var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Paweł Andrachiewicz - Press Focus

Lis pola karnego i cień Pedro Tiby. Ishak zalicza pierwsze takie wejście od czasów Rudnevsa

Autor: Maciej Golec
2020-09-20 11:45:24

Mamy dopiero czwartą (a właściwie to nawet trzecią) kolejkę Ekstraklasy, a Mikael Ishak już dał wystarczająco dużo powodów, by kibic Kolejorza nie patrzył z utęsknieniem na obrazek Christiana Gytkjaera. Imponuje skutecznością, ale też, czego może nie widać na pierwszy rzut oka – piekielnie skuteczną współpracą z Pedro Tibą. Wszystkie gole Szweda w tym sezonie ligowym to zasługa tych dwóch panów.

Po odejściu Christiana Gytkjaera chciano w Poznaniu wystrzec się płaczu i zgrzytania zębów. Wiadomo było przecież, ile Duńczyk znaczył dla tej drużyny, jak wiele ona jemu zawdzięcza i na jakim pułapie znajdowała się wówczas zawieszona przez niego poprzeczka. Dlatego też zasadne były obawy o następcę. W ubiegłym sezonie tylko 776 minut i jeden gol, rozgrywki wcześniej trochę lepsze – 4 gole i 4 asysty w lidze, do tego 2 trafienia w Pucharze Niemiec. Nawet mając z tyłu głowy, że to Bundesliga i 2. Bundesliga, sceptycyzm był powszechny. Jak się okazuje, niepotrzebnie. Jutro minie miesiąc od debiutu Mikaela Ishaka w Ekstraklasie, a ten już wykręcił w Lechu lepsze statystyki strzeleckie niż w dwóch poprzednich sezonach razem wziętych.

Dlaczego aż tak dobrze nie szło mu za zachodnią granicą? Ciężko stwierdzić, ale na fakt, że w Poznaniu wiedzie mu się fantastycznie, na pewno spory wpływ ma świetnie zorganizowana druga linia. To właśnie na współpracy z Pedro Tibą Szwed korzysta najbardziej. Wszystkie, dosłownie WSZYSTKIE gole, które w Ekstraklasie zdobył Ishak są też w dużej mierze zasługą Portugalczyka. Spójrzmy:

Już w pierwszej kolejce – Tiba wychodzi na czystą pozycję i przekłada sobie obrońcę. Traci jednak piłkę, ale tuż za jego plecami pojawia się Ishak i strzela po krótkim rogu.

Bliźniacza sytuacja zdarzyła się w następnej kolejce w meczu z Wisłą Płock. Lech przegrywał, musiał gonić wynik. Tiba wdaje się w to, co lubi najbardziej – pojedynki i dryblingi, które w tym wypadku wychodzą mu wyśmienicie. Pod koniec jednak znowu się gubi, piłka odbija się od niego i gracza Wisły, zgarnia ją Szwed i nie daje szans Kamińskiemu strzelając tym razem po długim rogu.

Myślicie, że to koniec? No w tym sęk, że to dopiero początek. Przenosimy się w czasie o dwa tygodnie do przodu i musimy zwrócić uwagę na bardzo dobre rozegranie kontrataku przez Modera, który po tym, jak holował piłkę kilkadziesiąt metrów, w odpowiednim momencie zagrał ją do Skórasia, który z pierwszej piłki przetransportował futbolówkę na siódmy metr bramki Putnocky’ego. I tutaj wracamy do naszego duetu Tiba – Ishak.

Jeszcze zanim Skóraś zagrał piłkę (zdjęcie powyżej), obaj biegną równolegle obok siebie, przez co można mieć wrażenie, że akcja spali na panewce. Zderzą się, jeden zmyli drugiego i będzie po herbacie, tymczasem dzięki temu, że Puerto skupił się na Portugalczyku, napastnik Lecha mógł spokojnie wyjść na czystą pozycję. Tiba chyba przypadkiem – tak przynajmniej to wygląda – odbija piłkę piętką i robi dezorientacyjnego kręciołka, po czym Ishak z najbliższej odległości pakuje piłkę do siatki. 

W tym samym spotkaniu ten sam Tiba niedługo później dośrodkuje do tego samego Ishaka, który strzeli swoją czwartą bramkę w lidze w tym sezonie. W międzyczasie – w starciu z Valmeirą w I rundzie eliminacji do Ligi Europy – Tiba podaje w prawy narożnik pola karnego, a 27-latek ze spokojem podwyższa wynik na 2:0.

Mówcie co chcecie, ale powyższy duet jak na razie działa chyba najsprawniej w całej lidze. Nie ma praktycznie bramki, w którą nie byliby wmieszani obaj panowie. Czasami przypadkowo, czasami umyślnie, ale wygląda to tak, jakby jakaś siła wyższa kazała im się zbratać na boisku i podświadomie pykać do jednej brameczki. Dodajmy do tego całościowo ofensywny styl gry podopiecznych trenera Żurawia i już mamy odpowiedź, dlaczego poznaniaków tak przyjemnie ogląda się w tym sezonie. 

Mikael Ishak ma o tyle dobre położenie, że nie musi silić się na cofanie do środka pola, zabieranie piłki i holowanie jej na własne potrzeby. Ma od tego dynamicznych i młodych skrzydłowych, Daniego Ramireza, Modera, czy właśnie Tibę. Nie ma się co dziwić w takim razie, że wszystkie gole (2 w el. LE i 4 w Ekstraklasie) Szwed strzelił z obrębu pola karnego. I w żadnym z przypadków nie były to samodzielnie wypracowane akcje, a raczej finalizacja tych umiejętnie poprowadzonych. I żebyśmy nie zrozumieli się źle – żaden to przytyk w stronę Ishaka. Tak właśnie powinien dziś grać napastnik, jeśli drużyna stanowi spójną całość. Ten robi to, tamten robi tamto i jeśli działa, to znaczy, że wszystko jest na swoim miejscu.

Co jeszcze przemawia na jego korzyść? Fakt, że znajduje się zawsze w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

• Pierwszy gol ze Śląskiem – Ishak nie był adresatem podania, ale złe przyjęcie Tiby spowodowało, że napastnik znalazł się sam na sam z bramkarzem

• Drugi gol ze Śląskiem – dośrodkowanie Tiby na 10. metr i nieczysty (ale celny) strzał nogą

• Gol z Zagłębiem – o tym już wspominaliśmy wyżej. Tiba plącze się i gubi piłkę. Za plecami znajduje się Ishak, szybko ją zbiera i strzela po krótkim rogu

• Gol z Wisłą – świetna akcja Tiby, od którego, po dryblingu, piłka odbiła się przypadkiem i trafiła do Ishaka będącego obok. Gol po strzale na dalszy słupek

• Pierwszy gol z Valmeirą – rykoszet po strzale Modera z wolnego. Piłka odbija się od słupka, Ishak jako jedyny zareagował i ruszył pod bramkę, dzięki czemu nieatakowany zapakował piłkę do pustaka

• Drugi gol z Valmeirą – podanie od Tiby po odbiorze i gol z prawej strony pola karnego

Dwa gole na sześć były zaplanowane i faktycznie od początku w zamyśle miały pójść na konto Ishaka. Reszta to już jego zmysł, czucie gry i bycie w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. W tej sytuacji teoretycznie przypadkowe dojścia do sytuacji bardzo dobrze o nim świadczą. Nie dość, że w ekspresowym tempie nauczył się schematów wypracowanych przez Żurawia i spółkę, to jeszcze przy wykończeniu bije od niego stoicki spokój, jakby co najwyżej szedł do sklepu po bułki, a nie grał o fazę grupową Ligi Europy i ligowe punkty. 

Żeby być skutecznym nie potrzebuje nie wiadomo jakiej liczby wygranych pojedynków. W Ekstraklasie były to kolejno 33%, 44% i 40%, tak samo jest w przypadku odbiorów, co potwierdza naszą wcześniejszą tezę o tym, że robotę w środku robią za niego ludzie, którzy faktycznie od tego są. Przez 270 minut zanotował… jeden odbiór. Bo po co mu więcej, skoro jako kiler w polu karnym wywiązuje się ze swojej roboty aż nadzwyczajnie dobrze?

Nadzwyczajnie, bo dawno nikt w Lechu nie miał takiego wejścia z przytupem. Przypomnijmy – w siedmiu meczach strzelił 6 goli i zanotował asystę. Podobne statystyki miał Artjoms Rudnevs, który debiutował latem 2010 roku. Strzelił 7 bramek w 7 spotkaniach, w tym 3 z nich to pamiętne trafienia z Turynu, gdzie Lech zremisował wówczas 3:3 z Juventusem. Z kolei Robert Lewandowski w 2008 roku miał na koncie 6 goli po 6 meczach w samej Ekstraklasie.

Tylko ten drugi zdołał – i to dwukrotnie – zaliczyć serię czterech spotkań z rzędu z golem w polskiej lidze. Mikaelowi Ishakowi do tego celu brakuje już tylko bramki przeciwko Warcie Poznań. Pytanie, czy Dariusz Żuraw zacznie kalkulować i oszczędzać swoje najlepsze strzelby na mecz III rundy eliminacji kosztem dzisiejszego starcia derbowego. Nawet jeśli tak i Szwed usiądzie na ławce, to mało kto na trybunach przy Bułgarskiej będzie po tym miesiącu tęsknić za Gytkjaerem. Lech szybko odnalazł godnego następcę i wreszcie może być dumny z tego, jak zadziałał na rynku transferowym. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się