var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: @ActuFoot_

O śmierci, która czaiła się za rogiem. Jak Thiago Silva walczył w Moskwie o życie i karierę

Autor: Karol Bochenek
2020-08-23 14:09:04

Zanim Thiago Silva dostał swoją gwiazdę w konstelacji najlepszych piłkarzy globu, znalazł się w przedsionku piekła. Rio, Mediolan, Paryż - z tych miast Brazylijczyk wywiózł kilogramy kapitalnych wspomnień. Moskwa, w której 15 lat temu chciał zaistnieć w europejskiej piłce, do dziś jest dla niego jak najmroczniejszy sen. Tylko czy może być inaczej, skoro właśnie w stolicy Rosji stanął na granicy życia i śmierci, a tamtejsi lekarze próbowali zakończyć mu karierę?

Wizja agenta

Jednym z najważniejszych bohaterów moskiewskiego rozdziału historii Thiago Silvy jest Aleksiej Fiedoryczew, rosyjski biznesmen, który od lat robi interesy na zachodzie. Ojczyznę opuścił w 1987 roku, niedługo po trzeciej odsiadce. Wyjeżdżał z niej jako drobny oszust, który nie miał najlepszej ręki do przekrętów, z opinią niehonorowego gnojka gardzącego gangsterskim kodeksem. Ksywa „Wołczara”, której dorobił się na mieście, w dosłownym tłumaczeniu oznacza doświadczonego wilka. Ale już w rosyjskim żargonie gangstersko więziennym to określenie człowieka podłego, niegodnego zaufania, z którym pod żadnym pozorem nie robi się interesów.

Na zachodzie zła sława nie miała znaczenia. Fiedoryczew osiadł w Monte Carlo i szybko wpisał się w otoczenie. Oficjalnie był poważnym biznesmenem, który handlował surowcami naturalnymi i sztucznymi nawozami. Wielkich pieniędzy dorobił się jednak na towarach najpilniejszej potrzeby - broni, narkotykach i prostytutkach. Zdaniem francuskich śledczych, którzy 20 lat temu wzięli Fiedoryczewa na celownik, firma Fedcom zarejestrowana w 1994 roku, w rzeczywistości nie tylko sprzedawała wyroby fosforowe i azotowe, ale też służyła właścicielowi jako pralnia pieniędzy. 

Na winę Rosjanina nigdy nie znaleziono odpowiednio mocnych dowodów, choć w 2002 roku w wyniku prowadzonego śledztwa aresztowano ponad 150 osób zajmujących się handlem bronią, narkotykami i żywym towarem. Przy okazji dostało się też Aleksandrowi Kljujewowi, bliskiemu współpracownikowi Fiedoryczewa, który trafił na pół roku do więzienia za fałszowanie dokumentów. Główny podejrzany, prawdopodobnie dzięki poważnym koneksjom, wyszedł ze sprawy czysty jak łza i już kilka tygodni później próbował zrealizować projekt życia. Za 100 milionów euro chciał przejąć pakiet kontrolny w AS Monaco. Operacja była bardzo bliska finalizacji, ale na ostatnim etapie zablokował ją książę Rainer III, któremu nie spodobała się wątpliwa reputacja kupca. Nie miał za to oporów, by zgodzić się na sponsoring. Fedcom na koszulkach klubu z księstwa widnieje - z krótkimi przerwami - właśnie od 2002 roku. 

Chęć wejścia w świat futbolu wróciła do Fiedoryczewa trzy lata po fiasku rozmów w sprawie przejęcia AS Monaco. Tym razem Rosjanin zarzucił sieci na klub, w którym sam wykuwał swoją miłość do piłki - na Dynamo Moskwa. W 1973 roku, w ramach obowiązkowej służby wojskowej, trafił tam do zespołu rezerw. Próbował przebić się wyżej, ale zwyczajnie zabrakło mu talentu. Z Dynama przeniósł się do Krywbasu Krzywy Róg, w którym też nie zrobił wielkiej kariery i ostatecznie zniechęcił się do grania w piłkę. Słabość do Dynama została z nim jednak na zawsze, więc kiedy w 2005 roku pojawiła się opcja przejęcia klubu, Fiedoryczew długo się nie zastanawiał, choć zapału starczyło mu tylko na dwa lata. 

W budowie zespołu, który miał zaistnieć w Europie, nowemu właścicielowi pomagał Jorge Mendes, z którym rosyjski biznesmen poznał się najpewniej w Monte Carlo. Portugalczyk nie był jeszcze gigantem rynku menadżerskiego, ale miał już duże wpływy w kilku klubach oraz niezwykły dar do roztaczania wspaniałych wizji. Swojego partnera zdołał przekonać do wizji, w której o sile Dynama decydują portugalscy i brazylijscy zawodnicy. W ten sposób do klubu trafiła cała kolonia zawodników ze stajni Mendesa, za których Fiedoryczew zapłacił ponad 100 milionów euro. Były wśród nich uznane marki: Maniche, Costinha, Seitaridis czy Derlei, ale też piłkarze, którzy dopiero wchodzili do dużego futbolu. Thiago Silva był w tej grupie najbardziej anonimową postacią. 

Kibice: to nie ten! Trener: to geniusz!

Transfer brazylijskiego stopera z rezerw FC Porto kibice biało-niebieskich przyjęli z dużym rozczarowaniem. Z jakiegoś powodu panowało powszechne przekonanie, że Dynamo szykuje transfer Tiago Mendesa, zawodnika uważanego wówczas za przyszłą gwiazdę światowej piłki. Ktoś tak bardzo nieznany, jak Thiago Silva specjalnie ich nie przejął. 

Z zachwytu nad nowym zawodnikiem piał za to trener Dynama, Oleg Romancew. Już po kilku treningach stwierdził, że Brazylijczyk to geniusz i dawno nie widział tak młodego piłkarza, który tak dużo potrafi. Jedynym problemem było przygotowanie fizyczne. Silva po każdym treningu wyglądał, jakby właśnie skończył dniówkę w najbardziej wymagającej fabryce. Romancew powtarzał, że to na pewno efekt obciążeń, z którymi wcześniej się nie spotkał. I że właśnie dzięki tak ordynowanemu wysiłkowi, za kilka tygodni będzie gotowy do gry w na najwyższych obrotach. 

Ale tygodnie mijały, a Thiago Silva wyglądał coraz gorzej. Był wiecznie osłabiony, cały czas kaszlał, a na treningach zwyczajnie odstawał. W klubie podawano mu przeróżne medykamenty, które nie przynosiły efektów. W końcu odstawiono go na boczny tor. Romancew miał w kadrze gwiazdy europejskiej piłki, zawodników, którzy dopiero co wygrywali Ligę Mistrzów i grali w finale Euro 2004. To im musiał poświęcać uwagę, na schorowanego małolata zwyczajnie nie miał czasu. Kiedy Silva na jednym z treningów dosłownie słaniał się na nogach, Romancew ściągnął go z boiska i przykazał wrócić, gdy się wyleczy. 

Problemami zawodnika na poważnie zainteresował się dopiero Jurij Wasiłko, klubowy lekarz Dynama. Początkowo ufał kolegom po fachu z Portugalii, którzy badali Brazylijczyka w czasie obozu biało-niebieskich w Lizbonie i orzekli, że jest mocno przeziębiony, ale za chwilę pewnie mu przejdzie. Skoro jednak nie przeszło, to Wasiłko zlecił dodatkowe testy. Sam podejrzewał, że Silva jest chory na AIDS, na to przynajmniej wskazywały wszystkie objawy. Na szczęście diagnoza nie potwierdziła jego obaw. Wyniki nie były jednak dobre. Okazało się, że piłkarz ma zaawansowaną gruźlicę, a do zakażenia doszło 8-10 miesięcy wcześniej. W dodatku ciężkie treningi u Romancewa pogłębiły chorobę i przyśpieszyły jej rozwój. Sytuacja była arcytrudna, w dodatku klub nie miał pojęcia co zrobić z Brazylijczykiem. Ostatecznie postawiono na najbardziej wygodną opcję. Silvę zamknięto w szpitalu zakaźnym w Sokolnikach i uczyniono problemem nie klubu, a tamtejszych lekarzy. 

Dziura w podłodze i usunięcia płuca

Pobytowi zawodnika w szpitalu towarzyszą skrajne relacje. Część z nich przedstawia placówkę w Sokolnikach jako najlepsze w Rosji miejsce do leczenia gruźlicy, gdzie wykwalifikowany personel z największą starannością dba o komfort pacjentów. Według innej wersji Brazylijczyk trafił do szpitala, w którym sale były tak małe, że leżąc na łóżku, mógł umyć ręce w przykręconej do ściany umywalce, a zamiast toalety miał do dyspozycji dziurę w podłodze. Do tego za oknem śnieg i wieczna szarówka, lekarze i pielęgniarki mówiący w nieznanym języku i bliscy 15 tysięcy kilometrów dalej. Trudno o bardziej depresyjny klimat. 

Najgorsza było jednak bezradność lekarzy. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak leczyć problematycznego pacjenta, więc ten po prostu leżał w izolacji, przyjmował tabletki, które przynosiły pielęgniarki i czekał. O nic nie pytał, bo i tak nikt go nie rozumiał. On też nie rozumiał, kiedy do niego mówiono. Klub nie zadbał o to, by mógł skorzystać z usług tłumacza. Dostał tylko laptop połączony z Internetem, który był jego oknem na świat. 

Sytuacja diametralnie zmieniła się, gdy trenerem Dynama został brazylijski specjalista Ivo Wortmann. Szkoleniowiec świetnie znał się z Thiago Silvą, razem pracowali w Juventude, dlatego po przyjeździe do Moskwy pierwsze kroki skierował do szpitala. Kiedy zobaczył go na szpitalnym łóżku, wpadł w szok. Silva, prawdopodobnie od leków, był strasznie napuchnięty. Dręczył go kaszel, pocił się, był w psychicznej i fizycznej rozsypce. Wortmann z miejsca zaczął działa. Wymusił na klubie, by do Moskwy ściągnięto matkę i dziewczynę zawodnika. W trójkę otoczyli go należytą opieką, a trener na własną rękę kontrolował działania lekarzy. Zależało mu na tym, aby Silva wrócił jeszcze na boisko. 

Ale rokowania nie były dobre. Moskiewscy specjaliści sceptycznie podchodzili do dalszej kariery Brazylijczyka. Po półrocznej kuracji, która nie przynosiła żadnych rezultatów, przekonywali, że jednym rozwiązaniem jest usunięcie części prawego płuca. Silva nie chciał jednak o tym słyszeć. Nawet jeśli po takiej operacji mógłby normalnie żyć, to o dalszej karierze musiałby zapomnieć. Wspólnie z rodziną uznał, że musi uciekać z Rosji, jedynym problemem był ważny kontrakt z Dynamem. Władze klubu, które szybko rozczarowały się brazylijsko-portugalskim zaciągiem, nie robiły jednak żadnych problemów. Brazylijczyk wyjechał do Portugalii, a tamtejsi lekarze zdołali postawić go na nogi. Do piłki wrócił w 2006 roku. W barwach Fluminense, które prowadził Ivo Wortmann wyrósł na znakomitego piłkarza i ulubieńca trybun. Wyrósł na „O Monstro” - ta ksywa mówi wszystko o tym, jak prezentował się na boisku. 

Piłkarz bez testów medycznych

Wielkich problemów Thiago Silvy dałoby się zapewne uniknąć, gdyby Dynamo za czasów Aleksiej Fiedoryczewa przeprowadzało transfery zgodnie z obowiązującymi standardami. Brzmi to niewiarygodnie, ale moskiewski klub przed podpisaniem kontraktu z Brazylijczykiem, całkowicie zignorował kwestię testów medycznych. Podobnie było zresztą w przypadku innych zawodników, którzy w Moskwie co rusz zmagali się z różnymi urazami. 

Transfer do Rosji, który w teorii był dla Thiago Silvy wielką szansą, w praktyce niemal okazał się biletem w jedną stronę. Zamiast sukcesów i gry w silnej lidze za dobre pieniądze, Brazylijczyk trafił do zamkniętego pokoju, w którym tkwił wystawiony na pastwę losu. - Lekarze radzili mi, żebym spacerował, ale ja nawet nie miałem siły wstać z łóżka. Byłem odizolowany od świata, bo gruźlica to zakaźna choroba. Robiono mi tylko zastrzyki i podawano 10-15 tabletek dziennie. W ostatniej fazie lekarze mówili, że gdyby potrwało to jeszcze dwa tygodnie, to bym umarł - mówił we włoskich mediach po transferze do Milanu. 

Najczarniejszy scenariusz naprawdę był bardzo blisko. Otwarcie opowiadał o tym również Jurij Wasiłko czy Eduard Biezugłow, lekarz reprezentacji Rosji, który niedawno przyznał, że gruźlica w tak złożonej formie, jak w przypadku Thiago Silvy, to choroba „tysiąc razy groźniejsza od koronawirusa”. Na szczęście życie napisało dla tej historii szczęśliwe zakończenie, w którym Thiago Silva został gwiazdą wielkiego formatu. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się