var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Piotr Matusewicz - Press Focus

Co. To. Była. Za. Połowa. Derbowy koszmar Arki w kuriozalnych okolicznościach. Lechia - Arka 4:3

Autor: Maciej Golec
2020-05-31 20:45:09

Rany boskie, co to był za mecz?! Jeśli ktoś machnął ręką i po pierwszej połowie wyłączył telewizor, to jak najbardziej go zrozumiemy, ale musimy z przykrością przyznać, że ominęła go najciekawsza druga połowa w Ekstraklasie od dłuższego czasu. Rollercoaster to mało powiedziane. W Derbach Trójmiasta działo się WSZYSTKO, a niektóre rzeczy pozostały niezmienne, jak porażka Arki i lśniąca gwiazda w osobie Flavio Paixao.

Spoglądając w historię spotkań Lechii z Arką mogliśmy wywnioskować, jak ten mecz może wyglądać. Wszak to, że gdynianie nie wygrali Derbów Trójmiasta 14 razy z rzędu nie było przypadkiem. Początek potwierdził to wszystko – podopieczni Ireneusza Mamrota chyba tak się skupili na przygotowaniach do meczu, że zapomnieli wyjść z szatni. Pierwszy raz na dłużej niż kilkanaście sekund weszli na połowę rywala dopiero po około kwadransie gry. Do tego momentu gdańszczanie mieli multum miejsca, więc nie dziwi, że prowadzili grę i kreowali sytuacje bramkowe, a arkowcy mogli tylko rozkładać ręce. Ani trochę nie działał środek pola, przez co mało kiedy ktokolwiek próbował brać na siebie odpowiedzialność za rozegranie futbolówki.

Co ciekawe, największe problemy podopieczni Mamrota mieli na stronie Adama Marciniaka, gdzie współpraca Karola Fili i Jaroslava Mihalika wyglądała naprawdę obiecująco. Dziwimy się, bo wobec nieobecności Damiana Zbozienia po drugiej stronie na nienaturalnej dla siebie pozycji ustawiony był Danch i podejrzewaliśmy, że to tam szybki Ze Gomes sobie trochę pohasa. 

Ale, no właśnie. To trwało 15 minut. Powiedzmy sobie szczerze – po rozbudzonych apetytach, w późniejszych fragmentach działo się tyle, co na grzybach. Jeśli kibic z kraju, który wykupił prawa do Ekstraklasy, włączyłby ten mecz, to najprawdopodobniej po 20 sekundach zmieniłby kanał. Nie mówiąc już o tym, że rozpoznałby wagę i ciężar gatunkowy tego starcia, bo na derby ono kompletnie nie wyglądało.

Dwa strzały celne w pierwszej połowie – oba niegroźne, z dystansu w środek bramki. Nie tego oczekiwali tekturowi kibice posadzeni w liczbie dwustu na trybunach stadionu w Gdańsku. Arka ograniczała się do najczęściej nieudolnych kontrataków, Lechia po wspomnianych 15 minutach siadła i poczynała dużo bardziej chaotycznie niż wcześniej. Innymi słowy – wiało nudą.

Ku naszej uciesze – po przerwie zmieniło się WSZYSTKO. 

I to w jaki sposób.

Słowo honoru, nie nadążaliśmy notować tego, co się działo po obu stronach. Lechia przypomniała sobie ostatni mecz w Lubinie. No wszystko tutaj było – rzuty karne, gol samobójczy, nieuznany gol Conrado, Arka dwukrotnie na prowadzeniu, hat-trick Flavio, gol w 95’ minucie, parada Kuciaka w ostatniej akcji meczu dająca gdańszczanom zwycięstwo. Nikt po tak żenującej pierwszej połowie nie mógł sobie podobnego scenariusza wyobrazić.

Nawet ciężko to w jakikolwiek sposób opisać – mamy wrażenie, że dwa pierwsze gole nakręciły spiralę, której potem już nie dało się zatrzymać. Piłkarze Ireneusza Mamrota skakali z nieba do piekła, chwilę zatrzymali się w czyśćcu, ale ostatecznie – jak to mają w zwyczaju w derbach – zostali z niczym.

I to w jakich okolicznościach, bo trzeba przypomnieć, że w 86. minucie Arka prowadziła i była naprawdę blisko przełamania tragicznej derbowej serii. Dwa gole Vejinovicia, który chyba może poczuć się największym przegranym, bo zanim zaczęła się ta gdyńska katastrofa, on zszedł już z boiska i nie miał na nic wpływu. Mógł tylko patrzeć, jak jego koledzy zaprzepaszczają wszystko, co wcześniej wypracowali. 

To zdjęcie mówi wszystko. 

 

 

Nie zmieniło się nic. Flavio Paixao pozostał naczelnym katem Arki, żółto-niebiescy podtrzymali niechlubną, 12-letnią passę derbów bez zwycięstwa, a Ireneusz Mamrot nie uświadczył pierwszego zwycięstwa w Gdańsku w karierze. Dla Arki takie okoliczności porażki, zwłaszcza wobec walki o utrzymanie, na pewno nie pomogą w dalszej walce o utrzymanie. Największym ich sukcesem będzie jak najszybsze pozbieranie się z tego pod względem psychicznym.

A Lechia? Wręcz przeciwnie, taki mecz powinien ją solidnie zbudować na kolejne tygodnie. Mamy tylko prośbę do obu drużyn – oby jak najwięcej takich meczów!

Lechia Gdańsk – Arka Gdynia 4:3 (0:0) 

1:0 – 50’ (rz. k) Paixao 

1:1 – 60’ (rz. k) Vejinović (faulowany Młyński)

1:2 – 71’ Kubicki (sam)

2:2 – 76’ Paixao 

2:3 – 82’ (rz. k) Vejinović 

3:3 – 87’ Zwoliński (asysta Conrado)

4:3 – 90+6’ (rz. k) Paixao (faulowany Nalepa)

Lechia: Kuciak (5) – Pietrzak (4), Maloca (4), Nalepa (5), Fila (3) (72’ Zwoliński - 5) – Kubicki (5), Makowski (4) – Ze Gomes (5) (65’ Conrado – 7), Lipski (3), Mihalik (6) (76’ Saief – bez oceny) – Paixao (9).

Arka: Šteinbors (4) – Danch (3), Marić (3), Helstrup (3), Marciniak (3) – Młyński (6), Kopczyński (5), Nalepa (5), Vejinović (7) (86’ Bergqvist – bez oceny), Jankowski (5) (76’ Mihajlović – bez oceny) – Zawada (5) (80’ Schirtladze – bez oceny).

Sędzia: Szymon Marciniak (Płock).

Nota: 7.

Żółte kartki: Lipski, Kubicki, Conrado – Helstrup, Nalepa.

Piłkarz meczu: Flavio Paixao.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się