var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Własne

Optymizm? Dawno tego w Śląsku nie było

Autor: Bartosz Adamski
2020-07-22 17:34:41

Czy kibice Śląska Wrocław mają być prawo rozczarowani końcówką sezonu? Mają. Czy zespół swoją postawą rozbudził nadzieję na coś więcej niż sam awans do pierwszej ósemki? Rozbudził. Ale czy Śląsk w tym sezonie zawiódł? Wręcz przeciwnie.

Zaskoczył pozytywnie. I to po raz pierwszy od bardzo dawna. Konkretnie od czterech beznadziejnych sezonów.

Śląsk, jako klub z wielkiego miasta, od momentu powrotu do Ekstraklasy miał wielkie ambicje. Rozdmuchały je w dodatku lata 2011-2013, kiedy to WKS zaliczał się do ścisłej ligowej czołówki. Okazało się to jednak apogeum, bo później wrocławianie walczyli bardziej o przetrwanie w lidze niż o laury.

Ten czas świetności został totalnie zaprzepaszczony. Sezon 2014/15, po którym zespół prowadzony przez Tadeusza Pawłowskiego zakwalifikował się do eliminacji do Ligi Europy, był odchyleniem od normy. Zarazem ostatnią edycją, w której klub z Wrocławia zagrał w grupie mistrzowskiej.

Aż do teraz.

Do tego piątego miejsca Śląska na koniec sezonu, mimo dobrej pozycji wyjściowej, ale i słabej postawy w grupie mistrzowskiej, trzeba podchodzić z pokorą. Zespół z Wrocławia to w tej chwili ligowy średniak, i to z tej niższej półki. Nie poziom Lechii Gdańsk, nie Jagiellonii Białystok, nawet nie Pogoni Szczecin. I niech nie zmyli nikogo tabela za tę edycję. Podczas gdy powyższe zespoły bardziej lub mniej regularnie grały w pierwszej ósemce, Śląsk ocierał się o dno.

WKS dopiero odbudowuje swoją ligową renomę. To był zaledwie pierwszy krok, choć względem poprzedniego sezonu wrocławski klub poczynił największy progres ze wszystkich ekstraklasowych drużyn. Umówmy się: przed tym sezonem nie wskazywało na niego wiele. W zasadzie cała nadzieja pokładana była w trenerze Vitezslavie Laviczce. I czeski szkoleniowiec z tymi zawodnikami wyciągnął wynik ponad stan.

Wrocławska ekipa do pewnego momentu, przede wszystkim do końca roku 2019, przypominała Piasta Gliwice z poprzedniej edycji. Cechowała ją solidność, skuteczność, solidna defensywa, dobra gra na własnym stadionie. Koniec końców okazało się jednak, że Israel Puerto to nie Aleksandar Sedlar, Łakub Łabojko nie jest Patrykiem Dziczkiem, a Michał Chrapek to nie Joel Valencia.

Wiele posypało się wiosną. Wszystko w tym temacie mówi poniższa tabela.

Źródło: 90minut.pl

Podczas gdy za okres od lipca do grudnia 2019 roku Śląsk był czwarty w tabeli, za bieżący rok jest dopiero jedenasty. Jeszcze gorzej wygląda to, jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie spotkania po podziale na grupy. "Wojskowi" punktowali najgorzej z ekip z pierwszej ósemki. W całej lidze zaś gorszy był tylko ŁKS Łódź, a tyle samo oczek zgromadziła Korona Kielce.

Na tym etapie rozgrywek trener Lavicka nie był w stanie przykryć braków kadrowych. Z tymi zawodnikami, z co chwila pojawiającymi się bardziej lub mniej poważnymi kontuzjami, kartkami i, co za tym idzie, z krótką ławką, utrzymanie trzeciego miejsca, jakie Śląsk zajmował po 30. kolejkach, graniczyło z cudem. A okazało się, że trudno będzie skończyć nawet na czwartym, które przy szczęśliwym obrocie spraw mogło dać europejskie puchary.

Dopóki w składzie był fundament gry obronnej w osobie Wojciecha Golli, ta defensywa jakoś funkcjonowała. Kiedy on wypadł, dobrze wyglądająca defensywa bardzo się posypała. Dość powiedzieć, że z nim w składzie w 19 meczach udało się zanotować pięć czystych kont. Bez niego były zaledwie dwa takie mecze w 18 próbach. Zespół zaczął tracić też więcej goli, czego najlepszym udokumentowaniem jest postawa w grupie mistrzowskiej, gdy mierzył się z tymi teoretycznie najlepszymi – ani razu Matus Putnocky nie zagrał na zero z tyłu, aż sześciokrotnie dwa razy w meczu wyciągał piłkę z siatki. Czy z Gollą ta statystyka wyglądałaby inaczej? Historia każe sądzić, że tak, ale to oczywiście wróżenie z fusów. Niemniej na pewno lepiej wyglądała para środkowych obrońców Puerto – Golla niż Puerto – Tamas.

Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to właśnie do wąskiej kadry, jaką dysponował trener Lavicka i decyzji, jakie za nią poszły.

Brak odpowiednich zmienników obnażyły zwłaszcza kontuzje Golli i Brozia, problemy ze zdrowiem Cotugno i absencje kartkowe. W końcówce sezonu na ławce rezerwowych siedzieli niemal sami juniorzy i z takiej sytuacji z pewnością dyrektor sportowy Dariusz Sztylka będzie musiał wyciągnąć wnioski. Bo to nie była akcja zamierzona, jak w Lechu Poznań, a konieczność z powodu braku wartościowych piłkarzy.

Paradoksalnie jednak moim zdaniem czeski szkoleniowiec popełnił błąd, że nie dał im grać w większym wymiarze czasowym. Śląsk i tak punktował najgorzej ze wszystkich ekip, kilka ostatnich kolejek grał o nic, po co więc było do końca stawiać na takiego Markovicia? Przecież wiadomo było, że zaraz odejdzie z klubu, to nie lepiej było ograć tych młodzieżowców? Wynik sportowy byłby podobny, a warto spojrzeć w takim przypadku szerzej. Wrocławski klub, jako jedyny z całej stawki, nie nabił ANI JEDNEGO PUNKTU do Pro Junior System, miał trzecią najstarszą wyjściową jedenastkę w lidze, przez cały sezon w jego składzie od pierwszej minuty pojawiał się tylko jeden młodzieżowiec. Można było przynajmniej trochę spróbować podreperować te niekorzystne statystyki, ale przede wszystkim ograć ich pod kątem przyszłego sezonu. Teoretycznie jest Mateusz Praszelik, ale nie można liczyć na to, że tak jak Przemysław Płacheta będzie w stanie zagrać cały sezon bez żadnego wykluczenia. Ani jednej szansy nie dostali choćby Przemysław Bargiel czy Mateusz Maćkowiak albo Grzegorz Kotowicz, a zamiast nich w ostatniej kolejce zagrał Mathieu Scalet, z którego pożytku już nie będzie.

Mam wrażenie, że po tylu latach gry w grupie spadkowej, teraz w Śląsku nie bardzo wiedzieli, jak sobie poradzić z tą nową rzeczywistością, gdy na klubie nie ma presji. Nie wiedzieli, czy sami mają ją sobie nałożyć, grając na wynik doświadczonymi zawodnikami, czy jednak śmielej wprowadzać młodzież. Okazało się, że nie wyszło ani jedno, ani drugie. Trochę ten czas został pod tym względem zmarnowany.

Z tego jednak pozostaje wyciągnąć wnioski, bo za ten sezon Śląsk trzeba przede wszystkim pochwalić. Zapanował wreszcie optymizm, a tego przy Oporowskiej dawno nie uświadczono. I to nie tylko z powodu postawy na boisku, ale i z uwagi na rozsądną, zbalansowaną politykę transferową, która okazała się jednym z kluczy do sukcesu i przynosi wymierne zyski.

Startujące za miesiąc rozgrywki będą przejściowe, praktycznie nie będzie dało się z nich spaść. Dlatego trzeba pochwalić Dariusza Sztylkę za decyzje, jakie zapadają pod jego kątem. Wyszedł z rozsądnego założenia, że trzeba teraz wreszcie odważniej postawić na Polaków. Przyjdzie Rafał Makowski, Mateusz Praszelik, za chwilę będzie też Fabian Piasecki, a na tym pewnie nie koniec. Nie ma ściągania graczy po trzydziestce, bez potencjału sprzedażowego, a są właśnie młodzi Polacy. I to na nich najwięcej się zarabia, czego przykładem jest transfer Przemysława Płachety do Norwich za rekordowe 3 miliony euro. To był majstersztyk i droga, jaką Śląsk powinien podążać.

A przyszły sezon będzie na tyle krótki, że być może uda się nawet zakręcić się wokół podium. WKS już w tej edycji po 30. kolejkach był trzeci, a więc pokazał, że na takim dystansie daje radę. Oczywiście zmieni się jego kadra, nie wiemy jeszcze jak bardzo (ale pewnie bardzo), lecz najważniejsza wiadomość dla klubu jest taka, że zostaje trener Lavicka, bo stanowi on 50% siły zespołu. Skoro w poprzednim sezonie był w stanie wycisnąć z tych zawodników wiele, to może wzorem Waldemara Fornalika będzie w stanie utrzymać Śląsk w czołówce na dłużej.

Nie ma co jednak nakładać jakiejkolwiek presji. Po tylu latach, w których mówiło się, że Śląsk musi wrócić do ligowej czołówki, a ostatecznie grał w grupie spadkowej, wreszcie zachowano chłodną głowę. Nie było głośnych deklaracji o walce o mistrzostwo, nawet o puchary. Liczył się każdy kolejny mecz i to spowodowało, że wrocławianie wrócili tam, gdzie powinni być.

Traktuje się ich jednak jako rewelację sezonu, bo w rzeczy samej poczynili największy progres względem wcześniejszej edycji. Trudniejsze będzie podtrzymanie tej dyspozycji. W Śląsku nastała jednak w końcu stabilizacja na górze, jest konkretny plan na budowę zespołu, wreszcie zaczyna się zarabianie na transferach. Takie rozsądne zarządzanie pozwala sądzić, że są podstawy, aby WKS w ligowej czołówce zagościł na dłużej.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się