var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Najciekawsza liga świata wróciła!

Autor: Bartosz Adamski
2020-06-03 16:30:37

Zdecydowanie Ekstraklasa nie jest najlepszą ligą na świecie, ale najciekawszą już tak. Udowodniła to pierwsza kolejka po wznowieniu rozgrywek. Nie we wszystkich spotkaniach mieliśmy wysoki poziom, ale emocji nam nie zabrakło. W związku z tym trochę nam się pozmieniała optyka na niektóre sprawy. I znów potwierdziło się, że w polskiej lidze niczego nie można być pewnym.

Hitem kolejki i spotkaniem, przed którym z napięcia swędziały zęby było starcie Lecha z Legią. To dwa kluby, które przed koronawirusową przerwą grały najlepszą piłkę w lidze. Miało być zatem w końcu prawdziwe widowisko, a nie kit, jak to często bywało w bataliach tych drużyn. Może nie żądaliśmy gradu bramek, ale za to dobrej reklamy Ekstraklasy już można było oczekiwać. Zwłaszcza że ten mecz transmitowany był przecież do czternastu innych krajów i miał posłużyć za promocję naszej ligi.

Mnie nie zawiódł, bynajmniej. Obejrzeliśmy wprawdzie kartoflanego gola, ale generalnie jakości nie brakowało. W każdym razie nie było jej na tyle mało, żeby narzekać. Były efektowne podania, jak to Tiby, były składne akcje, no i trochę walki, a do niej nowych widzów Esy trzeba przyzwyczaić. Generalnie dostaliśmy produkt akceptowalny.

Ten mecz był też bardzo istotny dla układu tabeli. W razie zwycięstwa "Kolejorz" mógł się jeszcze spokojnie włączyć w walkę o mistrzostwo Polski. Traciłby do Legii sześć punktów, a to na dystansie dziesięciu spotkań jest niewielką stratą. Podopieczni Dariusza Żurawia przegrali, ale nie zaprezentowali się źle. Okej, nie było to "Żurawball", jakie oglądaliśmy w tym roku, lecz pokuszę się o stwierdzenie, że taki poziom gry wystarczy, by Lech skończył sezon na podium. Na horyzoncie nie widać rywala, który stanowiłby dla ekipy z Poznania poważną konkurencję – raczej i Śląsk, i tym bardziej Cracovia czy Pogoń mają za mało argumentów w rywalizacji o pierwszą trójkę na dłuższą metę. Patrząc na skład Lecha, widać, że brakuje tam tylko bramkarza. Van der Hart nim nie jest, dlatego kompletnie nie potrafię zrozumieć, z jakiego powodu ciągle ignorowany jest Miłosz Mleczko. Nawet jeśli by popełniał błędy, to lepiej inwestować w niego niż w Holendra.

Ogromnym rozczarowaniem są dla mnie „Pasy”, największym z wyżej wymienionej trójki. Nie jestem zwolennikiem stylu, jaki preferuje Michał Probierz. Doceniałem jednak ten pragmatyzm, bo w tym sezonie przeważnie zdawało to egzamin, ale zacięło się już po drugiej tegorocznej kolejce. Od tego czasu pięć porażek i brak perspektyw na wyjście z kryzysu. Nie widzi ich nawet Probierz, sugerując, że nie jest w stanie złapać ponownie chemii z tym zespołem, ale to o tyle zdumiewająca wiadomość, że prowadzi w stu procentach swoją autorską drużynę. Mógł ją ustawić po swojemu, dobrać zawodników nie tylko piłkarsko, ale i charakterologicznie, a po blisko trzech latach nagle stwierdził, że nie wie, czy jest w stanie wycisnąć z nich coś więcej. Takie słowa raczej nie zostałyby sloganem reklamowym trenerów, którzy domagają się, aby dostać więcej czasu na budowanie. Skoro Probierz wątpi w swój oryginalny projekt, to jakie mają argumenty?

Chyba że to była kolejna zagrywka psychologiczna i w ten sposób chce wstrząsnąć zespołem, zagrać im na ambicji, a przy okazji sprawdzić ich lojalność. Być może wiedział, że może sobie pozwolić na taką wypowiedź, bo u profesora Janusza Filipiaka ma ogromne poparcie i właściciel prędzej znów wymieni cały skład niż zwolni trenera.

***

Ciekawie działo się też na pograniczu pierwszej i drugiej ósemki. Do tej górnej strefy mógł się znacznie zbliżyć Raków Częstochowa, gdyby nie absurdalne zachowanie Tomasa Petraska. Ten łokieć mógł kosztować częstochowian grupę mistrzowską, bo dwa punkty na tym etapie rozgrywek mogą okazać się bezcenne.

Ale w sprawie Rakowa bardziej interesująca jest sprawa stadionu. A właściwie jego braku. Klub spod Jasnej Góry dostał licencję na nowy sezon, będzie mógł grać w Bełchatowie, tymczasem przecież prezes Zbigniew Boniek jeszcze niedawno mówił, że kategorycznie nie ma takiej możliwości.

 

 

Półtora roku wcześniej pisał też na Twitterze, że chce uniknąć casusu drugiej Sandecji, a teraz znalazł się jakiś kruczek prawny, który jednak zezwala na grę poza własnym miastem. Przyznam szczerze, że mi jest totalnie obojętne, gdzie Raków będzie grał. Uważam nawet, że lepiej, iż oglądamy ich mecze na ładnym, kameralnym stadionie w Bełchatowie niż na swojej ruderze przy Limanowskiego. Prezes Boniek zrobił jednak z gęby cholewę. Po co więc były te niedawne listy do prezydenta Częstochowy, w których podkreślał, że jeśli nie będzie postępów ws. budowy nowego stadionu, to Raków nie dostanie licencji?

***

W ostatecznym rozrachunku okazało się zatem, że Raków zdegradowany nie zostanie. Sportowo też mu to raczej nie grozi, ale podczas gdy jeszcze przed weekendem wydawało się, że znamy już trzech spadkowiczów, to miniona kolejka trochę zmieniła naszą optykę na ten temat. Korona pokazała naprawdę ciekawy futbol w starciu z Wisłą Płock. Było już jakieś nawiązanie do poprzedniej kadencji Macieja Bartoszka, nawet sam trener stwierdził, że było widać ogień. Do utrzymania jeszcze daleka droga, ale na pewno kielczanie nie rzucili ręcznika.

Gorąco może być zatem teraz w Wiśle Kraków, która świetną tegoroczną serią wywindowała się na w miarę bezpieczną odległość od strefy spadkowej i zaczęła raczej patrzeć w przód niż oglądać się do tyłu. Tymczasem fatalna dyspozycja z Piastem spowodowała, że znowu widmo relegacji poważnie zagląda im w oczy. Przewaga znów jest minimalna i "Biała Gwiazda" może zamienić się miejscami z Koroną już po najbliższej kolejce.

Na pewno spokojnie nie może być też w drugiej Wiśle, z Płocka. Wprawdstozie ma teraz 36 punktów, czyli tyle, ile w poprzednim sezonie po 33. kolejce, ale gra nie sugeruje niczego dobrego. Nawet prezes Jacek Kruszewski przyznał dla portalplock.pl, że w takiej dyspozycji "Nafciarze" nie utrzymają się w lidze. Przewaga wciąż jest dość bezpieczna, ale nie okazała. Już po najbliższej serii gier może stopnieć do zaledwie czterech punktów, a wtedy zacznie się prawdziwa nerwówka. Uważam, że mimo iż teoretycznie bliżej im do grupy mistrzowskiej, powinni coraz bardziej zerkać za siebie. To może być kolejny sezon, w którym będą drżeli o utrzymanie, a to o tyle zaskakujące, że kadrowo to nie jest zespół na spadek.

Paradoksalnie problemy Wisły zaczęły się, gdy była liderem. Od tego czasu gorszy w lidze jest tylko ŁKS.

I to raczej nie przypadek, a faktyczne odzwierciedlenie obecnej formy Wisły. Trudno mi nawet zdefiniować, co trener Radosław Sobolewski ma na myśli. Jak chce, żeby jego drużyna grała. Jak powtarzał mi kiedyś Kazimierz Węgrzyn po niemal każdym pytaniu, gdy do niego zadzwoniłem z ankietą przed końcówką ligi - „tego nie wiemy”. A od sierpnia powinno być już widać chociaż jakiś zalążek. Płocki zespół od dłuższego czasu słabe mecze przeplata bardzo słabymi, tylko okazjonalnie wtrącając dobre momenty. To raczej zbyt mało na utrzymanie.

W Arce zadebiutował zaś Ireneusz Mamrot i ten jego debiut pod względem emocji był odwrotnie proporcjonalny do liczby zdobytych punktów. Oglądaliśmy jeden z najbardziej szalonych meczów w Ekstraklasie w ostatnim czasie. Gdynianie poszli na wymianę ciosów z Lechią i zabrakło im naprawdę niewiele do szczęścia. Dwukrotnie mieli swój wynik, ale zamiast wtedy zamknąć mecz, dali się wrzucić w wir. A Lechia w tym szaleństwie znalazła swoją metodę i w przygnębiających okolicznościach arkowcy wrócili za miedzę. Wszak jeszcze w 87. minucie prowadzili 3:2, a ostatecznie przegrali 3:4 po kontrowersyjnym karnym w ostatnich sekundach. Ta porażka może ich zdołować jeszcze bardziej niż gol Luki Vucko na wagę remisu w sezonie 2010/11, który sprawił, że gdynianie utknęli na dobre w strefie spadkowej i ostatecznie spadli z ligi. Trudno będzie im teraz, mówiąc filmowo, oszukać przeznaczenie.

***

Co zatem wiemy po pierwszej pokoronawirusowej kolejce? Że da się grać we w miarę bezpiecznych warunkach i da się to oglądać. Chyba wszyscy zgodnie stwierdzimy, że było lepiej niż się spodziewaliśmy. Miał być totalny piach,  szykowaliśmy się do wypisania po stokroć na kartce "nie będę narzekał na poziom Ekstraklasy", a tymczasem okazało się, że jest to poziom całkiem znośny.

Tylko do tych sztucznych dźwięków z trybun nie mogę się przyzwyczaić...


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się