var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Cezary Koluch

INFO: Około 650 tys. euro za Karlströma. Lato: Beenhakker to był pajac. Saganowski: trener nie chciał mojej pomocy

Autor: zebrał Maciej Golec
2020-11-24 23:17:58

Czesław Michniewicz nie był zainteresowany współpracą z Markiem Saganowskim. Brighton ma czas do 15 grudnia, by skrócić wypożyczenie Modera, a Lech szykuje się na wydanie około 650 tysięcy euro na Jespera Karlströma. Zapraszamy na przegląd informacji!

Marek Saganowski na łamach Sportowych Faktów skomentował rozstanie z Legią:

- Nowy szkoleniowiec przyszedł do klubu ze swoimi ludźmi, miał inny pomysł na prowadzenie drużyny. Między nami nie było żadnej współpracy, trener nie był zainteresowany, by korzystać z mojej pomocy. Taką podjął decyzję, szanuję ją, choć na pewno żałuję. Odchodzę z klubu po dziewięciu latach. Z drugiej strony wychodzę z kokonu, opuszczam strefę komfortu – powiedział Saganowski.

 

 

***

Jak informuje Sebastian Staszewski z Interii, z Poznania dochodzą głosy, że "na razie wcześniejszy wyjazd Kuby to tylko medialne plotki. Ale faktem jest, że e-mail o skróceniu wypożyczenia może przyjść w każdej chwili". Mowa tu rzecz jasna o Jakubie Moderze, który może zimą wyjechać na Wyspy Brytyjskie, a Brighton ma czas do 15 grudnia na skrócenie wypożyczenia. Lech chciałby go jednak zostawić u siebie do końca sezonu.

***

Co więcej, ten sam dziennikarz podaje, że Lech, który ma pozyskać szwedzkiego defensywnego pomocnika Jespera Karlstroema najprawdopodobniej sprowadzi go za sumę podobną do tej, którą Kolejorz zapłacił niegdyś za Nicklasa Barkrotha, czyli około 650 tys. euro. Na ten transfer miał nalegać trener poznaniaków Dariusz Żuraw.

***

„Pekhart: To było szalone. Nadaje się na książkę”

Pojechałeś jednak na kadrę…

Po konsultacji ze sztabem medycznym uznałem, że skoro mam wynik negatywny, czuję się dobrze i nie mam żadnych objawów, to nie ma powodów, żeby z niej rezygnować. No i pojechałem. Na początku, rankiem test i do wieczora izolacja w pokoju. Test był negatywny, więc mogłem trenować i przygotowywać się do wyjazdu z drużyną do Niemiec. Potem jeszcze raz mieliśmy jednak testy, bo takie są wymagania w Niemczech, musieliśmy mieć ważny test sprzed 48 godzin. I gdy miałem już wychodzić na trening z drużyną, zadzwonił do mnie człowiek z federacji i powiedział, że mój wynik jest pozytywny. Nie mogłem w to uwierzyć, byłem w szoku, jestem przekonany, że to musiał być jakiś błąd. Czułem się świetnie, od meczu z Wartą byłem praktycznie w izolacji, a na kadrze zdrowi piłkarze. Nie miałem się od kogo i gdzie zarazić, po prostu uważam, że wynik był błędny. Co ciekawe, test wykonywała ta sama osoba, z tej samej firmy, co test robiony kilkanaście godzin wcześniej. Nawet się zdziwiłem, bo nie bolało tym razem. Powiedziałem tej pani, że skoro tak, to może mi codziennie te testy robić. Bo z reguły to boli, to nieprzyjemne uczucie, jakby ci ktoś się przebijał do mózgu. A w tym przypadku niemal mnie nie dotknęła. No, ale potem taka nieprzyjemna sytuacja. I zrobił się duży kłopot.

Mianowicie?

Groziło mi to, że będę musiał zostać na izolacji w Niemczech. Taki los spotkał 10 czeskich piłkarzy, którym jakiś czas temu wyszedł wynik pozytywny na Cyprze. Ale tam było kilku ważnych graczy z jednego z czeskich klubów, więc właściciel klubu posłał po nich prywatny samolot i pozwolono im wrócić. W mojej sprawie też zaczęły się rozmowy na wysokim szczeblu, oczywiście uczestniczył w nich odpowiednik niemieckiego sanepidu. Ostatecznie załatwiono mi samochód, eskortę policji i pozwolono wrócić. Na szczęście z Lipska do Pragi są tylko 4 godziny drogi, więc nie było problemu. Jechałem w eskorcie, miałem zakaz zatrzymywania się, dali mi też specjalny dokument, że nie mogę nawet otworzyć nikomu drzwi lub okna tego auta. Byłem eskortowany pod sam dom, dopiero gdy policja zobaczyła, że wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi, to odjechała. Powiem szczerze, że nawet nie wiem, co zrobili z tym autem. Może je spalili albo zepchnęli ze skały? (śmiech). No a potem kolejne testy, kolejne wyniki negatywne. Można było myśleć o grze przeciw Słowacji, ale dołączyłbym do drużyny dzień przed meczem, po kilku dniach bez treningów. To nie miało większego sensu, wspólnie podjęliśmy więc decyzję, że wracam do Warszawy. Jestem zły i zirytowany, bo straciłem bardzo ważny mecz z Lechem i spotkania kadry. A ja nawet nie byłem chory. Chyba kiedyś napiszę o tym książkę, bo to co się działo, było wręcz niesamowite.

Więcej TUTAJ

 

 

***

„Cebula: Musiałem zmienić klub, bo moja kariera szła w dół”

Trener Marek Papszun namawiając cię do transferu zapewniał, że widzi cię na dziesiątce. A ty – analizując sytuację kadrową Rakowa – szybko się zgodziłeś czy bałeś się o miejsce w składzie?

Telefon od trenera był kluczowy. Przedstawił, jaki ma na mnie plan i na jakiej pozycji mnie widzi. W pełni odpowiadała mi ta wizja, bo na pozycji ofensywnego pomocnika czuję się najlepiej. A co do konkurencji – na pewno o tym myślałem, ale taka rywalizacja może mi tylko pomóc. Teraz doszedł do nas Ivi Lopez, który jest mega zawodnikiem, jest David Tijanić, jest Daniel Szelągowski. W każdym treningu trzeba dawać z siebie wszystko, by utrzymać miejsce w składzie.

Ja widzę to tak. W Koronie byłeś przez lata i trudno było ustabilizować ci formę. Nagle przed tym sezonem jakby ktoś u ciebie wcisnął przycisk "turbo".

Tak to trochę wygląda. Nie uważam, by to była wina trenerów w Koronie. Po prostu moja forma często pozostawiała sporo do życzenia, nie potrafiłem ustabilizować jej na właściwym poziomie. Jeden mecz dobry, a w kolejnym wyglądało to już dużo gorzej. Czułem po sobie, że muszę coś zmienić, by moja kariera ruszyła do przodu. Zbiegło się to ze spadkiem Korony, ale ja decyzję o odejściu podjąłem wcześniej. Czułem, że muszę to zrobić.

Uciec ze środowiska naturalnego, by pojawiły się nowe bodźce?

Jak, chciałem spróbować czegoś innego i zobaczyć jak to jest w innym klubie. Całe życie spędziłem w Koronie i tych bodźców trochę brakowało. Całe szczęście, że zmiana klubu wpłynęła na mnie tak, jak oczekiwałem.

Więcej TUTAJ

 

 

***

„Badia: Rozmawialiśmy nawet między sobą: kurde, jak to możliwe, że tych punktów nie ma?”

Piłka nożna jest taka, że czasem to klasyczne „z piekła do nieba”. Krótka droga od skrajnych emocji, reakcji. Wczoraj też Saief trafił w poprzeczkę, czyli to szczęście tym razem się do was uśmiechnęło.

Graliśmy osiem meczów, mieliśmy dwa punkty. Ale czy graliśmy słabo? Nie, mieliśmy dobre spotkania, tylko nie strzelaliśmy bramek. Taka jest piłka. Wczoraj nie zagraliśmy najlepszego meczu w sezonie. To nie był jakiś nasz super mecz. Ale była koncentracja w defensywie, do tego byliśmy skuteczni i jest zwycięstwo. Tak to jest. Możesz grać bardzo, bardzo dobry mecz, nie trafisz, rywal zrobi pół akcji, zrobi bramkę i potem co: Piast Gliwice jest bardzo słaby? Zagrał źle? A teraz czytam, że wygraliśmy dwa mecze i wrócił Piast, który znamy. Jak czytam takie teksty, to naprawdę nie wiem co powiedzieć.

Jednak wielu mówiło też, że z taką grą to kwestia czasu, gdy Piast zacznie punktować.

My, jak nie punktowaliśmy, rozmawialiśmy nawet między sobą: kurde, jak to możliwe, że tych punktów nie ma? Jak to możliwe, że jesteśmy na ostatniej pozycji z takimi zawodnikami? To niemożliwe. Teraz mamy to i człowiek też inaczej się poczuje. Gramy swoje, ale jednak mając więcej punktów czujesz się inaczej, grasz inaczej.

Więcej TUTAJ

 

 

***

„Lato: Beenhakker to był pajac”

- Nie chciałbym, żeby w Polskim Związku Piłki Nożnej było tak jak wtedy, gdy zostałem prezesem. Michał Listkiewicz już przed mistrzostwami Europy podpisał następny kontrakt na trzy lata z Beenhakkerem i zostawił mi w prezencie pajaca, powiem szczerze. Bo to był pajac. Myślał, że jesteśmy czarnym ludem i będzie nas pouczał, co mamy robić. Powiedziałem mu kiedyś - albo przeprosisz Antoniego Piechniczka, albo paragraf numer dwa, gdzie było napisane: mam dbać o dobre imię Polskiego Związku Piłki Nożnej. Poza tym powiedziałem mu, że podpisaliśmy z nim kontrakt dotyczący pierwszej reprezentacji i ma się zająć tym, do czego jest zobowiązany, a nie pouczać nas – powiedział Interii Grzegorz Lato.

Więcej TUTAJ

***

"Przesmycki: Cracovii należał się rzut karny"

- W przypadku sytuacji jak na meczu Cracovii z Legią, zawodnik Legii nie walczył z przeciwnikiem o piłkę, ale znajdował się na linii zagrania piłki, a nawet przesuwał się w tor jej lotu. Dlatego też nie ma tu zastosowania kryterium naturalności ułożenia ręki, a należy zastosować kryterium powiększenia obrysu ciała. Inaczej mówiąc, nie ma tu żadnego znaczenia to, że ręka zawodnika Legii znajduje się poniżej jego barku, natomiast przesądzające o wyniku analizy jest to, że w momencie trafienia w nią piłki, ręka ta powiększa obrys ciała zawodnika Legii. Oznacza to, że miało miejsce przewinienie, które, ze względu na miejsce, powinno skutkować rzutem karnym – powiedział Sport.pl Zbigniew Przesmycki, Szef Kolegium Sędziów PZPN.

Więcej TUTAJ

***

Trzech zawodników Podbeskidzia zakażonych koronawirusem. Mowa tu o Bartoszu Jarochu, Kamilu Bilińskim i Filipie Modelskim. Nie mogli oni przez to wystąpić w dzisiejszym spotkaniu z Zagłębiem. 

 

 

***

Zbigniew Boniek ponownie będzie ubiegał się o miejsce w Komitecie Wykonawczym UEFA. Prezes PZPN otrzymał poparcie delegatów w tej sprawie. Wybory odbędą się na początku przyszłego roku.

 

 

***

Wojciech Muzyk, który od polowy września nie trenuje z pierwszą drużyną Legii, przejdzie zabieg kręgosłupa. 

***

Po meczu z Cracovią kontuzji nabawił się natomiast Walerian Gwilia, przez którą nie wystąpi on w środowym spotkaniu Pucharu Polski z Widzewem. Taką informacje podaje portal legia.net.

***

„La Gazetta dello Sport” podaje, że Milan rozważa sprowadzenie do siebie Arkadiusza Milika wobec kontuzji, której doznał niedawno Zlatan Ibrahimović. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się