var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Lukasz Sobala / Press Focus

Michał Janota dla 2x45: W Arabii chcą wszystko załatwić forsą, nie szanują piłkarzy i trenerów. Właściciel Al-Fateh to kłamca

Autor: rozmawiał Mariusz Bielski
2020-11-15 09:00:18

Czy ma jeszcze parcie na piłkę? Dlaczego chciał kończyć karierę przed 30? Czemu Zbigniew Smółka to najważniejszy trener w jego karierze? Czy szejkowie rozumieją futbol? Jak to się stało, że musiał szybko odejść z Al-Fateh? Dlaczego właściciel tego klubu to kłamca? Jak w Holandii zabija się kreatywność? Jak odnajdywał się w Feyenoordzie pełnym gwiazd? Czemu za młodu przestał o siebie dbać? Dlaczego żałuje szybkiego powrotu do Polski? Za co nie znoszą go kibice Górnika? Jak wpłynęła na niego rodzinna tragedia? Jak w karierze przeszkodził mu konfrontacyjny charakter? Czemu uważa się za ofiarę przyklejonej łatki?

O tych wszystkich i wielu innych wyjątkach obszernie opowiedział nam Michał Janota. Zapraszamy do lektury!

***

Jak wygląda życie bezrobotnego piłkarza?

Mam dwójkę małych dzieci. Wstajemy, jemy śniadanie, później ruszam na codzienny trening, aby nie wypaść z formy, a następnie większość czasu poświęcam rodzinie. Jestem tatą na pełen etat (śmiech)

Ustalmy raz a dobrze od jak dawna nie ma pan klubu – co źródło, to inna informacja.

Umowę rozwiązałem dopiero w lipcu bieżącego roku i od wtedy jestem wolnym zawodnikiem. Do tego momentu obowiązywał mnie kontrakt, a ja musiałem trenować w klubie kokosa. Utknąłem w Arabii Saudyjskiej. Trzeba było podjąć kroki prawne, mogłem się jedynie grzecznie dostosować do tego, co mi polecał prawnik.

Ma pan poczucie, że musi się przypomnieć polskiej piłce?

Owszem! Niektórzy przez te 1,5 roku chyba zapomnieli, że wciąż potrafię grać. Ten wywiad to jest dla mnie dobra opcja. 

A ma pan jeszcze parcie na futbol? W jednym ze starszych wywiadów wyczytałem, iż założył pan firmę działającą w nieruchomościach. Może lepiej iść na maksa w to?

Otworzyłem ją dla mojej mamy, ponieważ zna się na tych sprawach, a ja chciałem jej pomóc w trudnym momencie. Natomiast ja w ogóle nie brałem pod uwagę czegoś takiego jak wspomniałeś. To od początku miało działać na boku bez mojego bezpośredniego udziału. Piłka natomiast kręci mnie cały czas. Chcę grać tak długo, jak tylko pozwoli mi zdrowie. Czy to będzie Ekstraklasa - mam nadzieję! - czy jakaś niższa liga.

Z Wieczystej już dzwonili?

Jeszcze nie! (Śmiech). Żartujemy sobie teraz, ale z tego co widzę to piłkarze faktycznie traktują ten klub jako ciekawą opcję. Z kim by się rozmawiało o Wieczystej, ten ją chwali za warunki, organizację oraz profesjonalizm. Nie ma się co dziwić, skoro właściciel inwestuje w to poważne pieniądze. To jest niski poziom w hierarchii ligowej, ale sami zawodnicy nie narzekają. Podejrzewam, że finanse można tam dostać lepsze niż w wielu klubach z I ligi. Nie dziwię się tym, co tam idą.

Pan by rozważył ofertę?

Każdą warto rozważyć, ale ja bym chciał jeszcze zwojować coś na wyższym poziomie. Zdaję sobie sprawę z mojej sytuacji, lecz wydaje mi się, że gdybym zaraz podpisał gdzieś kontrakt, to z marszu nie wyglądałbym gorzej niż niektórzy ligowcy będący w rytmie. 

Może trzeba było szybciej odezwać się do Zbigniewa Smółki?

Pewnie tak (śmiech), chociaż z tego co wiem aktualnie jest w sytuacji podobnej do mojej. Nie będę ukrywał – to człowiek, który tchnął we mnie drugie piłkarskie życie. Pomógł mi bardzo, myślę, że ja jemu też. Zawsze będę mu wdzięczny, bardzo go szanuję.

Przesadzę mówiąc, że to najważniejszy trener w pana karierze?

Miałem wielu szkoleniowców, od których sporo się nauczyłem i z którymi mam dobre wspomnienia, ale to właśnie kogoś takiego jak Zbigniew Smółka potrzebowałem. Prowadząc Stal Mielec mocno o mnie zabiegał i w końcu przekonał, że będzie w stanie pomóc mi się odbudować, co też się stało. Pociągnął mnie za uszy i to bardzo. Czego ja w tamtym okresie potrzebowałem najbardziej, to bezwzględnego zaufania od trenera. On stawiał na mnie konsekwentnie, dał mi pełną swobodę w grze, a dzięki temu złapałem luz i odzyskałem przyjemność z gry. Wiedział czego mi trzeba. 

W ogóle tamta Stal to był bardzo fajny zespół. Trafiłem na przykład na Cholewiaka, który zaszedł aż do Legii, czy Radka Majeckiego, dzisiaj będącego w Monaco. Żałuję, że już wtedy Stal nie weszła do Ekstraklasy, bo mieliśmy na to papiery. Szczerze mówiąc wydaje mi się, iż tamten zespół był mocniejszy niż ten, co wywalczył awans. Harowaliśmy ostro. Zdarzały się sytuacje, gdy po meczu ktoś z wysiłku puścił pawia jak po dobrej imprezie. Później powiedział mi, że na taki kołowrotek jak Mielcu to jeszcze nikt go nie wrzucił. Niestety zdarzało się nam głupio tracić punkty w niektórych meczach, co zadecydowało o braku awansu do Ekstraklasy.

Ale nawet z trenerem Smółką miał pan spięcia.

Mam konfrontacyjny charakter, absolutnie nikomu nie pozwalam sobie wejść na głowę. Żeby złapać ze mną dobry kontakt, trzeba do mnie podejść w specyficzny sposób. Mówię tu głównie o stricte piłkarskich kwestiach, ogółem raczej uważam się raczej za otwartego gościa. Wiadomo, jak ktoś przesadza w moją stronę to też zawsze się odezwę. Z trenerem Smółką zaś faktycznie bywały spięcia, a dotyczyły... Dosłownie wszystkiego!

Janota, ostrzej w tym pressingu!

Nie no, takie rzeczy to normalna sprawa. Przykładowa historia, o jaką mi chodzi - oglądamy video, na którym ewidentnie widać, że ktoś niedokładnie zagrał mi piłkę, a szkoleniowiec miał pretensje do mnie, ponieważ jej nie opanowałem. Ja widziałem coś innego, on widział coś innego, no i poszło! Była tego rodzaju sytuacja, w której nawet inni zawodnicy stanęli po mojej stronie, a trener i tak się upierał przy swoim (śmiech). Innym razem nawet wywalił mnie z odprawy, śmiejąc się do mnie na zasadzie: "Dobra, wyjdź stąd, bo już cię nie mogę słuchać". Wyszedłem, co miałem zrobić? (śmiech) Najważniejsze, że nigdy się na siebie nie obrażaliśmy. Myślę, że w Ekstraklasie za szybko go skreślono.

Współpracowaliście również w Arce. Ten pana sezon przed transferem był co najmniej dziwny. Z jednej strony świetna jesień, kiedy gole oraz asysty sypały się jak z rękawa. Z drugiej - naprawdę kiepska wiosna.

Poszedłem tam za Zbigniewem Smółką. Uznałem to za dobry pomysł, skoro obaj pragnęliśmy dalej współpracować. Nie chciałem iść gdzieś, gdzie znowu mógłbym trafić na trenera, który za punkt honoru wziąłbym obrałby sobie to, aby coś mi udowodnić. Ludzie bywają uprzedzeni. Wiedziałem, że u tego szkoleniowca będę grał tak jak lubię. Nie kierowałem się niczym poza tym, a na pewno nie pieniędzmi. Mogę zdradzić nawet, że w tamtym zespole Arki byłem jednym ze słabiej opłacanych zawodników. Szedłem tam wyłącznie z jednym celem - aby pokazać, iż ciągle potrafię grać na wysokim poziomie.

Dlaczego jednak w pewnym momencie coś zaczęło się psuć? Trener Smółka głęboko wierzy w swoją wizję, czyli te krótkie podania po ziemi, dużo ruchu, nastawienie na atak pozycyjny... Wszystko, co wprowadzenie do Ekstraklasy z zadowalającymi wynikami jest cholernie trudne. Nie potrafimy tak grać, bo lata temu nikt nas nie nauczył.

Pamiętam, że jadąc do Turcji na obóz zimowy otwarcie zakładaliśmy walkę o górną ósemkę. W tym czasie spłynęły do mnie ciekawe oferty, nie wiadomo było, czy mnie puszczą, rozmowy trwały długo... W końcu jednak nie zezwolono mi na transfer, bo mieliśmy walczyć o górną ósemkę, co oczywiście zaakceptowałem.

 

 

Pojechaliśmy na zgrupowanie, fajnie wyglądaliśmy na tle innych drużyn w sparingach, wszystko przebiegało jak oczekiwaliśmy. Po powrocie zaś wpadliśmy w błędne koło. Jeden gorszy mecz, drugi, trzeci i dość szybko podupadliśmy mentalnie. Patrzę na to z perspektywy czasu i twierdzę, iż problem na pewno leżał w głowach, nie w nogach. Za chwilę zwolniono trenera, co nie pomogło nam w wyjściu z dołka. Zimą murawa w Gdyni też była tragiczna, a to, co chcieliśmy grać, wymagało dobrej nawierzchni, nie dało się inaczej. Zrobił się ciężki klimat, pękliśmy i skończyło się walką o utrzymanie.

Żeby nie było - przyszedł wówczas Jacek Zieliński i ja go zdecydowanie szanuję, to dobry trener. Niemniej zawsze powtarzałem, że błędem kolejnych szkoleniowców jest upychanie mnie na inne pozycje, niż moja nominalna. Wtedy mieliśmy w składzie: Deję, Nalepę, Vejnivocia oraz mnie. Czterech graczy na trzy pozycje. Sam Zieliński przyznał zresztą na jednej z odpraw, iż wie, że mi będzie źle na szpicy, ale nie miał wyboru. Ktoś wyleciał, ktoś miał kontuzje, cóż. Szczerze mówiąc sądzę, że wtedy mógłbym więcej dać drużynie, gdybym zaczynał mecze na ławce i wchodził w drugiej połowie, aczkolwiek na moją pozycję. Zaczęto mnie jednak rzucać gdzie indziej i wychodziło kiepsko.

Mówiło się, że strzelił pan focha na Arkę, ponieważ nie puściła pana zimą na Bliski Wschód.

Boże, co za głupota. Nie mam w zwyczaju obrażać się o tego typu rzeczy! Wtedy było tak, że skoro Arka nie chciała mnie sprzedać, to powiedziałem im, aby w takim razie ona przedłużyła ze mną kontrakt. Skoro dobrze grałem, to nie chciałem za chwilę wylądować na lodzie, tylko zostać docenionym. Podjęliśmy rozmowy, ale nie dogadaliśmy się. W grę wchodziły kwestie finansowe. Proszę mi uwierzyć, potem niektórzy zawodnicy dostawali grubo ponad to, co ja próbowałem uzyskać. 

Śledził pan to, co działo się w klubie po pana odejściu? Biorąc pod uwagę te wszystkie historie chyba jest duża ulga, że rok temu udało się jednak wyjechać. 

Trudno mi wyrokować dlaczego wyszło jak wyszło, lecz skoro powstały zaległości finansowe, właściciel nie miał chęci dalszego prowadzenia klubu, to się niczemu nie dziwię. To się mimochodem przekłada na boisko, gdy w innych sferach funkcjonowania klubu coś jest nie halo. Wszyscy muszą grać do jednej bramki - od prezesa, przez dyrektorów i piłkarzy, po szeregowych pracowników. 

Jak w ogóle przebiegał pana transfer do Arabii Saudyjskiej?

Szybko! (Śmiech)

To się domyślam! W jaki sposób oni pana w ogóle wypatrzyli?

Sam do dzisiaj nie wiem. Myślę, że zadecydowali na podstawie platform skautingowych.

Łukasz Sekulski opowiadał mi, że gdy trafiał do Chabarowska, jedyny skauting ze strony Rosjan polegał właśnie na przejrzeniu paru filmików i jego statystyk w WyScoucie czy innym InStacie.

Tak to właśnie wygląda na Bliskim Wschodzie. Al-Fateh, gdzie trafiłem, nie tylko mnie miał na celowniku. W Ekstraklasie obserwował jeszcze bodajże 5-6 zawodników. Nie chcę wymieniać po nazwiskach, ale doszły do mnie takie informacje. 

W lidze saudyjskiej problematyczny jest limit dotyczący obcokrajowców. W efekcie wychodzą dziwne historie. Chłopak, którego miejsce zająłem, musiał odchodzić w równie dziwnych okolicznościach, co ja. Z tego co słyszałem mój następca też już jest na wylocie, mimo iż obowiązuje go jeszcze dwuletni kontrakt. Chore, co tu dużo gadać. Mielą tych piłkarzy jak mięso na mielonkę!

 

 

I potem się dziwią, że nie mają wyników... Zawsze byłem ciekaw jak u nich jest z rozumieniem futbolu.

Nie rozumieją go wcale, a taktycznie to jest dno i wodorosty. Przedziwnie tam jest. Jak kolega z zespołu coś schrzani, to nawet nie możesz na niego krzyknąć, bo od razu następuje obraza majestatu. Chodzi oczywiście o miejscowych zawodników. Oni mają niesamowite mniemanie o sobie. Obcokrajowiec nie może się odezwać, bo zaraz czują urazę.

Ja nienawidzę przegrywać, a jeszcze w pierwszym meczu doznałem kontuzji, taki pech. Zszedłem z boiska po 25 minutach, przegraliśmy, a tam wszyscy zadowoleni. Myślę sobie: "kurwa mać, no jak tak można?!" Jak możesz być usatysfakcjonowany po porażce? A tam każdy - spoko, nic się nie stało, nieważne, jedziemy dalej. I same śmichy-chichy. Ja się oburzyłem, to zaraz sprowadzono mnie na ziemie. Przyszedł prezydent do szatni i przy całej drużynie powiedział mi: "Koniec z takim zachowaniem, tu się tak nie robi!"

Taktycznie niby dno i wodorosty, ale Łukasz Szukała stwierdził niegdyś: "Najlepsze kluby stamtąd biłyby się u nas o majstra".

Te najmocniejsze zapewne by go wywalczyły. Jest na przykład klub Al-Hilal, który posiada absolutnie najlepszych Saudyjczyków, a do tego występowali tam Andre Carillo, Bafetimbi Gomis czy Sebastian Giovinco. Oni coś jednak w piłce potrafią, co nie? (Śmiech). W Al-Nasr mamy z kolei Maicona, Ahmeda Musę, jeszcze wcześniej był Giuliano. Jedną z takich gwiazd ligi niedawno chciała ściągnąć Aston Villa. To o czymś świadczy. Stricte piłkarsko jest tam mnóstwo jakości, ale taktycznie - szkoda gadać.

Organizacji gry za worek złota nie kupisz, a wydaje mi się jednak, że Saudyjczycy sądzą, iż absolutnie wszystko da się załatwić pieniędzmi.

Tak jest. Mają tyle forsy, że nawet im się nie dziwię. Tam sporo od siebie dokłada sama federacja, ale też właściciele poszczególnych klubów posiadają mnóstwo własnych środków. Te Al-Nasr, Al-Hilal czy Al-Ittihad zwłaszcza. W porównaniu z tym, co mają w tych zespołach, w Al-Fateh były małe pieniądze. Ciekawie jest z premiami, które w sumie zależą wyłącznie od aktualnego humoru szejka. Jak dobrze trafisz, to możesz zarobić. 

Wchodził biznesmen do szatni i wykładał parę baniek na stół?

Aż tak to nie, przynajmniej nie u nas. Ale na przykład ze 2 dni później dostawaliśmy spory zastrzyk finansowy w gotówce. Jak na ironię po odsunięciu mnie i moim odejściu te bonusy były jeszcze większe, lecz to dlatego, że Al-Fateh zaczęło bić się o utrzymanie. Takie to są ich sposoby na ratowanie się, motywowanie i radzenie sobie z presją.

Czy oprócz szejków ktoś tam presję narzuca, szczególnie arabskim piłkarzom? Ktoś inny niż ci bogacze w ogóle posiada autorytet?

O kwestii autorytetów w saudyjskim futbolu najlepiej mówi właśnie moja historia. Grałem tam za trenera pochodzącego z Tunezji i to on mnie ściągał. Zwolnili go dość szybko, przyszedł Belg, który przesunął mnie najpierw na ósemkę, z czasem nawet na szóstkę. Gdzie ja w defensywie?!

Nie wyobrażam sobie tego.

Dawałem radę, pan Yannick Ferrera był ze mnie zadowolony. Kogokolwiek byś zapytał, przyzna ci to. Co ciekawe - na moje miejsce dla obcokrajowca przyszedł Bashkim Kadrii, który akurat pokłócił się z tym szkoleniowcem. O mojej sytuacji kolega powiedział: "To niesamowite jak oni cię wydymali". I faktycznie - z Ferrerą miałem świetny kontakt, prawie tak dobry co ze Zbigniewem Smółką. Ja naprawdę byłem przekonany, że za jego kadencji cały czas będę odgrywał w tym zespole pierwsze skrzypce. Jak to się mówi - byłem przedłużeniem jego ręki na placu. I nagle zarząd wzywa mnie do gabinetu, gdzie słyszę: "Nooo, teraz trener chce grać defensywnie, musimy przemeblować skład i niestety powinieneś odejść". Następnego dnia idę do niego na rozmowę, bo sam mnie poprosił. "Michał, decyzją klubu niestety faktycznie musisz odejść. Walczyłem o ciebie ile się dało, ale nie udało mi się". 

Sprzeczne sygnały.

No właśnie, co jest grane? Szkoleniowiec zarzekał się, przysięgał mi, iż chciał mnie zostawić. Teraz już sam nie wiem w co wierzyć, pogubiłem się. Z jednej strony mieliśmy naprawdę znakomite relacje i byłem w stanie mu uwierzyć. Często rozmawialiśmy indywidualnie, obiecywał mi rzeczy typu: "Ja ci ściągnę jeszcze jednego zawodnika do ofensywy, żebyś miał z kim klepać" i w ogóle. A nagle - cyk, odpalony. Mi się wydaje, że chodziło o coś innego. Skoro szejkowie ściągali mnie jako dziesiątkę, to ja powinienem grać na dziesiątce i tyle. Nieważne, że trener widział to inaczej, a ja dobrze spisywałem się również na innych pozycjach. Nie robiłem tego, co oni sobie założyli, gdy mnie ściągali, nie bacząc w ogóle na preferencje szkoleniowca. Moja wina, że mnie przestawił? Ja tylko mogłem wykonywać jego polecenia! 

Podważyli jego autorytet zupełnie. 

Tam żaden trener go nie posiada, rządzą szejkowie. Coś im się nie podoba - do widzenia!

A piłkarze szanują menedżerów?

Ten Belg bardzo pragnął tam zostać na dłużej. Nie wykluczam zatem, że po prostu nie chciał sprzeciwiać się zarządowi i zgadzał się na wszystko, w tym odpalenie mnie, byleby to nie jego głowa poleciała. Czasem miałem wrażenie, że dziwnie podchodził do niektórych zawodników, specyficznie traktował tych arabskich. Weźmy Andre Pinto - facet grał Sportingach z Bragi i z Lizbony, występował w Lidze Europy... Coś tam umie generalnie. No i jest sytuacja z meczu, że tracimy gola, gdy Portugalczyk wykonał ruch do przodu, aby złapać rywala na spalonym. Saudyjczyk tego nie zrobił, łamiąc linię. Ewidentnie jego błąd. A kto dostał ochrzan? Andre, bo wyszedł. Jeszcze ten 21-latek z Arabii miał pretensje do niego. Absurd!

Z właścicielami klubów, najbogatszymi szejkami, piłkarze w ogóle mają kontakt?

Zależy od osoby. Ten nasz prezydent klubu na początku wydawał się bardzo w porządku. W tym czasie, co była u mnie żona z dziećmi, mówił mi, że jego siostra zna jakąś Polkę, która też tu mieszka, to może niech się poznają, żeby było im łatwiej... No byłem w szoku! Otwarty, fajny gość. A z drugiej strony cała ta historia z odsunięciem mnie czy innych piłkarzy - pokazał drugą twarz. Kłamca, który nie zna się kompletnie na piłce - takie sobie wyrobiłem o nim zdanie na dłuższą metę. 

Pewnie trudno było się tam zaaklimatyzować, bo zderzenie kultur było mocne.

Tam wspólnota w szatni w ogóle nie istnieje, zawodnicy nie trzymają się razem, nie wyjdzie grupowo na kolację ani nic w tym stylu. Zupełnie inne życie, w każdym calu.

Dla mnie to było trudne o tyle, że nie mieszkałem w Rijadzie, dużo bardziej otwartym, międzynarodowym, tylko w Al-Hofuf. Tam to jest sama pustynia praktycznie. Siedziałem zamknięty w hotelu, chodziłem na kawkę z innymi kolegami, którzy też tam mieszkali, grałem na Playstation i tak mijał czas... Rodzina była u mnie zaledwie przez da miesiące, ale to nie dla nich klimat. Zwłaszcza nie do wytrzymania dla małych dzieci, bo temperatury tam są zabójcze. Bywało więc tak, że całymi dniami, poza treningami i meczami, nie miałem zupełnie nic do roboty. Zwłaszcza trudno było, gdy już mnie odstawili. Jadąc tam trzeba przygotować psychicznie do takiego funkcjonowania, bo nie jest łatwo.

WSZYSTKIE MECZE EKSTRAKLASY ORAZ PIERWSZEJ LIGI MOŻESZ OBSTAWIĆ U NASZEGO PARTNERA BETSAFE!

Mi nie tyle doskwierały jakieś różnice kulturowe - jestem człowiekiem, który raczej łatwo się aklimatyzuje praktycznie wszędzie - co samotność. Tęskniłem za rodziną, a jeszcze tam utknąłem przed pandemię, miałem duży problem z powrotem do domu. Przytłaczające. Co innego, gdybym dalej stanowił część zespołu, rozgrywał kolejne mecze - wtedy szybciej czas leci, masz zajęcie, koncentrujesz się na pracy, łatwiej się żyje. A tak momentami było dołująco. Pojechałem tam grać w piłkę, a skończyło się paroma miesiącami patrzenia się w sufit. Ktoś powie - eee, nie narzekaj, przynajmniej zarobiłeś. Jasne, pieniądze dali mi dobre, lecz nadal chciałem tam grać, a nie patrzeć w sufit, nie jestem tego typu człowiekiem!

Teraz ta moja sytuacja również mnie wkurza, bo już chciałbym znaleźć jakiś zespół. Mam straszny głód piłki, zapieprzam na indywidualnych treningach.

Adrian Mierzejewski opowiadał w jednym z wywiadów o warunkach, w których on tam żył - zamknięte osiedle pełne willi z basenami, kobiety mogły się normalnie ubierać i zachowywać na tym terenie... Zachodnia enklawa, które jednak Adrian nazwał ekskluzywnym gettem.

Tyle że on żył w innych realiach. w Al-Hofuf niby też coś takiego istnieje, ale po zapoznaniu się z warunkami stwierdziłem, że jednak wolę mieszkać w hotelu i być blisko innych obcokrajowców, którzy u nas występują. Rijad jest innym miastem. Tam są aż 3 wielkie kluby - Al-Nasr, Al-Hilal i Al-Szabab. Zbierzesz obcokrajowców z tych wszystkich klubów, do tego dojdą inni, co w stolicy prowadzą swoje biznesy, firmy i innych tego typu ludzi, a wtedy takie wielkie luksusowe osiedla zaczynają mieć sens. 

Rozmawiałem z Krzysztofem Kamińskim, który grał w Japonii i on opowiedział mi, że tam obcokrajowiec wiążący się na dłużej z tym krajem, bo na przykład będzie tam pracował, musiał niejako przejąć styl życia miejscowych. Inaczej stwarzaliby mu różne problemy - od gorszego traktowania w relacjach codziennych, po różne utrudnienia biurokracyjne. Jak to wygląda w Arabii?

Ja uważam, że każdy, kto gdzieś wyjeżdża, powinien szanować tamtejszy styl życia i pewne wzorce kulturowe. Nie jesteś u siebie. Dla mnie coś takiego jak odprawianie modłów w szatni nie było normalne, ale dla nich owszem, dlatego się nie odzywałem. Tego potrzebujecie - okej, w porządku. Tam nie może na przykład lecieć muzyka tuż przed meczem, ponieważ akurat wypada czas modlitwy i tyle. Po części to bywa męczące, bo zupełnie inne niż my jesteśmy przyzwyczajeni. Ale też gdyby ktoś z nich przyjechał grać do Polski, to od niego wymagałbym poszanowania naszego stylu bycia. Niech spróbuje się zintegrować z zespołem, poduczyć języka, choćby podstaw. Myślę, że to sprawiedliwe i po prostu normalne.

Z pana opowieści wyłania mi się obraz Arabii jako miejsca, w którym piłkarz nie może być ani trochę pewny jutra.

Przed wyjazdem Łukasz Gikiewicz śmiał się: "Szykuj się, że za pół roku będzie wymianka!" Ja mówię: "Eee tam, co ty gadasz, poradze sobie, wjeżdżam z buta, dobrze gram i zostaję!" Moi znajomi, gdy zobaczyli mnie w akcji tak samo - nie no, dobrze grałeś, o co poszło? Trudno było to racjonalnie wytłumaczyć, bo jak wspomniałem - miałem super kontakt z trenerem Ferrerą, czułem się pewnie. A nagle cała przygoda się skończyła. A oni w sumie mieli w dupie co się ze mną stanie. Trzy dni przed zamknięciem okienka jeden dyrektor mi zarzucił temat: "Dobra, możesz iść na wypożyczenie do Korei". No chyba gość oszalał. Gdyby mi z miesiąc wcześniej powiedział, to przynajmniej miałbym czas to przemyśleć, a tak? Bez żartów.

Najśmieszniejsze, że parę dni przed tym odsunięciem mnie byliśmy u prezydenta w jednym z domów, bo oczywiście ma ich kilka. Cała drużyna, z jego strony przyjechała rodzina, siedzimy rozmawiamy. Gość zapewnia nas wszystkich, iż on w nas wierzy, w tego trenera, zespół, nic nie zamierza zmieniać, wszystko mu się podoba. Następny mecz zremisowaliśmy 1:1 - pan Marciniak z panem Gilem nie uznali nam prawidłowo zdobytej bramki w 90. minucie! - a szejk dwa dni później stwierdził, że mój czas tutaj już się skończył. I nie tylko mój. No jak to wygląda? A dowiedziałem się, że dużo wcześniej przed tym spotkaniem z nim w jego posiadłości Al-Fateh negocjowało z Bashkimem Kadriim, któremu musiałem ustąpić miejsca. Jak ja mam takich ludzi traktować poważnie?

Gdyby zaraz zadzwonił do pana któryś nasz ligowiec i powiedział, że ma ofertę z Arabii Saudyjskiej, to poleciłby mu pan wyjechać do tej ligi?

Już dzwonili! Jeśli idziesz typowo pod zarobek, to pewnie, jedź. Skoro dają ci z 5-6 razy więcej niż masz tutaj, to skorzystaj. Musisz się jednak odpowiednio nastawić psychicznie na to, że trafisz do zupełnie innego świata i czasami może być trudno, zwłaszcza gdy wyjeżdżasz samemu. No i nie zdziw się warunkami. Bo o ile dywany na stadionach mają topowe, o tyle te boiska treningowe to pastwiska. Przynajmniej u nas tak było, pewnie to też zależy od klubów. Gdybym ci pokazał siłownię z Al-Fateh, to byś parsknął śmiechem. Rowerki bez siedzeń i inne takie atrakcje. Dla mnie to trochę nie do pojęcia, że oni mają tyle pieniędzy, a skąpią na siłownie. Wydaliby ze 20 tysięcy dolarów i mielibyśmy gdzie ćwiczyć, a tak...

No dobrze, to może zmieńmy klimaty na bardziej przyjemne, europejskie. Co słychać u Giniego Wijnalduma?

Haha, chyba widać! Raczej dobrze, skoro Barcelona się nim interesowała (śmiech). Nie no, super piłkarz to jest. Miałem okazję z nim grać i trenować, on zawsze był kozakiem.

W tamtym Feyenoordzie była niesamowita paka, jak tak sobie popatrzyłem. Wijnaldum, Makaay, van Bronckhorst, de Cler, Fer, Biseswar, de Guzman...

Jak masz dookoła siebie takich zawodników, to automatycznie sam zaczniesz grać lepiej. Z prostej przyczyny - bo oni będą też potrafili tobie zagrać dokładniej. Mały detal, ale dużo zmienia. Czy czułem się słabszy? No nie wiem co ci powiedzieć, ja wchodziłem do seniorskiego Feyenoordu mając około 18 lat, więc też o piłce i życiu myślałem inaczej. Nie da się ukryć, że w moim przypadku poszło to nie w tym kierunku, co powinno. Wszystko się na to złożyło - moje złe decyzje, mój trudny charakter, niektórzy trenerzy, czasem po prostu brak szczęścia... Może gdybym 8 lat temu nie wrócił do Polski, to byłbym w zupełnie innym, lepszym miejscu? A wtedy myślałem - dobra, przyjdę na rok, pogram, odbiję się i szybko wyjeżdżam ponownie. Zostałem na 7 lat.

Wielokrotnie słyszałem już to pytanie - co poszło nie tak? Kurde, no tak dokładnie, to nie wiem! Gdybym wiedział, to bym tego uniknął! (śmiech) A zupełnie na serio - nie potrafię wskazać jednej rzeczy. Parę wymieniłem przed chwilą, pewnie wszystko po trochu się złożyło. Może gdybym trafił na kogoś takiego jak pan Smółka kilka lat wcześniej, byłoby znacznie lepiej?

Johan Cruyff stwierdził kiedyś, że w Holandii często zabija się kreatywność piłkarzy. Bo taki Sneijder czy inny van Persie pierwsze szlify zbierali na podwórkach, gdzie chodziło głównie o drybling, drybling i jeszcze raz drybling. A w akademiach tego zakazują, każą więcej podawać zamiast kiwać i tak dalej. Miał rację?

Trochę tak, ja byłem tego żywym przykładem! Idąc do Holandii w wieku 16 lat byłem gościem, który biegał dosłownie non stop. I cały czas chciałem wchodzić w dryblingi. Nie mogłem się kiwać, to czułem się, jakbym nie żył. W Feyenoordzie skończyło się to poleganie głównie na własnym instynkcie. Pamiętam szok, jaki przeżyłem, gdy dostałem zakaz wbiegania w strefy skrzydłowych. A to wszystko mimo tego, że miałem świetne wejście do drużyny, szybko zdobyłem z 10 bramek i asyst. Dla nich to było nic, musiałem nauczyć się systemu. Jeszcze później kazano mi grać na jeden, maks dwa kontakty. Moje przyzwyczajenia sięgały jeszcze trzeciego i czwartego, bo dzięki temu mogłem się kiwać (śmiech). W tym sensie rzeczywiście zabili we mnie trochę tego rodzaju kreatywności i pewności siebie, choć jednocześnie nauczyli paru innych rzeczy. Ale żeby nie było - nie mam do nich żalu. Pewnie zatem Cruyff miał rację, chociaż zarzucać brak kreatywności takim gościom jak na przykład Depay... 

Wijnaldum też grał kiedyś zupełnie inaczej niż obecnie. W Newcastle nawet na skrzydle biegał. A teraz jego rolę w Liverpoolu najdokładniej można określić mianem "zadaniowiec". Gra facet na takim poziomie, że trudno się go w czymkolwiek czepiać. Dla mnie to jest naprawdę wielki piłkarz. 

Słowem o szkoleniu jeszcze - tam w ogóle mądre jest choćby to, że gdy w pierwszym zespole grają 4-3-3, to też wszystkie zespoły juniorskie, od najmłodszych lat też uczą się funkcjonowania w identycznej taktyce. Dzięki temu później młody chłopak nie odczuwa szoku, gdy przechodzi ze swojej drużyny do seniorskiej. On ma być gotowcem, a nie gościem, którego trzeba będzie uczyć nowej strategii przez kolejny rok.

Wypożyczenia z Feyenoordu panu pomogły czy wręcz przeciwnie?

Tak to funkcjonowało, że młodzi szli się ogrywać gdzie indziej. Wielu moich kolegów w podobnym wieku już zdążyło odejść, a ja jeszcze przebywałem na zgrupowaniu z drużyną seniorską, chociaż nagle zaczęto przymierzać na lewego obrońcę. Wtedy to było dla mnie nie do zaakceptowania, mimo iż wypadałem tam całkiem nieźle. Został mi wówczas rok kontraktu i w końcu zdecydowano mnie wypożyczyć do Excelsioru. Poszedł tam trener, którego znałem z rezerw. W pierwszym pięciu meczach zdobyłem 4 bramki, niezły start, grałem na swojej pozycji. Czułem zaufanie od trenera, wszystko było w porządku.

Ale przyszła przerwa zimowa, ja cały czas byłem zdrowy, pracowałem jak zwykle i nagle wyleciałem z pierwszego składu. Powiedziano mi, że muszę być cierpliwy, bo chcą też sprawdzić kogoś innego. No w porządku - raz, drugi, trzeci, ale przy szóstym i siódmym już zapala się lampka, że coś jest nie tak. Zapytałem o co chodzi i mówią mi, iż to dlatego, że nie mam wystarczająco dużo asyst, a w ogóle to przestałem się uśmiechać na treningach. No chwila - może asyst nie mam, ale strzeliłem siedem goli, w czym problem? Poza tym - z czego ja się tam miałem cieszyć, skoro tak nagle straciłem miejsce w wyjściowym składzie właściwie bez większego powodu? 

Wtedy już coś we mnie rzeczywiście pękło. Mniej więcej w tym czasie na stażu w Feyenoordzie pojawił się trener Kafarski, bardzo mnie namawiał na przejście do Lechii, złapaliśmy całkiem fajny kontrakt. Chciałem jednak powalczyć do końca sezonu o pozycję w Excelsiorze, zwłaszcza że z końcem sezonu wygasała też moja umowa z Feyenoordem. Finalnie okazało się, iż chcą ze mną przedłużyć umowę, ale... Znowu na lewej obronie. Nie rozumiałem po co wypożyczyli mnie do drugiej ligi, żebym mógł grać i rozwijać się na swojej pozycji, aby za rok znów coś ze mną kombinować, przestawiać mnie i tak dalej. Finansowo też żadnego awansu bym nie zaliczył - wszystko na tych samych warunkach. Trochę dziwnie się z tym poczułem, zwłaszcza że przeszedłem przez kilka szczebli ich akademii, tyle się nasłuchałem o wierze we mnie... Ostatecznie się nie dogadaliśmy.

Muszę przyznać, że wówczas faktycznie zaliczyłem mocny dołek. Jak to się ładnie mówi - miałem wylane na wszystko. Przestałem o siebie dbać, rodzina była daleko, ja młody szczur, nie wiedziałem jak się w tym wszystkim powinienem zachować. Gdy odszedłem z Feyenoordu wpadłem w naprawdę zły stan. Źle się odżywiałem, na jakiś czas nawet przestałem trenować, bo chciałem zupełnie odpocząć, także fizycznie. Mentalnie nie dałem sobie rady. Z Lechią też mi nie wyszło i w końcu chciał na mnie postawić Marc Overmars w drugoligowym Go Ahead Eagles. Nieźle mi tam szło, całkiem dobrze się czułem, ale znów - skończył się kontrakt, coś trzeba było ze sobą zrobić. No i postanowiłem wrócić.

Pewnie przydałoby się wtedy panu mieć przy sobie rodzinę. Piłkarze często opowiadają jak w takich chwilach ważne bywa wsparcie na przykład od taty. Jak to było u pana?

Z moim tatą zawsze miałem świetne relacje, takie mega mocne. Często przyjeżdżał na moje mecze do Holandii. Wsiadał w auto i jechał kilkaset kilometrów, aby zobaczyć mnie w akcji. Robił to nawet już po tym, gdy wykryto u niego nowotwór. Zresztą, jemu się po prostu podobało w Holandii, więc tym bardziej go ciągnęło. Nie mogę narzekać. Starał się, okazywał mi wsparcie, zawsze trzymał kciuki, motywował.

Z trenerami miewał pan sprzeczki, a z ojcem?

Miałem jedną, dość dziwną, za czasów gry w Koronie. Do dzisiaj mam żal i pretensje do siebie, bo chyba zareagowałem za mocno. Nie nakrzyczałem na niego, ale zrugałem dość mocno. Chodziło bodajże o mecz ze Śląskiem, w którym wszedłem z ławki i - moim zdaniem - wypadłem korzystnie. Chłopaki w szatni też byli ze mnie zadowoleni, wszystko fajnie. Tylko nie tata. Nigdy mnie jakoś mocniej nie krytykował, a nagle był tak bardzo niezadowolony i trochę się poróżniliśmy. No ale to tylko jedno takie wydarzenie mi przychodzi na myśl. Poza tym to był naprawdę złoty człowiek. 

To w sumie ciekawe jak my, po tej stronie, kibice i dziennikarze, mało wiemy o waszym życiu. W tym sensie, że gdy ktoś zawali mecz albo trzy, to niekoniecznie przez to, iż mu się nie chce, albo trener go źle przygotował, tylko myślami jest gdzie indziej - na przykład przy chorym członku rodziny.

Niestety rzeczywiście miałem bardzo trudne półtora roku, mniej więcej w tym czasie, kiedy grałem w Górniku. W tym krótkim czasie przez nowotwór zmarł mój tata, na statku w wypadku zginął brat, później odeszła babcia... Trudno było mi wtedy skupić się na czymkolwiek. Gorszy okres w piłce, kolejne zmarnowane sytuacje i tym podobne też nie pomagały. Ludzie, nie wiedząc co się u mnie dzieje prywatnie, zaczęli po mnie jechać, bo grałem kiepsko. Ten "kryzys" zaczął się już pod koniec mojego pobytu w Koronie, która też postanowiła się mnie pozbyć, mimo kontraktu na następne półtora roku. Pan Paprocki jednak bardzo chciał, abym odszedł. Słyszałem rzeczy typu "jak zostaniesz, to będziesz biegał po lasach".

Ostatnio był pod mocnym ostrzałem za to, że poniekąd również doprowadził Koronę na skraj. A przynajmniej nie przeszkodził w tym innym.

Ogólnie to jest dobry człowiek, ale jego metody, gdy chciał się pozbyć paru chłopaków z klubu pozostawiały wiele do życzenia. Nie wiem, może ktoś z góry tak mu kazał, ale dzisiaj nie interesuje mnie to kompletnie. Żeby było śmieszniej - trener Tarasiewicz powiedział mi wtedy, że on mnie do żadnego klubu kokosa nie wyśle, tylko nadal będzie na mnie liczył, bo wierzy w moje umiejętności. Dla spokoju jednak postanowiłem skorzystać z jednej z ofert. Zresztą, jeszcze się go w tym radziłem i w końcu poszedłem do Pogoni.

Ech, żałuję, że tak to się potoczyło u Portowców. Fakty są jednak takie, że do Szczecina ściągały mnie dwie osoby, które za chwilę zwolniono. Natomiast zaraz po podpisaniu kontraktu powiedziano mi otwarcie: "Tylko my tu cię chcieliśmy, jak się nas pozbędą, to będziesz pierwszy do odstrzału." 

O co z kolei fani Górnika mieli do pana pretensje?

Chodziło o powrót za przeciwnikiem w derbach z Ruchem w akcji, po której straciliśmy bramkę. A jak wcześniej byłem do gry, pokazywałem się koledze, aby mi podał, to on tego nie zrobił, stracił futbolówkę i wszyscy mieli pretensje do mnie... Mniej więcej w tym samym okresie widziałem, jak podobne sytuacje zdarzyły się Toniemu Kroosowi i Umtitiemu. Jakoś nikt wtedy draki nie robił. Tak to pasowało ludziom, zwłaszcza że jeszcze wyszła historia z wyjazdem na mecz Korony. Pojechaliśmy wtedy razem z Pawłem Golańskim i Maćkiem Korzymem i prawie zarobiliśmy zakaz stadionowy. Do tego jeszcze prowadził nas Leszek Ojrzyński, którego znaliśmy z Kielc. Wygodnie im było zrobić z nas kozły ofiarne.

A propos tej akcji, to pewnie też nie było tak, że Umtiti czy Kroos nie zostali potem opieprzeni przez trenerów w szatni.

Być może, ale drażniło mnie to, gdy w analizie meczu Tomasz Ćwiąkała wspomniał „powrót a'la Janota w meczu Ruchem". No cholera jasna, że też ludzie żyją w ogóle takimi rzeczami przez tyle czasu! Nieważne, że Janota to solidny piłkarz na Ekstraklasę, z niezłą techniką, dobry do gry kombinacyjnej... Nie, to ten od nieudanego powrotu w derbach! Rozumiesz to?

Trochę. Za pierwszym czy drugim razem z perspektywy kibica czy dziennikarza to może być nawet zabawne, ale podejrzewam, iż za dziesiątym dla pana to już niekoniecznie. Tak samo czasem mam wrażenie, że Iwański z Legii jest dziś pamiętany głównie za ten swój słynny pressing. Wróćmy jednak do pana - uważa pan, iż przyklejono panu łatkę?

Zdecydowanie! Proszę zapytać na przykład trenera Smółkę, czy ja mam problemy z zaangażowaniem w pracę, co wielokrotnie mi zarzucano. Nie, ja uwielbiam zasuwać. Ba, lepiej się czuję i psychicznie, i fizycznie, kiedy trenuję dwa razy dziennie. Kocham to, a dobre przygotowanie do meczu dodatkowo buduje moją pewność siebie.

Aczkolwiek pana trudny charakter pewnie czasem przeszkadzał w karierze.

Na pewno, szczególnie tutaj w Polsce. Są u nas w kraju trenerzy, którzy nie lubią pracować z osobami takimi jak ja, bo zawsze mam coś do powiedzenia, posiadam swoje zdanie i spostrzeżenia na temat gry czy metod treningowych.

Kto z panem nie lubił współpracować?

Ajajajaj, ciągniesz za język, ciągniesz! (śmiech)

Taki mój zawód! (śmiech)

Ja rozumiem, ale nie wszystko jest warte publicznego poruszania. Jest pewien trener, któremu ewidentnie nie leżałem i może też przez niego przylgnęła do mnie ta ciągnąca się latami niekorzystna etykieta. Jeden transfer w Ekstraklasie wywalił mi się, bo uwierzyli tam, iż "Janota często imprezuje". Gówno prawda, ja nie wiem kiedy ostatni raz byłem na imprezie. Od dawna mam żonę i dwójkę dzieci, zupełnie nie w głowie mi takie rzeczy. Serio, to był jedyny powód, przez który mnie skreślono.

MECZE ARKI, POGONI, GÓRNIKA CZY KORONY MOŻESZ OBSTAWIĆ W BETSAFE! ZAREJESTRUJ SIĘ I SPRAWDŹ OFERTĘ!

Powiem więcej - w Arce też mieli co do mnie wątpliwości na podobnym tle. Ostatecznie trafiłem tam głównie dlatego, że trener Smółka i pan Globisz się uparli na sprowadzenie mnie. Ani młody Midak, ani prezes Pertkiewicz, ani dyrektor sportowy mnie tam nie widzieli. Przez to też tak trudne były rozmowy kontraktowe z nimi. W ogóle słyszałem taką historię, że sam Zbigniew Smółka o mały włos nie podpisałby swojego kontraktu z Arką, gdyby jej władze nie zgodziły się sprowadzić również mnie.

Kiedy o mały włos nie zakończył pan kariery?

Przed przenosinami do Stali powiedziałem żonie: "Daję sobie ostatni rok. Jak tutaj nie odpalę, to kończę z graniem". Po paru latach w polskiej piłce zwyczajnie miałem dość całego tego środowiska, wszystkich najmądrzejszych na świecie ludzi, zakłamanych. Cokolwiek się działo - obrywałem ja, ile można... A potem wszyscy byli zdziwieni, gdy trener Smółka mi zaufał, że ja jednak umiem grać w piłkę, robię różnicę na boisku, potrafię pociągnąć drużynę. No jasne, że potrafię, skąd to zdziwienie?!

Ciekawe jest to, że z jednej strony tyle się o panu mówi w kontekście kłócenia się ze wszystkimi trenerami, a z drugiej zarzucano panu, że poszczególni szkoleniowcy ciągnęli pana za uszy za sobą.

Nie ma co dyskutować z faktami. Leszek Ojrzyński znał mnie z Korony i ściągnął potem do Górnika, z Zbigniew Smółka zabrał ze sobą do Arki. Ale ja bym na to spojrzał nieco inaczej. Każdy szkoleniowiec ma swój preferowany styl i jeśli ja do niego pasuję, to normalne, że możemy współpracować. Na przykład Leszek Ojrzyński bazował na motywacji, pressingu, wszystkim co da się zamknąć w określeniu "jeżdżenie na dupie". Dla mnie to było dobre, on mi w tym wszystkim pomagał, wspierał mnie, czułem zaufanie. Wtedy ja bym za nim w ogień poszedł, mimo że jego filozofia futbolu nie była taką typowo pode mnie, ale potrafiłem się dostosować. U Smółki zupełnie inaczej - piła ma być jak najczęściej na ziemi, dużo krótkich podań, wymieniajcie futbolówkę, nie przetrzymujcie, zagrywajcie szybko, mocno, przyjmujcie kierunkowo... Albo trener Pacheta - on z kolei miał super treningi. Zresztą, o nim wiele mówi to, że wrócił do Hiszpanii i ostatnio zrobił dwa awanse z Elche, aż do Primera Division.

Pan się czuje spełnionym piłkarzem?

Nie. Chciałbym osiągnąć więcej, jeszcze mam na to parę chwil. Tak trzeba żyć - wymagać od siebie i stawiać sobie cele. Z dotychczasowej kariery nie mogę być jednak zadowolony. Uważam, iż z różnych względów "straciłem" kilka lat dobrego grania. Aczkolwiek kiedy zaczynam o tym myśleć, zawsze mówię sobie, że te moje nie zawsze udane przygody z futbolem to nie jest koniec świata, a inni ludzie mają dużo poważniejsze problemy. Są też ważniejsze rzeczy w życiu niż moje poczucie spełnienia w roli piłkarza.

Jakich decyzji pan żałuje?

Na przykład szybkiego powrotu do Polski. Po szkodzie to zawsze łatwo mówić. Pewnie w paru momentach inaczej bym się zachował, bo teraz jestem już znacznie mądrzejszy i bardziej dojrzały, spokojniejszy. Musiałbym się nad tym wszystkim mocno zastanowić, lecz na co dzień nie analizuję takich rzeczy... Hmm, w pewnym momencie podczas gry w Koronie miałem ofertę zza granicy, może trzeba było skorzystać? Z drugiej strony dzięki temu, że zostałem w kraju na dłużej udało mi się założyć rodzinę i też jestem z tego dumny i zadowolony. O, akurat żona dzwoni, no krótko mnie trzyma (śmiech)!

W Holandii ponoć zabijają kreatywność, a co w panu zabił Czesław Michniewicz?

On też ma mocny charakter, podobnie jak ja no i po prostu nie były ze sobą kompatybilne (śmiech). Wkurzył mnie mocno jako człowiek, ale trenerem jest naprawdę dobrym. Jego zajęcia były intensywne, dało się czegoś nauczyć. Pod kątem warsztatowym nie mam mu nic do zarzucenia. Na płaszczyźnie życiowej jednak nie potrafiliśmy się porozumieć. Szczegóły niech pozostaną między nami. No chyba, że sam będzie chciał coś powiedzieć na ten temat, ale to już jego sprawa.

A z "trenerem" Tomaszem Ćwiąkałą by się pan dogadał? Żartuję teraz oczywiście w nawiązaniu do jednego z filmików, w którym czytał pan i odpowiadał na różne tweety.

Nie znam tego człowieka, nigdy się nie poznaliśmy. Rozumiem, że pracował w Weszło, a taka jest specyfika portalu, aby czasem komuś pocisnąć. Ale to też nic, do czego na co dzień przywiązywałbym wagę. Takie rzeczy robi się na potrzeby mediów. Spotkałem go kiedyś w galerii handlowej - tak mi się zdaje i jestem niemal pewny, że to był on - to siedział przy stoliku, schowany... Kurde, czemu nie podejdzie, nie przywita się, nie zapyta o cokolwiek? Moglibyśmy pogadać. W mediach to można wszystko napisać, a tak nawet "cześć" ci nikt nie powie. Dziwne to jest dla mnie. Na przykład mój menedżer ma o nim dobre zdanie. No nie wiem, trudno mi coś powiedzieć, nie znamy się. Tyle miałem z nim wspólnego co to, że mi kiedyś pocisnął, mimo iż sam nigdy w piłkę chyba nie grał.

Nie trzeba być koniem, aby zostać dżokejem.

Ja uważam właśnie, że ktoś kto parę lat grał w piłkę będzie miał lepszą intuicję i większą wiedzę niż ten, co naczyta się mądrych książek. 

Temu akurat nie przeczę.

Mamy zupełnie inne spojrzenie na piłkę, inne perspektywy.

Dlatego chciałem z panem pogadać.

I fajnie, możemy skonfrontować nasze zdania. Uważam, że mogę się na te różne tematy wypowiadać, skoro trochę pograłem, a na przestrzeni lat spotkałem wielu różnych piłkarzy, poznałem sporo trenerów. Ja jestem otwarty na wszystko. Gdyby pan Ćwiąkała też chciał zrobić ze mną wywiad - spoko, zapraszam, porozmawiamy normalnie, żaden problem. Bylebyśmy jak najmniej oceniali tylko po okładce i nie przypinali łatek.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się