var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Twitter @WartaPoznan

Mateusz Kupczak dla 2x45: Termalica wydaje się świetnie poukładana, ale w środku panuje bajzel. Zmiana klubu wyszła mi na dobre

Autor: rozmawiał Marcin Łopienski
2020-11-22 09:24:35

Dlaczego Mateusz Kupczak zdecydował się na transfer i co dało mu przejście do Warty? Jak spartańskie warunki ukształtowały drużynę? Jak pomogła mu współpraca z Piotrem Tworkiem i Łukaszem Trałką? Dlaczego śmiechem reaguje na krytykę mediów? Co musiałby zrobić, żeby portal Weszło w końcu pozytywnie o nim napisał? Jak świadomość, że gra się dla klubu z małej miejscowości wpływa na piłkarzy? Dlaczego uważa, że w Termalice panuje bałagan? Dlaczego uważa Piotra Mandrysza za piłkarskiego ojca? Z czym kojarzy mu się Podbeskidzie? Co zrobił źle, że nie wycisnął maksimum ze swojej kariery?

Zapraszamy do lektury!

***

Sporo było tego czekania u pana na powrót do Ekstraklasy. Jakie to uczucie w końcu do niej wrócić?

Bardzo przyjemne, ale nie nazwałbym tego oczekiwaniem. 

A jak? 

Pracą. Grając w Termalice spadłem z Ekstraklasy, później chcieliśmy jak najszybciej do niej wrócić, ale nie udało się. Trzeba było zmienić klub, przyszedłem do Warty i w tym nowym środowisku, na takiej piłkarskiej złości, dobrze się odnalazłem, stworzyliśmy fajną ekipę i nieoczekiwanie udało się wrócić na ten najwyższy poziom. Fajne, mega przyjemne uczucie, ale bez ciężkiej pracy, mojej i wszystkich chłopaków, nie udałoby się.

Skoro pojawił się temat Bruk-Betu... Latem 2019 roku Termalica już pana nie chciała?

Tak. Kontrakt mi się skończył, wcześniej dostawałem jakieś sygnały o nowej umowie, obydwie strony wyrażały swoje chęci, ja miałem swoje wymagania, ale nie doszło do finalizacji i musiałem szukać sobie nowego klubu. 

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze?

Sam nie wiem. Miałem już swoje sprawy z Termalicą, byłem już tam długo…

Dorobił się pan nawet opaski kapitana. 

Tak i być może w związku z tym moje oczekiwania wobec nowej umowy były inne. Ostatecznie zmiana klubu wyszła mi na dobre. 

Wspominał pan o nieoczekiwanym awansie Warty, bo on rzeczywiście taki był. Na co latem 2019 roku nastawiał się klub?

Podobnie jak wy, dziennikarze, na pewno nie na awans (śmiech). Na początku nie mieliśmy jasno postawionego celu, mieliśmy stworzyć ciekawą drużynę i w pierwszej kolejności walczyć o utrzymanie. Warta w tym sezonie 2018/19 również walczyła o pozostanie w I lidze. Styl gry też był inny od tego, który prezentujemy teraz. Nikt się tego nie spodziewał, my na to nie liczyliśmy na początku, media podobnie. 

Z czego to wynikało? 

Jak rozmawiałem z chłopakami, już po moim przyjściu, to wielu mówiło mi, że wcześniej nie było pełnej drużyny do treningu, informacji odnośnie tego, kto może ją wzmocnić. Można więc powiedzieć o niepewności i budowie zespołu od podstaw w tamtym momencie.

Najwięcej w klubie drgnęło po zmianie właściciela.

To prawda. Dzięki czemu odbiór Warty jest już inny niż kilka lat temu. 

Zespół też zaczęto budować w inny sposób. 

Tak, moim zdaniem mądrzejszy. Nowy dyrektor sportowy, trener. Impuls do zmian poszedł z samej góry i przeniósł się na dół, czyli na nas piłkarzy. Tak to powinno wyglądać w profesjonalnym futbolu. Wszystko się zazębiło i dzięki tym zmianom mamy sukces w postaci Ekstraklasy. 

A czy fakt, że Warta skupiała się na budowie drużyny opartej na Polakach miała dla Pana znaczenie przy podpisywaniu kontraktu? 

Na pewno przychodząc z zagranicznej szatni w Termalice, to fajnie, że trafiłem do klubu z taką historią i całą polską szatnią. To była duża zmiana, ale od razu dało się odczuć, że grupa jest bardziej swojska. Na tym też zbudowaliśmy znakomitą atmosferę. 

To w jaki sposób została stworzona drużyna Warty zostało docenione przez media. Czuliście to wsparcie? 

Na pewno tak. To było miłe, ale my jeszcze musieliśmy to za każdym razem potwierdzić na boisku. 

To proszę mi opowiedzieć o swoich pierwszych wrażeniach po przyjściu do klubu. Zobaczył pan infrastrukturę i…? 

(śmiech)

Tylko szczerze.

A był pan kiedyś w Warcie? 

Mieszkam w Białymstoku i jeszcze nie miałem okazji, a przez pandemię zapewne szybko nie zawitam. 

Rozumiem. Nie będę owijał w bawełnę, bo to nie ma sensu. Pod względem infrastruktury w Warcie są stare czasy. Cały klub, mam tu na myśli budynek, pamięta naprawdę dawne lata... 

Co to znaczy? Jak stare?

Do tego stopnia, że mnie wtedy jeszcze na świecie nie było, pana pewnie też i tak to zostało do dzisiaj. Przed przyjściem do klubu miałem tego świadomość, bo będąc w Termalice grałem na tym stadionie, więc wiedziałem jak to wygląda. 

Strach było się przebierać w szatni?

W samej szatni to nie, ale jak się wchodzi do klubu podczas ulewy, to widać ten czas, jaki w tym miejscu upłynął i pewnie nie jeden by się za głowę złapał. 

Pan się łapał? 

Nie. Patrząc na to wszystko, już jako gracz Warty, można podejść do tego na dwa sposoby. Pierwszy to mobilizacja do pracy, myślenie w kategoriach: robię mały krok w tył, żeby zrobić dwa do przodu. Drugi to opuszczenie rękawicy i poddanie się. 

My mieliśmy do tego dystans. Koledzy jak mnie witali to żartowali, żebym się nie przestraszył, nie zraził i tak jakoś z dystansem każdy podchodził do tego przeciekającego dachu. Myślę, że na tym też zbudowaliśmy atmosferę zespołu. 

Panu te trudne warunki pomogły. W uwolnieniu ofensywnego potencjału również. 

Na pewno. Baza w Termalice, a baza w Warcie, to dwa inne światy. Tam wszystko nowe, świeżo wybudowane, tylko czerpać radość z treningów. W Poznaniu natomiast czuć starość, ale to mnie właśnie zahartowało. Wspomniał pan o tej ofensywie i z takim celem przychodziłem do Warty. W Termalice byłem często traktowany jako ten defensywny pomocnik, może z niezłym rozegraniem, ale pod kątem ataku nie byłem raczej odbierany pozytywnie. 

Warta w I lidze grała bardzo ofensywnie i ja te swoje walory w ataku mogłem pokazać, czy to zdobywając bramki z gry, czy również z rzutów karnych. Naprawdę fajnie nam się to wszystko zazębiło z chłopakami i ja również mogłem z tego skorzystać. 

Obecność w zespole i taktyce Łukasza Trałki mocno pomogła? 

Zdecydowanie. Łukasz z racji wieku bardziej odpowiada za defensywę, ma olbrzymie doświadczenie i dzięki temu wspomaga nie tylko mnie, ale również obrońców. A skorzystałem na tym, bo mogłem sobie bardziej pobiegać z przodu, częściej pokazywałem swoje atuty w rozegraniu piłki. I wydaje mi się, że tej mojej jakości było na boisko więcej widać. 

Pan podpisując umowę z Wartą miał jakieś sygnały, że Trałka również jest bliski dołączenia do drużyny? 

Nic nie wiedziałem. Miałem taki czas, że sam szukałem sobie nowego miejsca pracy, miałem oferty z Ekstraklasy i z I ligi, ale w końcu zdecydowałem się na Wartę. Nie myślałem jednak o tym kto może jeszcze do drużyny z Poznania dołączyć. 

Ta oferta z Ekstraklasy, to latem 2019 roku była z Piasta Gliwice, czyli ówczesnego mistrza Polski. 

Zgadza się, byłem blisko dogadania się, ale ostatecznie wzięli innego zawodnika. Bodajże Bartosza Rymaniaka, chociaż gramy na innych pozycjach.

Pytałem o Łukasza Trałkę nie bez powodu. Pan odchodząc z Termaliki miał takie sobie opinie, Trałka opuszczał Lecha również w nie najlepszej atmosferze. Chcieliście w Warcie pokazać wszystkim przeciwnikom, że grubo się pomylili? 

Wydaje mi się, że to jednak są dwie różne historie. Na pewno podświadomie myśleliśmy, że to najwyższa pora i najlepsze miejsce żeby komuś coś udowodnić, ale nie rozmawialiśmy o tym, nie mówiliśmy o tym głośno. 

 

 

A jak pan sobie radził z tą krytyką mediów jeszcze za czasów gry w Niecieczy? 

Opinie mediów wiele razy do mnie docierały, nie będę kłamał. Głównie negatywne, ale starałem się nie przywiązywać do nich większej wagi. Znałem swoją wartość, do tego w Termalice tak się ułożyło, że na swojej drodze spotkałem chyba sześciu trenerów, z czego wcześniej znałem tylko pana Mandrysza i Michniewicza. Każdy ze szkoleniowców wszystkim dawał czystą kartę, a ja zawsze grałem. To pomagało odcinać się od tych komentarzy. 

W tamtym czasie należał pan do ulubieńców Weszło.

Nigdy o mnie nie pisali dobrze i pewnie nie będą. Musiałbym robić cuda na boisku… Gdybym je robił, to by oznaczało, że jestem znacznie lepszym piłkarzem, a przy okazji utarłbym im nosa. Tylko na boisku mogę się bronić przed takimi opiniami. 

Przygotowując się do rozmowy nie znalazłem wielu rozmów z panem i tak się zastanawiam, czy za czasów gry w Termalice celowo nie chciał pan dolewać oliwy do ognia?

Nie jestem takim człowiekiem, który na siłę szuka zwarcia czy konfliktu. Podczas swojej kariery nigdy nie unikałem dziennikarzy i nie mam zamiaru tego robić, może wyłączając ten portal, o którym wspomnieliśmy. Jednakże podczas mojej kilkuletniej gry w Ekstraklasie panowie z Weszło nigdy nie chcieli ze mną porozmawiać…

Domyśla się pan dlaczego?

Na pewno nie było też tak, że Termalica zawsze grała pięknie i widowiskowo, czasami zdarzały się gorsze momenty, krytykę trzeba było z pokorą przyjąć na klatę. Przez kilka sezonów byłem kapitanem tamtej ekipy, miałem w związku z tym pewne obowiązki, ale zawsze po tych słabszych występach winy szukałem u siebie. 

Nie miałem też intencji odbijać piłeczkę w drugą stronę i szukać przyczyn gdzieś na zewnątrz. Mediów jednak nie unikałem. Może było tak, że po prostu dziennikarze uznali, iż jestem tak nudnym człowiekiem jak na boisku i nic ciekawego w wywiadzie nie powiem (śmiech). 

 

 

Jak sięgam pamięcią do tamtych czasów, to w meczach też nie było tak, że był pan zawsze najgorszy na placu. 

Dzisiaj najlepiej sprzedają się negatywne rzeczy. Ostatnio żona pokazała mi statystykę fauli po pięciu kolejkach Ekstraklasy, gdzie byłem wyróżniony jako ten pierwszy. Jestem defensywnym pomocnikiem, walczę w środku pola i moim zdaniem te pięć fauli na mecz (łącznie było ich 21 po sześciu kolejkach – red.) to nie jest jakiś oszałamiający rezultat. Czasami wystarczy przeciwnika delikatnie popchnąć i jest przewinienie. Taka jest moja charakterystyka jako piłkarza, który gra twardo w odbiorze. Nasza taktyka opiera się na przerywaniu akcji jak najdalej od naszej bramki, a ktoś to musi w Warcie robić. 

Wrócę do Termaliki. Łatwo grało się w Ekstraklasie z tym poczuciem, że byliście traktowani jako ci gorsi z małego miasteczka? 

Na pewno było to negatywne, ale bardziej to dotykało właścicieli, ludzi związanych z tym klubem od wielu lat. Przecież oni wykładali swoje prywatne pieniądze, dzięki nim lokalna społeczność, która mocno się utożsamia z Termalicą, ma swój klub. Oczywiście tych fanów jest mało, są oni ze wsi, ale to nic złego. Wręcz przeciwnie. Nas zawsze budowało, że ta garstka jeździła za nami na mecze po całej Polsce.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że trener Mandrysz to pana piłkarski ojciec?

Nie, zawsze powtarzam, ile mu zawdzięczam. Doskonale pamiętam moje początki pod jego opieką: najpierw w Tychach, w II lidze zrobiliśmy awans, później wspólnie awansowaliśmy z Termalicą do Ekstraklasy. Nie będzie przesadą również powiedzenie, że byłem jego żołnierzem i dzięki niemu złapałem taką piłkarską regularność. Stawiał na mnie jako młodzieżowca w Tychach i później w każdej drużynie już mnie chciał. 

Co najwięcej zyskał pan na tej współpracy? 

Nauczył mnie grać w piłkę. W każdym miejscu trener Mandrysz chciał grać ofensywnie, a on od początku uczył mnie jak defensywny pomocnik powinien rozgrywać futbolówkę. Muszę też zaznaczyć, że trener zawsze na pierwszym miejscu stawiał na ciężką pracę i to również wyniosłem z tej wieloletniej współpracy.

MECZE WARTY POZNAŃ ORAZ TERMALIKI MOŻESZ OBSTAWIAĆ U NASZEGO PARTNERA BETSAFE! ZAREJESTRUJ SIĘ I SPRAWDŹ OFERTĘ!

Macie nadal kontakt? Bo obecnie trenerowi raczej nie wiedzie się w piłce. 

Wiem, o co pan pyta. Wcześniej miał trudny okres w Sosnowcu i GKS-ie Katowice, była też Termalica. Trener Mandrysz jest upartym człowiekiem, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, wszystko chce mieć pod kontrolą i kluczową kwestią we współpracy jest zaufanie. A o takie trudno w naszej rzeczywistości. Wyniki raczej muszą być na tu i teraz. 

A czy orientuje się pan, jak duży wpływ na niepowodzenie Mandrysza w Termalice w poprzednim sezonie miał dziwny model zarządzania klubem?

Wydawałoby się, że Termalica powinna być klubem świetnie ułożonym: pieniądze są, fajna infrastruktura, do tego mocny skład na papierze, ale jeśli przyjrzymy się od środka, to wychodzi bajzel. Przykładowo z doborem zawodników czy zmianami na fotelu trenera. Trzeba jednak przyznać, że sam piłkarz często nie ma na takie sprawy wpływu. W Termalice byłem kapitanem, od dłuższego czasu widziałem, co się dzieje, ale my swoją robotę mogliśmy wykonywać tylko na boisku. 

Wam nie pasowały tak częste zmiany na ławce trenerskiej?

Nawet jeśli nam nie pasowały, to swoje i tak musieliśmy robić na boisku. Nie mamy nic do gadania. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że niektóre ruchy były zrobione za szybko, a inne za późno. 

Ostatnie pytanie dotyczące Niecieczy: czy w sytuacji, kiedy spodziewaliście się zmiany trenera jako kapitanowie zdecydowaliście się na obronę szkoleniowca? Czy u nas jest to raczej niemożliwe? 

Jeśli uważa pan, że takie sytuacje obrony nie mają miejsca, to być może zaskoczę: były podejmowane takie próby. Problem w Termalice był jednak taki, że nie do końca trener zawsze był winny danej sytuacji. 

Może pan rozwinąć? 

Przed chwilą rozmawialiśmy o polskiej szatni Warty, a jak widziałem, kto przychodził do Termaliki, to już przed startem rundy czy sezonu wiedziałem, że trudno będzie z tym „materiałem” zrobić dobry wynik.

A jakie jest pana pierwsze skojarzenie z Podbeskidziem Bielsko-Biała? 

(po chwili namysłu). Wydaje mi się, że brak prawdziwej szansy w seniorskiej piłce. W późniejszych latach pokazałem, że mogę grać na poziomie Ekstraklasy, ale miejsca w Podbeskidziu dla mnie nie było. Za moich czasów w klubie grali doświadczeni zawodnicy i takiemu młodemu piłkarzowi bez wymogu młodzieżowca było trudniej zaistnieć. Trzeba było szukać swojej drogi. Największym plusem historii z Podbeskidziem było to, że klub wyciągnął mnie z Żywca. Zatem z jednej strony była to szansa na zaistnienie w naszej piłce, z drugiej jednak trochę mnie ten okres stłamsił, bo z braku gry musiałem stamtąd uciekać. 

Jak pan reagował na teksty ludzi z klubu, którzy publicznie chcieli stawiać na młodzież, ale w praktyce nie miało to pokrycia? 

Śmiałem się. Teraz może i chcą stawiać na młodzież, klub ma z tego profity, ale wtedy… Mam kolegów, którzy albo kopią piłkę na niższym poziomie, albo skończyli już grę, a byli na takim samym poziomie jak ja. Niektórzy może nawet na wyższym. Kiedyś podpisywało się kontrakty długoletnie i było się takim więźniem klubu. Ja już po roku wiedziałem, że zrobiłem błąd i gdyby nie wypożyczenia oraz trener Mandrysz być może byśmy nie rozmawiali, bo nie grałbym w Ekstraklasie. 

Pamięta pan nazwiska talentów, które przez politykę klubu zaginęły? 

Pewnie nie kojarzy pan takiego chłopaka jak Mariusz Mikoda – lewy obrońca, bardzo dobrze się zapowiadał, razem jeździliśmy na kadrę Śląska. Gdyby dostał szansę, to moim zdaniem grałby w Ekstraklasie. Kolejny to Damian Nowak, który po niezłym debiucie musiał sobie szukać wypożyczenia, obecnie występuje w GKS-ie Tychy.

Nowaka skojarzyłem, ale dopiero po wpisaniu w wyszukiwarkę.

Z zawodników, których musi pan znać, to Aleksander Jagiełło, na którego akurat stawiał Czesław Michniewicz. Podobny przypadek to Sebastian Bartlewski. Z Damianem Byrtkiem razem dojeżdżaliśmy z Żywca na treningi. Zaskoczył mnie pan tym pytaniem, ale tak na szybko przypomniałem sobie tę piątkę. 

Pan nie przepadł. Jakub Biskup, w rozmowie z Weszło w 2015 roku na pytanie o nazwisko piłkarza z tamtego składu Termaliki, który odniesie największy sukces, wymienił pana. Jak zatem oceni pan dotychczasową przygodę z piłkę? 

Na pewno nie czuję się spełniony w tym zawodzie, jestem w Warcie Poznań, zrobiliśmy fajny awans, ale chciałbym grać na jeszcze wyższym poziomie. I teraz robię wszystko, aby w przyszłości zrobić kolejny krok. 

Wracając jeszcze do tego wywiadu. Miłe słowa powiedział Jakub, ale myślę, że nie do końca to się sprawdziło. 

Ma pan sobie coś do zarzucenia?

Wychodzę z tego założenia, że zawsze można zrobić coś lepiej. W Termalice zrobiliśmy utrzymanie, górną ósemkę, ale później spadliśmy i na pewno coś można było lepiej wykonać. Nie tylko ja jako jednostka, ale cały klub i wszyscy piłkarze. 

Nie zasiedział się pan w tej Termalice?

Też uważam, że ten mój pobyt tam był trochę za długi, sportowo też stanąłem i teraz ten rok w Warcie, nawet w I lidze, inaczej mnie zmotywował i jestem w innym miejscu. 

A były jakieś oferty za pana w tamtym czasie? Tak żeby móc porzucić swoją strefę komfortu?

W tamtym czasie miałem wpisaną w kontrakcie kwotę odstępnego… 

Wysoką? 

Coś w okolicach miliona złotych. Niby nie jest to dużo, ale pytał pan o te oferty. Widocznie nigdy moja gra nie była tak dobra, aby znalazł się chętny na zapłacenie tych pieniędzy. Były momenty lepsze, były gorsze, ale ja miałem inny plan na siebie. 

Czyli? 

Chciałem pograć rok, dwa w Ekstraklasie, pokazać się z jak najlepszej strony i iść wyżej. Życie zweryfikowało te plany. 

Damian Kądzior ma na lodówce listę zapisaną celami do osiągnięcia. Co by znalazło się na pana kartce?  

Nigdy nie zamykałem przed sobą marzenia o grze w reprezentacji Polski, zawsze marzyłem o niej, ciągle to robię, a jak pokazują ostatnie przypadki, chociażby Alana Czerwińskiego, który nie jest o wiele młodszy ode mnie, może i mi uda się zadebiutować? Chociaż zdaję sobie sprawę, że z każdym rokiem jest ono bardziej odległe. Na pewno chciałbym jeszcze wyjechać za granicę, nie w takim wieku Polacy wyjeżdżali. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli – to tylko marzenia. Dzisiaj najważniejsze jest zdrowie, regularna gra, podtrzymanie dobrej dyspozycji i utrzymanie Warty w Ekstraklasie. 

Co będzie zatem najbardziej istotne w walce o ligowy byt?

Myślę, że podtrzymanie tej bardzo dobrej atmosfery w drużynie. Nie mamy w zespole wielkich indywidualności, zespołowo wywalczyliśmy awans i w ten sam sposób musimy Ekstraklasę obronić. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się