var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Lukasz Sobala / Press Focus

Nie wygrali na wyjeździe od 378 dni, a potem przyjechali na ŁKS...

Autor: Mariusz Bielski
2020-05-30 17:44:47

Wiele rzeczy zmieniło się w futbolu przez okres pandemii, tylko jedna pozostała niezmienna – ŁKS nadal gra kiepsko, nie wykorzystuje stworzonych sytuacji, a przeciwnicy na luzie zgarniają punkty w starciach z łodzianami.

No właśnie, teraz gospodarze mogą już tylko gdybać. Gdyby Dąbrowski podawał prościej, gdyby Dominguez był Ramirezem, gdyby Pirulo potrafił coś więcej, niż tylko irytować widzów. Gdyby skuteczniejszy był Ratajczyk… Gdyby, gdyby, gdyby. W zasadzie w zespole Stawowego zawiedli wszyscy po kolei. Sami nie wiemy gdzie widzieliśmy dziś większy piach – na hałdzie, gdzie buduje się reszta stadionu ŁKS-u, czy na boisku w jego wykonaniu.

 

Tak naprawdę młodzieżowiec w pojedynkę powinien był wygrać (?) biało-czerwono-białym to spotkanie, ponieważ miał dwie doskonałe okazje do zdobycia bramki, a obie koncertowo zmarnował. Ta z drugiej części meczu jest jeszcze do przebolenia. Po rzucie rożnym w polu karnym panował chaos, futbolówka w pewnej chwili stała się bezpańska, skrzydłowy dopadł do niej, huknął i… Co najwyżej Wiśniewskiego po tej sytuacji może boleć klatka piersiowa lub brzuch. Niemniej drużynę od utraty gola uratował.

No ale sytuacja z 28. minuty to już jest skandal. Pirulo zszedł z prawej strony do środka, uderzył zza szesnastki prosto w Chudy’ego, lecz ten wypluł piłkę przed siebie. Ratajczyk nabiegał na nią idealnie, Słowak jeszcze leżał na ziemi, Adam musiał zatem wycelować w pustą bramkę. Okej, chłopak ma 17-lat, więc być może spanikował i stąd ten koszmarny kiks. Błagamy, takie coś nawet największemu żółtodziobowi nie przystoi. 

Trochę pretensji można byłoby mieć ewentualnie jeszcze do Wróbla – bodaj najbardziej aktywnego z ofensywy ŁKS-u – który zmarnował świetne dośrodkowanie, po niecelnym uderzeniu głową z paru metrów. Z drugiej strony podobną okazję miał Bochniewicz, lecz tu akurat genialnym refleksem popisał się Malarz, notując prawdopodobnie jedną z lepszych parad kolejki.

Poza wspomnianymi sytuacjami nie uświadczyliśmy zbyt wiele rozrywki. Nawet jedyny gol strzelony w Łodzi tego popołudnia padł po akcji usłanej babolami. Najpierw Sobociński Dąbrowski zagrał idiotyczne podanie prosto pod nogi Prochazki. Ten oddał futbolówkę na prawo, a po strzale jednego z Zabrzan trafiła ona w nogi Morosa. Dopiero wówczas do przypadkowo odbijającej się piłki dopadł Giakoumakis i pokonał Malarza. Dąbrowski nie zdążył z interwencją.

Cóż, dobre i tyle. To trafienie nieco osłodziło nam 2 godziny spędzone z drużynami Stawowego i Brosza, którym niespełna 3 miesiące przerwy nie podziałały na plus. Prawda jest taka, że ich starcie było irytująco rwane, pełne niedokładności. Zabrakłoby palców na wszystkich kończynach, gdybyśmy mieli policzyć wszystkie niecelne podania w środku pola, w teoretycznie łatwych sytuacjach. Zdaje się jednak, że więcej takowych zaliczyli dziś gospodarze.

W pewnym momencie stwierdziliśmy – może chociaż po jakimś stałym fragmencie zrobi się ciekawie. Parę okazji do strzału z wolnego było, podchodzili do nich Dąbrowski, Jimenez i Janza. I wszyscy po kolei, jak jeden mąż, tłukli prosto w przeciwników. Kurde, obaj trenerzy w ramach odprawy puścili piłkarzom Jacka Kaczmarskiego i utwór, w którym śpiewa „A mury runą” czy o co tu chodziło?

Oficjalnie chcielibyśmy też zapytać gdzie przez całe 90 minut podziewał się Igor Angulo? Że myślami jest już w Indiach czy innej Turcji to nawet bylibyśmy w stanie zrozumieć, lecz chyba przeniósł się tam także ciałem. Serio, widzieliście go dzisiaj w akcji? My nie i zaczynami się martwić. Jimenez zresztą też się nie popisał, jak już mowa o Hiszpanach. Dawno nie widzieliśmy spotkania, w którym byłby tak niedokładny przez pełne półtorej godziny.

Zwłaszcza po wyjściu na prowadzenie zabrzanie grali bardzo zachowawczo, chociaż tu akurat trudno im się dziwić. Przez prawie godzinę mieli korzystny dla siebie wynik, a że wcześniej od stu lat nie zwyciężyli na wyjeździe, to nie chcieli szarżować. Minimalizm w połączeniu z dobrą organizacją wystarczył na beznadziejnych dziś łodzian.

Dla nas ten mecz stanowi co najwyżej potwierdzenie jednej rzeczy – Rycerze Wiosny po prostu nie przystają poziomem do Ekstraklasy. – Byliśmy przestraszeni. Nie wiem czym. Dostaliśmy bramkę, wróciły demony. Próbowaliśmy coś zrobić, ale to za mało. Jeśli chcemy się utrzymać, musimy zrobić wszystko, a dzisiaj tak nie było. Nie wiem, trema, presja? Presję to mogą czuć lekarze – mówił Malarz w pomeczowej rozmówce.

Trochę populistycznie, lecz nie sposób się nie zgodzić. Cykać się takiego Górnika?! Jeśli u siebie łodzianie nie potrafią pokonać nawet drużyny, która przez 378 nie wygrała żadnego meczu wyjazdowego, to naprawdę nie mają tu czego szukać.

ŁKS 0:1 Górnik (0:1)
Giakoumakis 36’ (asysta Angulo)

ŁKS: Malarz (5) – Grzesik (4), Moros (5), Dąbrowski (3), Vidmajer (3) (83’ Klimczak) – Srnić (3), Wolski (3) (76' Sekulski), Pirulo (3) (66’ Dominguez 3) – Trąbka (3), Ratajczyk (2), Wróbel (4)

Górnik: Chudy (5) – Vasil (6), Wiśniewski (6), Bochniewicz (7), Janza (5) – Jirka (3) (89’ Koj), Prochazka (6), Manneh (4) (72’ Matuszek 5), Jimenez (2) – Giakoumakis (6) (72’ Krawczyk), Angulo (3)

Sędzia: Bartosz Frankowski
Nota: 6

Żółte kartki: Dąbrowski - Giakoumakis
Piłkarz meczu: Giakoumakis


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się