var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Joan Valls / Urbanandsport / Cordon Press / PressFocus

Więcej niż referendum – pierwszy krok do odwołania Bartomeu postawiony

Autor: Maciej Kanczak
2020-09-19 15:15:01

Choć przez dłuższy czas wydawało się to misją niemożliwą, kibicom Barcelony udało się zebrać niezbędną liczbę podpisów, aby doprowadzić do referendum w sprawie odwołania Josepa Marii Bartomeu. Pierwszy krok w stronę pozbawienia funkcji najgorszego (?) prezydenta Dumy Katalonii w jej 121-letniej historii został zatem wykonany.

Camp Nou zamknięte dla kibiców, poważne ograniczenia w swobodnym przemieszczaniu się w Hiszpanii w związku z nasileniem się epidemii koronawirusa, niewielka ilość czasu na zebranie podpisów – wydawało się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko inicjatywie grupy „Mes que un mocio” („Więcej niż wniosek”). Zrzesza ona osiem grup kibicowskich Barcelony (Cor Blaugrana, Manifest Blaugrana, La Resistencia del Palau, Seguiment FCB, El Senyor Ramon, Noises Twitter, Nou Impuls Barca, Si al Futur i Pasio), a także kandydatów na prezydenta klubu w marcowych wyborach, a więc Jordiego Farry, Victora Fonta i Lluisa Fernandeza. Nienawiść do 57-letniego działacza, który z Dumy Katalonii uczynił pośmiewisko, okazała się jednak silniejsza niż jakiekolwiek ograniczenia.

16 520 – to minimalna liczba podpisów niezbędnych, aby referendum w ogóle się odbyło („za” musi być 15% socios).

20 687 – to z kolei liczba podpisów, jaką udało się zebrać.

Kibice Barcy na całym świecie głęboko odetchnęli, bo sprawa cały czas wisiała na włosku. Czas na zebranie niezbędnej liczby podpisów był bowiem do czwartku, a jeszcze w środę ich liczba wynosiła około 14 tysięcy. W czwartek, a więc na godziny przed zakończeniem zbiórki, do pełni szczęścia brakowało jeszcze 271 podpisów. Ostatecznie do klubu powędrowało ponad 20 tysięcy kart z parafkami. W tym miejscu warto podkreślić, że akcja ta wyszła daleko poza granice Katalonii. Podpisy zbierano na całym świecie, także w Polsce. W Łodzi prężnie działała w tym temacie „Penya Blaugrana de Lodz”, zaś w Warszawie polscy socios mogli pobierać karty w barze Newonce, dzięki zaangażowaniu Michała Gajdka. Zatem także i sympatycy Dumy Katalonii znad Wisły dołożyli swoją cegiełkę do tego małego-dużego sukcesu.

– Doszło do bezprecedensowej mobilizacji w obronie prawa do bycia wysłuchanym – tak wynik zbiórki na twitterze skomentował Victor Font. Wkład Fonta, Fernandeza, a także Joana Laporty w zbieranie podpisów jest nie do podważenia, ale nie da się ukryć, że tak imponująca liczba głosów, to zasługa przede wszystkim Jordiego Farry (kandydat na prezydenta FCB w 2015 roku), który zapoczątkował tą akcję, a później, ani przez moment nie zwątpił w jej powodzenie. O swoim planie po raz pierwszy poinformował na antenie Radia Marca w końcówce sierpnia: – Korzystam z okazji i wzywam prezydenta Bartomeu do dymisji. W zasadzie powinien odejść już po tym, jak w Barcelonie nie udało się zatrzymać Neymara, ale teraz sytuacja jest już naprawdę poważna. Niech ustąpi i pozwoli działać tym, którzy naprawdę mają jakiś plan i pomysł. Szybko zamienił słowa w czyny i tak machina ruszyła.

Pierwotnie pomysł ten traktowano jednak z przymrużeniem oka, nie tylko ze względu na obiektywne przeszkody w jego realizacji. Nie pomagały katalońskie media, które na swoich łamach nie poświęciły mu zbyt wiele miejsca. W samym „Mes que un mocio” też pogodzić trzeba było różne grupy interesów i osobowości, przez co sam proces zbierania głosów nie przebiegał bez komplikacji. Nieudana próba przeforsowania zbierania podpisów przez internet, kontrowersje dotyczące wymuszania podawania większej liczby danych przez socios przez niektórych zbierających, wzajemne oskarżenia o niezbyt dużą aktywność. 

 

 

– Wszyscy chcemy jednego: dobra naszego ukochanego klubu. Zatem może przestańmy nawzajem się ranić i atakować? – błagał na antenie RAC1, Lluis Fernandez, któremu właśnie Farre zarzucił, że nie korzysta w 100% ze swojego logistycznego i osobowego zaplecza. Wszelkie niesnaski udało się jednak schować do kieszeni, dzięki czemu dziś jesteśmy w stolicy Katalonii w przededniu referendum. – Ten wynik pokazuje, że społeczna masa żyje. Udało nam się przenieść przekaz z sieci na ziemię. To połączenie świata cyfrowego i analogowego – stwierdził z dumą Marc Duch, jeden z rzeczników prasowych „Mes que un mocio”. 

Sukces aktywistów, chcąc nie chcąc, musiały również odnotować katalońskie media. „Nieokiełznany idealista” - tak o Farrze na łamach „Sportu” napisał Ivan San Antonio, podkreślając, że to była jedyna osoba, która od początku wierzyła w powodzenie tej misji. Santi Nola w „El Mundo Deportivo” podkreślił z kolei, że katalońskie środowisko było tym razem zgodne jak nigdy, co przecież w historii nie zdarzało się zbyt często. Docenił zaangażowanie, lecz sam pomysł organizacji referendum ostro skrytykował: „Fakt zorganizowania wotum nieufności w wyznaczonym terminie wyborów jest niezrównaną sprzecznością, którą następny prezydent powinien uwzględnić w statucie. Głosowanie to zostało przeprowadzone z całą machiną przedwyborczą w ruchu i przeciwko prezydentowi i Radzie Dyrektorów, którzy wyznaczyli wybory na marzec. Głosowanie jest możliwe w styczniu lub lutym. Nonsens. Kto zagłosuje w wotum nieufności za zarządem, który odejdzie kilka miesięcy później? Barça w wielu przypadkach działa jak niszczyciel. To służy krótkoterminowym interesom przyjaciół władzy, fotelowi i biznesowi, ale nie klubowi”. 

Z samego Camp Nou, co oczywiste, nie popłynęła rzeka pochwał. Jedynym, który zdobył się na to komentarz był Jordi Moixa, wiceprezydent ds. ekonomicznych. – Szacunek za inicjatywę i proces. Doskonale wiemy, jak wiele pracy to kosztuje. Teraz podejmiemy wszelkie działania wynikające z klubowego statutu – stwierdził lakonicznie.

Jakie będą kolejne etapy przygotowań do referendum? Jak poinformował na twitterze wspomniany już Gajdek, najpierw powołana zostanie komisja licząca zebrane głosy. Dopiero po ich przeliczeniu, wyznaczony będzie termin referendum. Mając na uwadze, że maksymalny czas na wykonanie wszystkich czynności to 10 dni roboczych, zatem w zależności od szybkości działań, trzecie w dziejach FCB referendum odbędzie się między 1 października a 4 listopada.

Historia referendów sprzyja Bartomeu. W dwóch poprzednich obaj kwestionowani prezydenci (Josep Lluis Nunez i Joan Laporta) zdołali utrzymać się na swoich stanowiskach. W 1998 roku, w momencie przeprowadzenia referendum, Duma Katalonii była w finale Pucharu Króla i pewnie zmierzała po pierwsze od czterech lat mistrzostwo Hiszpanii. W Lidze Mistrzów jednak nie wyszła z grupy, odnosząc ledwie jedno zwycięstwo i zajmując w niej ostatnie miejsce. Rok wcześniej zaś, pozwoliła odejść do Interu Mediolan Ronaldo. Ostatecznie tylko 35,5% socios za głosowało za odejściem Nuneza, który swoją funkcję sprawował od 1978 roku.

10 lat później z gniewem kibiców musiał się zmierzyć Laporta, który był jednym z inicjatorów wotum nieufności wobec Nuneza. Tu sprawa miała szersze tło. Z jednej strony były fatalne wyniki sportowe (sezon 2007/2008 zakończony bez żadnego trofeum, z upokarzającym szpalerem na Santiago Bernabeu przed Realem Madryt), a z drugiej z licznymi zarzutami natury prawnej (umieszczenie loga UNICEF na koszulkach, podejrzana sprzedaż aktywów klubowych czy wysokich kosztów podróży). Niewiele zabrakło do odwołania Laporty, za którego dymisją zagłosowało aż 60,6%. Do wymaganych statutem 2/3 głosów jednak trochę zabrakło. Laporcie się jednak uratował, a co było dalej, wszyscy doskonale pamiętają.

Wtedy na Camp Nou było źle, ale nie tak tragiczne jak teraz. Czyżby zatem do trzech razy sztuka? Czy też może historia uratuje Jose Marii Bartomeu?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się