tematów w terenie, o siedzeniu w redakcji nie było mowy. 

Miałem to szczęście, to prawda. Dzięki temu mogłem wyrobić sobie setki kontaktów. 

Podaj jakiś przykład. 

Nie wiem czy pamiętasz, ale swego czasu istniał taki kanał jak Orange Sport Info, gdzie mieliśmy wiele wejść na żywo. I przykładowo jak robiliśmy mecz Wisły Kraków o 18:00, to już od 13:00 nadawaliśmy ze stadionu, a znaliśmy tam każdego: zaczynając od faceta, który kosił trawę, przez ochroniarza, po kapitana i trenera zespołu. I przyjemne są te momenty, kiedy teraz wchodzę na jakiś stadion, a ochroniarz wspomina tamte czasy. 

Wracając do tematów reporterskich, miałeś to szczęście do szefów, którzy wręcz wymuszali takie dziennikarstwo. 

To prawda, dzisiaj liczą się tylko wejścia na stronę, odsłony i zyski z reklam i być może taki ciekawy temat z Ekstraklasy czy niższych lig nie przyciągnie tylu odbiorców, ale w przypadku Orange Sport u Janusza Basałaja i Marcina Serafina te wymagania naprawdę były duże. Ci panowie wychowali zresztą wielu bardzo dobrych dziennikarzy, można powiedzieć, że z totalnych pasjonatów zrobili fachowców. Mam tu na myśli Mateusza Święcickiego, Dominika Guziaka, Piotra Dumanowskiego czy Łukasza Wiśniowskiego. 

Gdybyś nie odszedł z tej roboty, to też byłbyś na tym topie. 

Powiem szczerze: nie wiem. Na pewno w Orange Sport miałem ten komfort, że mogłem zająć się wszystkimi tematami na południe od Warszawy, bo przecież różne robiłem. Nawet te z Justyną Kowalczyk czy Adamem Małyszem. Kolejnym krokiem dla mojego rozwoju byłaby przeprowadzka do Warszawy, a tego nie chciałem. Na Śląsku się urodziłem, tutaj czuję się doskonale. 

Postawiłeś na rodzinę.

Tak. To jest podstawa, a dzisiaj pandemia koronawirusa pokazuje jak ważna. Żona i synek to cały mój mały świat, na który w normalnych warunkach miałem mniej czasu. Pracując w agencji międzynarodowej nie ominiemy wielu podróży, teraz możemy ten czas nadrobić. 

W dzisiejszych czasach trzeba wielkiej odwagi, żeby zrezygnować z wielkiej kariery na rzecz rodziny. 

Muszę Ci powiedzieć, że mi zawsze odpowiadała rola takiego defensywnego pomocnika, nie musiałem być na świeczniku, grać pierwszych skrzypiec. A w kwestii dziennikarstwa to był taki moment, kiedy bardzo chciałem wrócić do mediów i prowadziłem nawet bardzo zaawansowane rozmowy w tym kontekście. 

To co musiałoby się zmienić, abyś wrócił? 

Kto wie, czy za jakiś czas FIFA nie zmieni regulacji i w ogóle ta branża przestanie istnieć? To mógłby być taki moment. Ja też przez całe życie starałem się nie zamykać sobie drzwi, a wychodzę też z założenia, że rozsądny człowiek może sobie to połączyć: tak jak ja pracę w agencji i komentowanie futsalu na kanale „Łączy nas piłka”.

A o pracy prezesa klubu lub dyrektora sportowego marzysz?

Ach, dyrektor sportowy. Miałem już kiedyś taką propozycję… 

Z?

Ze Śląska (śmiech). 

Śląska Wrocław?

(śmiech) Górnego Śląska i tutaj postawmy kropkę, jeśli kiedyś wróci temat, to zdradzę więcej. Na pewno dyrektor sportowy jest ciekawą propozycją na przyszłość, wiceprezes do spraw sportowych też, a w roli prezesa kompletnie się nie widzę. 

Dlaczego?

Myślę, że nie posiadam odpowiednich cech do tej funkcji. 

Czyli? 

Nie chcę ich wymieniać, ale jak patrzę chociażby na Leszka Bartnickiego (prezesa GKS Tychy – red.), ile ma codziennie problemów do rozwiązania, to nie widzę tego. Bazując też chociażby na mojej pracy w Katowicach, prezes klubu ma bardzo dużo formalnych, często nudnych spotkań, a ja duszę się w zamknięciu. 

Na koniec: już nie boisz się, że wciągnie cię „miasto”?

Masz pewnie na myśli wywiad dla Weszło.

Tak. 

Trochę pół żartem, pół serio wspominałem wtedy, że lubię się bawić i korzystać z życia. Najważniejsza rzecz to rodzina, bo kiedy posiadasz żonę i dziecko to pewne rzeczy już się przewartościowują, stawiasz na coś innego, a latanie po mieście nie wchodzi w grę. Mając to na uwadze nie muszę już się bać wciągnięcia przez Warszawkę czy moją śląską metropolię, gdzie również na pewno jest gdzie wyjść i się zabawić. 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się