var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Press Focus

Kocia muzyka dla zwycięzców - gdy sukces absolutnie nie cieszy kibiców

Autor: Maciej Kanczak
2020-07-28 13:30:57

Dla haniebnego zachowania pseudokibiców Widzewa, którzy po przegranym meczu ze Zniczem Pruszków zaatakowali swoich piłkarzy, nie ma absolutnie żadnego usprawiedliwienia ani wytłumaczenia. Skupiając się jednak na sprawach czysto piłkarskich, łodzianie wywalczyli upragniony awans na zaplecze Ekstraklasy w niesamowitych mękach, wygrywając tylko jedno z ostatnich siedmiu spotkań! W historii polskiej piłki w ostatnich latach nie brakowało podobnych sytuacji i to na wyższym poziomie rozgrywkowym.

Zdobycie mistrzostwa Polski, awans do fazy grupowej europejskich pucharów czy też finałów wielkiej imprezy - wydawać by się mogło, że bez względu na styl, kibice powinni być dumni z sukcesów swoich pupili. A jednak wielokrotnie zdarzało się, że piłkarze, po osiągnięciu wyznaczonego celu, zamiast braw, wysłuchiwali gwizdów pod swoim adresem.

Liga Mistrzów bólu

Tak było choćby z Legią, która w 2016 roku, po 21 latach przerwy, ponownie awansowała do wymarzonej Champions League. Stołeczny klub obchodził wówczas 100-lecie istnienia, zatem powrót do LM to była sprawa priorytetowa. W stolicy Polski nie udało się co prawda zatrzymać Stanisława Czerczesowa, ale w jego miejsce przyszedł, jak się pierwotnie wydawało, również nie lada fachowiec, a więc Besnik Hasi - mistrz Belgii w sezonie 2013/2014 z Anderlechtem.

Szybko jednak okazało się, że Albańczyk niekoniecznie jest właściwą osobą na właściwym miejscu. W Ekstraklasie, do końca sierpnia Wojskowi mieli na koncie ledwie dwa zwycięstwa w siedmiu meczach. Nieco lepiej wiodło im się w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale styl też nie przekonywał - 1:1 i 2:0 z HSK Zrinjski Mostar, 1:0 i 0:0 z AS Trencin i na koniec rywalizacja z Dundlak FC, który był najsłabszym z rywali w IV rundzie kwalifikacji. W Dublinie mistrzowie Polski wygrali 2:0, ale już w Warszawie męczyli się niemiłosiernie, remis 1:1 zapewniając sobie dopiero w ostatniej minucie, po bramce Michała Kucharczyka. Radość z powrotu na salony mieszała się zatem z ogromnym rozczarowaniem, wynikającym ze słabego stylu zaprezentowanego w starciu z pół-amatorami z Irlandii. - Nasza gra, zwłaszcza w ataku pozycyjnym pozostawiała wiele do życzenia. Najważniejsze jednak, że jest awans. W bólach, bo w bólach, ale jest - stwierdził w strefie mieszanej, Michał Pazdan.

Regres po czesku

Legii zatem udało się, co dla Wisły Kraków pozostało jedynie w sferze marzeń. W XXI wieku krakowianie aż siedmiokrotnie podchodzili do eliminacji Ligi Mistrzów, za każdym razem jednak przegrywając. Najbliżej awansu Biała Gwiazda była w sezonie 2005/2006, gdy dopiero po dogrywce przegrała z Panathinaikosem. Nim jednak doszło do dwumeczu z Koniczynkami, Maciej Żurawski i spółka, w marnym jak na siebie stylu, zdobyli trzecie z rzędu, a dziesiąte w historii mistrzostwo Polski. Zimą, w kontrowersyjnych okolicznościach, zwolniono Henryka Kasperczaka. Owszem, Wisła jesienią skompromitowała się, odpadając już w I rundzie Pucharu UEFA z Dinamo Tbilisi (4:3 i 1:2), ale w Ekstraklasie prowadziła z ośmiopunktową przewagą nad Legią. Zastępca Kasperczaka zapowiadał, że nie odejdzie do ofensywnej filozofii poprzednika, obiecał także poprawę gry obronnej. 

Tymczasem Biała Gwiazda pod jego wodzą wiosną 2005 zdobyła zdecydowanie mniej bramek (28), aniżeli jesienią 2004 (44). Zdecydowanie pogorszyła się również gra Wisły w obronie (15 straconych goli, przy 8 jesienią). Liczka zdobył też mniej punktów niż poprzednik (28 do 35). Niby Wisła zakończyła sezon 2004/2005 z przewagą 11 punktów przewagi nad Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski i tytuł wywalczyła już na dwie kolejki przed końcem rozgrywek, to jednak po meczu z Górnikiem Zabrze, korki od szampanów nie strzelały przy ulicy Reymonta. "Wisła to jest potęga, Wisła najlepsza jest" także mało kto śpiewał.

Na grę Wisły wiosną nie dało się patrzeć. Kibiców mistrzów Polski bolały wymęczone zwycięstwa (z ośmiu triumfów, aż połowę krakowianie wygrali różnicą jednej bramki) i rekordowa porażka ze znienawidzoną Legią aż 1:5 - najwyższa od momentu przejęcia klubu przez Tele-Fonikę. Nikt więc nie płakał, gdy po zakończeniu sezonu, podziękowano Czechowi za współpracę. Ten jednak nie miał sobie nic do zarzucenia. - Nie chcę być złym prorokiem, ale Wisła może się wkrótce boleśnie obudzić. Zwolnienie trenera nie jest problemem Liczki. Myślę, że to Wisła ma problem - skomentował swoje zwolnienie w rozmowie z "Życiem Warszawy".  Najlepszego zdania nie miał również o byłych podopiecznych, zwłaszcza tych najlepiej zarabiających. - Oni od prawie dwóch lat nie walczą, nie biegają jak dawniej. Wygrywają w lidze, bo przewyższają rywali pod względem indywidualnych umiejętności. Niestety nie mieli konkurencji w drużynie – stwierdził. 

Nie wróżył też byłemu klubowi sukcesu w zbliżających się eliminacjach do Champions League. - Niestety, w polskich klubach brakuje cierpliwości i szacunku dla pracy trenera. A potem się dziwimy, że kluby z mniejszymi budżetami niż Wisła grają w Lidze Mistrzów. Czech był jak był, ale jedno mu się udało - przewidział marny los byłego klubu w kolejnym sezonie w europejskich pucharach.

Wślizgnęli się do finału

Do 2017 roku, Arka Gdynia wywalczyła tylko jedno trofeum, mianowicie Puchar Polski w sezonie 1978/1979. Nawet przy ulicy Olimpijskiej mało kto przewidywał, że żółto-niebiescy po 38 latach przerwy, ponownie zatriumfują w rozgrywkach o puchar tysiąca drużyn. Gdynianie konsekwentnie eliminowali jednak kolejnych rywali (Rominta Gołdap, Olimpia Zambrów, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i Bytovię Bytów), aż znaleźli się w 1/2 finału tych rozgrywek, za przeciwnika mając I-ligowe Wigry Suwałki. Oba mecze półfinałowe dzielił miesiąc, a przed każdym z nich sytuacja Arki była diametralnie różna. W końcówce lutego Arkowcy zajmowali 9. miejsce w tabeli, tracąc tylko punkt do 8. pozycji. W Suwałkach pewnie wygrali 3:0 i mogli się do czasu rewanżu, na początku kwietnia, w pełni skupić na lidze. 

Od tego czasu jednak gdynianie nie wygrali żadnego z czterech spotkań ligowych i zamiast spoglądać w kierunku grupy mistrzowskiej, musieli uważnie oglądać się za siebie. Kibice byli jednak przekonani, że ich piłkarze wielkiej szansy na awans do finału Pucharu Polski nie wypuszczą z rąk. Tymczasem… Omal nie wypuścili. Wigry już do przerwy prowadziły bowiem 2:0, a zaraz po przerwie wyrównały stan dwumeczu. Co prawda później, do siatki gości z Suwałk trafiali Mateusz Szwoch i Dominik Hofbauer, ale w końcówce Wigrom udało się jeszcze raz wyjść na dwubramkowe prowadzenie. Nerwówka była do ostatniego gwizdka arbitra, ale ostatecznie to Arka zameldowała się w finale na Stadionie Narodowym. "Arka wślizgnęła się do finału" - tak grę gdynian, podsumował portal trojmiasto.pl. 

Po meczu, na stadionie miały miejsce kuriozalne sceny. Rozśpiewani kibice Wigier, dziękowali swoim graczom za ambitną walkę, z kolei żółto-niebiescy nasłuchali się od swoich fanów. "Kurwa, zaraz derby i z taką grą dostaniemy piątkę. Co się dzieje?! Chodźcie tu bliżej!" - krzyczał stadionowy zapiewajło do piłkarzy. Dopiero po minucie wyliczania błędów i niedoskonałości, podziękowano graczom za grę i awans.

Ta historia miała jednak swój happy end, bo miesiąc później Arka w Warszawie sensacyjnie pokonała w finale PP, Lech Poznań 2:1.

Awans bez pompy

Styl w jakim reprezentacja Polski awansowała do finałów EURO 2020 też nie wzbudził, mówiąc delikatnie, zachwytu u polskich kibiców. Owszem, obyło się bez bluzgów i wyzwisk, a po decydującym o promocji meczu z Macedonią Północną, fani fetowali Roberta Lewandowskiego i spółkę, niemniej ogólny wydźwięk awansu był następujący: szału nie było.

Z naszych grupowych rywali, w tej dekadzie tylko Austria wystąpiła na wielkim turnieju (EURO 2016). Łotysze (EURO 2004) i Słoweńcy (EURO 2000, MŚ 2002 i 2010) dostąpili tego zaszczytu w poprzedniej dziesięciolatce, zaś Izrael i Macedonia Północna w ogóle w ostatnim czasie nie mieli takiej możliwości. Przeciwników biliśmy na głowę ograniem, doświadczeniem, potencjałem, wszystkim. I choć grupę G wygraliśmy z dorobkiem aż 25 punktów, to jednak meczów, kiedy naprawdę zaprezentowaliśmy klasę, było jak na lekarstwo. W zasadzie tylko w rywalizacji z Izraelem w Warszawie (4:0) w pełni kontrolowaliśmy przebieg spotkania. Nawet w starciach z outsiderem Łotwą (2:0 i 3:0), mieliśmy wiele słabszych momentów. Wyszarpaliśmy również zwycięstwa w Wiedniu z Austrią (1:0) i w Skopje z Macedonią Północną (1:0). Bezbarwnie za to zaprezentowaliśmy się we wrześniowych bojach ze Słowenią w Lubljanie (0:2) i Austrią w Warszawie (0:0) - jedynych dwóch spotkaniach, których nie udało nam się wygrać.

Jerzemu Brzęczkowi należały się oczywiście słowa uznania za wywalczenie przepustek na ME 2020, niemniej ze wszystkich awansów do wielkich imprez w XXI wieku, ten był najmniej spektakularny, pozbawionych wielkich bojów o których będzie się pamiętać latami. Takie są fakty, których jednak selekcjoner nigdy nie przyjął do wiadomości. O tym jak bardzo ten fakt uwiera selekcjonera, mogliśmy się przekonać, oglądając mini-serial "Niekochani" produkcji PZPN. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się