var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Krzysztof Porebski / PressFocus

Szybkie odrodzenie Marcina Cebuli. W Rakowie znowu zyskał liczby i pewność siebie

Autor: Maciej Golec
2020-09-14 13:30:00

Minęły dopiero dwa ligowe spotkania, a Marcin Cebula już wykręcił w Rakowie lepsze statystyki niż w pięciu sezonach do tej pory rozegranych w Ekstraklasie. Wtedy co prawda był młodzieżowcem i często nie grywał w pewnym wymiarze czasowym, ale i tak – miał za sobą 70 spotkań i tylko jedną asystę.

Jest w tym coś niezwykłego, jak bardzo zmiana środowiska może wpłynąć na piłkarza. W przypadku Cebuli wydawało się, że został już wchłonięty przez kielecką przeciętność – od momentu włączenia go do pierwszej drużyny Korony, gdy uznany został za wielki talent, nic nie szło tak, jak powinno. To znaczy – może zaszkodziły mu też przesadne oczekiwania na początku kariery i wywierana presja z racji tego, że jest wychowankiem klubu, ale nie zmienia to faktu, że na poziomie Ekstraklasy zawodził. Nie ma znaczenia, jaki ciężar dźwigał na plecach na początku, wszak z pierwszą drużyną Korony spędził aż osiem lat, czyli wystarczająco długo, by się do niej wdrożyć. W tym czasie natomiast największym jego sukcesem w skali sezonu były trzy bramki i cztery asysty, więc bądźmy uczciwi – jak na ofensywnego piłkarz liczby wołające o pomstę do nieba.

Dlatego nic dziwnego, że okrzyknięty został przeciętniakiem, jakich wielu w naszej lidze. Takim cały czas był – nie jednym z najgorszych, bo poprzeczka żenady, zwłaszcza za czasów Gino Lettieriego, była zawieszona wyjątkowo wysoko, ale też niewyróżniającym się. W minionym sezonie według naszych not Cebula nie był nawet najlepszy wśród pomocników, wyprzedził go Petteri Forsell sprowadzony do Kielc zimą. 

Wiemy, że to dopiero dwa spotkania, początek sezonu, ale mimo wszystko uważamy, że transfer do Rakowa już teraz możemy uznać za milowy krok w jego karierze. Nie brzmi to na pewno z korzyścią dla jego przeszłości, ale cóż, po obejrzeniu spotkań Marcina Cebuli dochodzimy do wniosku, że wreszcie, jakkolwiek to zabrzmi, zerwał się ze smyczy. Na boisku ma większą dowolność w kreowaniu akcji ofensywnych, a tempo kontrataków i wsparcie takich zawodników, jak Tijanić, Bartl, czy Gutkovskis sprawiają, że nie czuje się w nich osamotniony. Jest częścią układanki, a nie jednym z elementów, które połączone w jedno nie dają żadnego wyraźnego obrazka.  

Ten sam problem tyczył się Felicio Browna Forbesa, który sezon 2018/19 miał w ofensywie jeszcze gorszy niż Cebula, a przypomnijmy, że Kostarykanin jest napastnikiem. W następnym sezonie cyk, transfer do Rakowa i 5 goli w 10 pierwszych spotkaniach. W sumie strzelił ich 12, a gdyby nie zerwane więzadła w kolanie pod koniec roku, pewnie coś jeszcze w międzyczasie by dorzucił. Marcin Cebula zaczął swoje drugie życie w tym samym miejscu bardzo podobnie. W meczu z Legią zanotował asystę, z Lechią z kolei strzelił przepiękną bramkę nożycami. Jeśli dzisiaj, z Zagłębiem, uda mu się którąś z tych rzeczy powtórzyć, to pierwszy raz w karierze zaliczy serię trzech kolejnych meczów z golem lub asystą. Już teraz wyrównał swój najlepszy wynik z listopada 2018 roku.

 

 

Co ważne, w tych dwóch spotkaniach na akcjach bramkowych się nie skończyło, były one jedynie dopełnieniem dobrej gry Cebuli. W obu meczach zanotował po dwa podania kluczowe, a z 10 w sumie przeprowadzonych dryblingów tylko jeden był nieudany (przeciwko Lechii 6/7 skutecznych). Do tego dodajmy połowę wygranych pojedynków i najwyższy Instat Index w całej drużynie. Jeszcze mało? To tylko wspomnimy, że w naszych notach 24-latek w ubiegłym sezonie dostał pięć razy notę 6 (w skali 1-10), co było najlepszym wynikiem, a w trwających rozgrywkach już w 2. kolejce w Gdańsku pobił ten rekord. Zasłużył wówczas na ósemkę jak nikt inny. 

Takich meczów w Koronie w ostatnich miesiącach (ba, nawet latach) pamiętamy bardzo niewiele w jego wykonaniu. Dzisiaj w Częstochowie kolejnym trudnym rywalem będzie niepokonane dotąd Zagłębie Lubin. Cebula stanie naprzeciw niedawnego kolegi klubowego Jakuba Żubrowskiego, który, podobnie jak on, liczy na odbudowę formy w innym klubie Ekstraklasy. Pierwszy mecz z Lechem Poznań dał nadzieje, że może pójść śladami Cebuli i – tak jak pisaliśmy przy okazji transferu – Felicio Browna Forbesa. Kostarykanin udowodnił, że Korona nie piętnuje zawodników dożywotnio, czasami wystarczy po prostu impuls, zmiana środowiska i fachowe spojrzenie trenera. W Kielcach, zwłaszcza z tym ostatnim, bywały spore problemy.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się