var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Tomasz Jastrzebowski / Foto Olimpik / PressFocus

Zero zaskoczenia. Po prostu znudzenie… Legia 0:2 Omonia

Autor: Maciej Golec
2020-08-26 23:00:33

Co mamy napisać? Że jesteśmy zdziwieni, zszokowani? Po co kłamać? Znudzenie, zdegustowanie, zażenowanie. To czujemy. Ale najbardziej znudzenie, bo niby każdy wiedział, że to nastąpi, ale czy dzisiaj, jutro, czy za dwa tygodnie – to było największą zagadką.

Możemy przerzucać winę na sędziego, który fakt faktem – wypaczył wynik, bo niepodyktowany karny dla Legii przy 0:1 to potężny cios. Ale sama postawa Legii udowadnia (pierwszy celny strzał w 74. minucie), że pomimo przedsezonowego powiewu optymizmu, zmieniło się okrągłe zero jeśli chodzi o Polskę w Europie. I nawet nie chce nam się biadolić. Odpadliśmy z zespołem z Cypru. Najsmutniejsze, że, nikogo, tak samo nas, już to nie dziwi.

Był to mecz inny niż przed tygodniem. Dziś przynajmniej dało się to oglądać – do czasu. Od początku w zasadzie sprawnie działała prawa strona z Luquinhasem i Karbownikiem. Zwłaszcza temu drugiemu zdarzały się częste wypady pod pole karne i udane dryblingi niedaleko bramki Omonii, tylko brakowało ostatniego podania i zagrania, z którym Fabiano mógłby mieć większy problem, bo fakt faktem – wizualnie Legia miała przewagę, ale momentów, w którym po mieszkaniu mógłby rozlec się jęk zawodu, był jeden, może dwa. Mało, a Omonia bynajmniej nie była bierna i kilka razy w pierwszej połowie zagroziła bramce Boruca.

Nie napisalibyśmy, że Cypryjczycy byli gorsi. Kiedy próbowali grać w piłkę, to faktycznie im wychodziło, zwłaszcza, gdy do futbolówki dopadał Lecjaks, Gomez czy Butheac. Oni stanowili siłę pociągową, i jeśli była okazja na kontratak, to na sto procent któregoś z nich widzieliśmy w roli głównej. To właśnie ten drugi był najbliżej pokonania Boruca pod koniec pierwszej części meczu, kiedy Karbownik źle przyjął piłkę pozwalając tym samym na strzał zza pola karnego. Poza tym – podopieczni Henninga Berga bywali groźni, ale skupiali się raczej na neutralizowaniu zagrożenia z drugiej strony. W sposób, hmmm, bezpardonowy.

Tak możemy określić najłagodniej 3 faule na Luquinhasie w ciągu dwóch minut albo dwie żółte kartki dla gości też jedna po drugiej. Tu gdzieś łokieć na twarz, tam wjazd od tyłu w nogi – legioniści nie mieli łatwo. Ale receptą na to powinna być skuteczna gra w piłkę, której niestety było tyle co kot napłakał. Pierwszą od dłuższego czasu groźną akcję Legii przeprowadził rywal głową uderzając w słupek swojej bramki, co wiele mówi o dzisiejszym wykończeniu gospodarzy. A na domiar złego od 55. minuty Legia grała w osłabieniu po drugiej żółtej kartce (której być nie powinno) dla Igora Lewczuka. Czyli jednego z lepszych piłkarzy w szeregach mistrza Polski. Ot, paradoks.

Moment, w którym zaczęły się prawdziwe schody, bo w odróżnieniu z poprzednimi, incydentalnymi atakami, od czerwonej kartki stały się one normą. Artur Boruc musiał się kilka razy napocić i ratować kolegów przed katastrofą, a pod drugą bramką działo się niestety niewiele konkretnego. Wystarczy spojrzeć w statystyki – tam widnieją zaledwie dwa celne strzały Legii – Mladenovicia z 74. minuty i Wieteski w doliczonym czasie gry. Tak III rundy eliminacji Ligi Mistrzów nie da się osiągnąć.

Drogą do tego miało być przetrwanie dogrywki, ale plany te szybko zostały zweryfikowane. Wystarczyły dwie minuty, strata Mladenovicia, spóźniony Jędrzejczyk i trzeba było na gwałt odrabiać straty. Ale jak to robić, gdy sędzia uniemożliwia sprawiedliwą rywalizację? Tak, nie mamy wątpliwości, że tak jak słuszny był karny dla Omonii, tak dla Legii również był bezdyskusyjny. Nie mamy wątpliwości również, że belgijski arbiter powinien wyrzucić z boiska Luquinhasa, a Lewczuka oszczędzić. Wiele było sytuacji, gdy po prostu nie ogarniał, ale to ostatecznie Legia dała sobie wbić jeszcze jedną bramkę. 

Rok w rok to samo. Nadzieje, pozytywne przedsezonowe sygnały w formie rozsądnych transferów, korzystne losowanie, mecze u siebie, a na końcu i tak wygrywa eurowpierdol. Niby byliśmy na to przygotowani. Zawsze jesteśmy. Ale zawsze boli dokładnie tak samo i przypomina nam, że wcale nie siedzimy przy stole, a znajdujemy się w karcie dań. To jest bardzo smutny, ale niestety prawdziwy obraz polskiej piłki. Nie chcemy nawet myśleć, co może wydarzyć się jutro. Błagamy tylko o jedno – nie wciskajcie nam kitu, że teraz priorytetem jest liga i awans do pucharów. 

Legia Warszawa 0:2 Omonia Nikozja (0:0)
1:0 – 92’ Gomez (k)
0:2 – 107’ Thiago 

Legia: Boruc – Karbownik, Jędrzejczyk, Lewczuk, Mladenović – Rosołek (79’ Kapustka), Antolić, Slisz, Gwilia (60’ Wieteska (108’ Martins)), Luquinhas – Pekhart (61’ Kante).

Omonia: Fabiano – Tzionis (76’ Asante), Lueftner, Lang, Lecjaks – Gomes (103’ Mavrias), Koussoulos, Gomez – Thiago (112’ Kiko), Duris, Bautheac (91’ Loizou)

Sędzia: Nathan Verboomen

Zółte kartki: Lewczuk, Luquinhas, Slisz, Jędrzejczyk – Thiago, Gomes, Gomez

Czerwona kartka: Lewczuk


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się