var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Twitter

Judasz znowu Jezusem? Skomplikowany związek Jorge Jesusa z Benficą

Autor: Maciej Kanczak
2020-10-22 15:00:22

- Teraz poszukamy kogoś, kto przywiąże się do klubu, a nie będzie myślał jedynie o koncie bankowym - tak pożegnał twórcę największych sukcesów Benfiki w ostatnich latach, dyrektor komunikacji, Joao Gabriel. Jeśli takich słów używa osoba, do której obowiązków należą dyplomacja i powściągliwość w wyrażaniu opinii, to najlepiej pokazuje to, jak bardzo swoją ówczesną decyzją, Jesus wyprowadził z równowagi czerwono-białą część Lizbony. Dla kibiców, Jezus z miejsca stał się Judaszem.

Bo też Jesus był w Benfice kimś więcej niż tylko szkoleniowcem. Był człowiekiem-instytucją, wybawicielem, mózgiem (tak przynajmniej nazywał sam siebie), który położył fundamenty pod wszystkie sukcesy w ostatnich latach. A tych było od groma. Wyprowadził Aguias z cienia FC Porto, w ciągu sześć lat zdobywając z nimi trzy mistrzostwa kraju. Jak duże to osiągnięcie niech świadczy fakt, że przed jego przyjściem, w XXI wieku Benfica miała na koncie ledwie jeden tytuł.

Przywrócił również lizbończykom dawno utracony blask na arenie międzynarodowej (dwa finały Ligi Europy w 2013 i 2014 roku, ¼ finału Ligi Mistrzów w sezonie 2011/2012). Jego podopieczni prezentowali futbol pełen polotu i fantazji, katapultując się z Lizbony do znacznie silniejszych piłkarsko miast. Pod jego wodzą klasowymi graczami stali się Fabio Coentrao, Angel Di Maria, David Luiz, Nemanja Matic, Enzo Perez, Ramires czy Axsel Witsel. Tylko na sprzedaży tej siódemki, Benfica zarobiła aż 131,5 mln euro, a przecież można byłoby wymieniać znacznie dłużej.

JAK BENFICA PORADZI SOBIE W MECZU Z LECHEM? ZAREJESTRUJ SIĘ W BETSSON I SPRAWDŹ!

- Zorientowany na atak aż do przesady. Oglądanie jego drużyny w akcji było wielką rozrywką, wierną od lat klubowym ofensywnym tradycjom - tak grę Benfiki w latach 2009-2015 podsumował magazyn „FourFourTwo”. Aby jeszcze bardziej podkreślić znaczenie ataku w filozofii Jesusa, warto wspomnieć, że za jego kadencji dwukrotni triumfatorzy Pucharu Mistrzów tylko raz nie strzelili gola na własnym obiekcie. Oj tak, stali bywalcy Estadio da Luz w pierwszej części tej dekady byli prawdziwymi farciarzami.

Co więc zadecydowało o tym, że Jorge Jesus, zdecydował się opuścić lizbońskiego hegemona i przenieść się do jego znacznie mniej utytułowanego sąsiada? Z pewnością ciągnęły go nowe wyzwania, których w jego byłym klubie zaczynało już brakować. Sporting na jakiekolwiek trofeum czekał bowiem od 2008 roku (zdobył wówczas Puchar Portugalii). Jeszcze dłużej, bo od 2002 roku fani Leoes marzyli o na mistrzostwie kraju. W ataku biało-zielonych brylował wówczas Mario Jardel, a w seniorskiej drużynie coraz pewniej poczynali sobie Ricardo Quaresma i Cristiano Ronaldo. Brzmi jak prehistoria.

Poza tym, mimo licznych sukcesów, doświadczony szkoleniowiec wcale nie żył w Benfice jak w pączek w maśle. Jego zarobki oscylowały wokół 3 mln euro, podczas gdy w nowym klubie od razu dostał 100% podwyżkę. Duży wpływ na decyzję doświadczonego szkoleniowca miały też względy sentymentalne. W Sportingu w latach 40. występował jego ojciec, Virgolino de Jesus, który marzył, aby ten klub poprowadził swego czasu również jego syn. Sam Jorge w CV także ma występy w ekipie 18-krotnych mistrzów Portugalii (12 gier w latach 1971-1973). Nic dziwnego więc, że gdy tylko Jesus parafował 3-letni kontrakt, oficjalny profil klubu na twitterze przywitał go słowami: Witaj w domu. Sam zainteresowany zaś, na oficjalnej prezentacji wręcz wykrzyczał do licznie zgromadzonych kibiców:  - Musimy obudzić tego śpiącego olbrzyma! Od teraz Sporting będzie walczył o wszystkie trofea w Portugalii! 

Olbrzym przebudził się jednak tylko na chwilę. Za kadencji Jesusa, klubowa gablota wzbogaciła się zaledwie o jedno trofeum - Superpuchar Portugalii, wywalczony po zwycięstwie z Benfiką 1:0 w 2015 roku. Mecz był jednak tylko tłem dla otwartej wojny Jesusa z byłym klubem. Sternicy Orłów nie zamierzali zapłacić Jesusowi pensji za ostatni miesiąc pracy, oskarżając go o nielegalne negocjacje ze Sportingiem. Szkoleniowiec nie zamierzał się odnosić do tych zarzutów, skupił się natomiast na osobie swojego następcy, a więc Ruim Vitorii, dla którego było to pierwsze tak poważne szkoleniowe wyzwanie. - Nic nowego nie wprowadził do zespołu, wszystkie pomysły są moje. Nie rywalizuję dziś z Benficą, a własnymi pomysłami - stwierdził. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. - Uważa się za lepszego niż Jose Mourinho, a tymczasem nigdy nic nie wygrał w Lidze Mistrzów - stwierdził Gabriel, zdecydowanie najbardziej aktywny w atakach na byłego szkoleniowca Benfiki. 

Orły nie odpuszczały. Wkrótce podały JJ do sądu za jednostronne zerwanie kontraktu bez uzasadnionej przyczyny, żądając odszkodowania 1 euro rekompensaty dla każdego kibica czerwono-białych, co w sumie miało dać kwotę 14 mln euro. Jesus pozwami się nie przejmował, za to znakomicie bawił się, atakując Vitorię. Po ligowej wygranej 3:0 na Estadio da Luz (pierwszej tak okazałej od 82 lat), powiedział: - Po wygranej łatwo atakować Ruiego Vitorię, ale nie będę tego robił. Mogliśmy dziś wygrać wyżej, bo Benfica ani razu nam nie zagroziła. Łatwo umieścić Vitorię w tym rozmiarze (na konferencji złączył kciuk i palec wskazujący, tworząc dziurkę), ale nie zrobię tego. Tak czy siak cię szanuje.

Z kolei w styczniu stwierdził: - Jako że nie kwalifikuje Ruiego Vitorii jako trenera, nie jest złym kolegą. Aby być trenerem, musi być kimś więcej. Zmusiłem go do opuszczenia jaskini. Musiał z niej wyjść, żeby trenować Benficę. Aby jeździć Ferrari, musisz w ogóle umieć jeździć.

Koniec końców w epilogu sezonu 2015/2016, to Vitoria mógł się śmiać ze starszego kolegi. Benfica w tamtych rozgrywkach zdobyła aż 88 punktów (najwięcej w historii ligi portugalskiej) i zdołała obronić mistrzostwo kraju. 

Tamta kampania była także najlepszą Jesusa na ławce biało-zielonych. Także oni wówczas pobili klubowy rekord w liczbie zdobytych oczek (86). Wygrali również aż trzy z czterech derbowych strać z Benfiką. Wicemistrzostwo Portugalii, po roku przerwy, otworzyło im także drogę do bram Ligi Mistrzów. Tam jednak nie było już tak pięknie - o ile porażki z Realem Madryt i Borussią Dortmund kibice mogli zrozumieć, o tyle przegrana walka z Legią Warszawa o trzecią pozycję w grupie, była już pigułką nie do przełknięcia. 

Frustracja rosła, bo Sporting znów zaczął pogrążać się w przeciętności. W końcu krewcy fani nie wytrzymali i w liczbie 50 osób, w maju 2018 roku, w czasie treningu zaatakowali Jesusa, jego asystenta Raula Jose, a także kilku piłkarzy w ośrodku. Ten incydent, a także fakt, że w sprawy zespołu coraz częściej wtrącał się ekscentryczny prezydent, Bruno de Carvalho (po przegranej z Atletico Madryt w pierwszym meczu ¼ finału Ligi Europy groził bowiem zawieszeniem całego zespołu) sprawił, że Jesus ostatecznie stracił serce do pracy w Sportingu. Tym bardziej, że wkrótce pojawiły się informacje, jakoby bandziorów do ataku wynajął… sam Carvalho.

Wprost o tamtych traumatycznych wydarzeniach, a także trudnych relacjach z prezydentem, Jesus już się nie wypowiadał. Niemniej, na konferencji „Przywództwo w wielokulturowości” w swoim wykładzie stwierdził: - Zadaniem prezesa są wyniki finansowe i sportowe. Trener z kolei w dzisiejszych czasach nie może być trenerem tylko na boisku, musi widzieć dużo więcej. Nie ma dobrego prezesa bez trenera, jak i nie ma dobrego trenera bez prezesa. 

Po opuszczeniu ojczyzny Jesus przez rok pracował w saudyjskim Al-Hilal, ale najlepiej wiodło mu się we Flamengo, z którym w latach 2019-2020 zdobył aż pięć trofeów, w tym Copa Libertadores, pierwsze dla klubu z Rio de Janeiro od 28 lat. Pandemia koronawirusa przyspieszyła jednak jego pożegnanie z Brazylią. 

A jak wiodło się po Benfice po odejściu jej legendarnego szkoleniowca? Początkowo Orły zbytnio nie odczuły jego braku na ławce, w latach 2016-2019 zdobywając kolejne trzy mistrzostwa kraju. Sytuacja pogorszyła się dopiero w sezonie 2019/2020, kiedy czerwono-biali kilkukrotnie zapisali się w klubowych kronikach. I bynajmniej nie z pozytywnych powodów.

Po wznowieniu rozgrywek ligi portugalskiej w czerwcu Benfica wygrała tylko pięć spotkań, przez co straciła mistrzostwo na rzecz FC Porto. Po raz pierwszy w XXI wieku nie była w stanie także wygrać u siebie pięciu kolejnych gier. - Benfica jest chora! - nie owijał w bawełnę w dzienniku „A Bola”, Ricardo Martins Pereira, jeden z kandydatów na stanowisko prezydenta klubu. Wybory nowego sternika lizbończyków już w październiku, zatem obecny włodarz Luis Filipe Vieira, rządzący w stolicy Portugalii od 2003 roku, musi się nieźle nagimnastykować, aby pozostać na stanowisku. Tym bardziej, że do problemów sportowych, doszły mu również osobiste. Jest bowiem podejrzewany o oszustwa podatkowe w latach 2016-2017. Od portugalskiego fiskusa miał bowiem oszukać w tym czasie na kwotę ok. 600 tys. euro. Dlatego też dla Benfiki ratowania Jesus rzucił się przez ocean.

Nie ma co się oszukiwać, Jorge nie był priorytetem działaczy. Ci wymarzyli sobie Mauricio Pochettino, ale Argentyńczyk w Tottenhamie zarabiał ok. 9 mln euro rocznie. Zdaniem dziennika „Record” Benfica dla byłego menedżera Kogutówgotowa była nawet rozbić bank, ale do jego zatrudnienia nie doszło. Z różnych względów odpadły także kandydatury Leonardo Jardima i Marco Silvy. Wtedy też zdecydowano się przeprosić z Jesusem.

Sam trener w wywiadzie dla SportTV w 2018 podkreślał, że z byłym przełożonym, cały czas żyje w dobrej komitywie. - Jestem jego dobrym przyjacielem i nadal nim będę. Kiedy przeszedłem do Sportingu, jeszcze przez jakiś czas broniłem interesów nowego klubu, gdy Vieira mnie atakował, ale nie mam problemów, aby pójść z nim kiedyś na lunch - powiedział. Trudno jednak to samo powiedzieć o Vieirze, który w 2015 roku tak skomentował odejście Jesusa: - Największą cnotą, którą doceniam w ludziach jest wdzięczność. Wdzięczność określa charakter ludzi. W tym domu nie ma rzeczy niezastąpionych, nawet jeśli niektórzy tak myślą. Jestem rozczarowany, ale nie jestem zdziwiony. Teraz, w imię wspólnych interesów, Vieira musiał ponownie zwrócić się z prośbą do Jesusa.

Jego druga kadencja zaczęła się jednak najgorzej jak mogła - od porażki w III rundzie eliminacji Champions League z PAOK Saloniki, przez co Benfiki po raz pierwszy od 11 lat zabrakło w fazie grupowej najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie. Trochę spokoju udało się jednak kupić, dzięki udanemu startowi w lidze portugalskiej. Orły wygrały pierwsze cztery mecze i dzięki potknięciom FC Porto, mają już nad nim aż pięć punktów przewagi. W Lidze Europy Jesus będzie mógł więc zrehabilitować za potknięcie w LM, tym bardziej, że kibice w Lizbonie są głodni sukcesów w europejskich pucharach. Wcześniej bowiem wszelkie niepowodzenia na arenie europejskiej Jesus chciał przykryć sukcesami w kraju.

Tylko, że te nikogo w pełni nie satysfakcjonują. Znienawidzony rywal z Porto bowiem aż czterokrotnie zdobywały międzynarodowe laury w XXI wieku. Kiedy nastąpi zmiana warty?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się