var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: twitter.com

Triumf rozumu. Jak Walerij Łobanowski przedstawił się piłkarskiej Europie

Autor: Karol Bochenek
2020-12-08 17:30:17

Walerij Łobanowski był wizjonerem i rewolucjonistą. Futbol rozumiał po swojemu, nie jako grę zależną w dużej mierze od przypadku, ale jako dziedzinę, którą można przyodziać w naukowe szaty. Szalone podejście, ale wyniki jego drużyn dowiodły, że szkiełko i oko ma w piłce rację bytu.

Nadtrenerem Łobanowski został w Dynamie Kijów. To w tym klubie rozwinął skrzydła, wynosząc biało-niebieskich w przestworza. Z bardzo mocnej lokalnie drużyny, zrobił drużynę bardzo mocną na arenie międzynarodowej, która nie pękała nawet przed Bayernem Monachium cesarza Beckenbauera. A wszystko zaczęło się 14 maja 1975 roku w Bazylei, gdzie Dynamo zdobyło pierwsze w swojej historii europejskie trofeum, pokonując w finale Pucharu Zdobywców Pucharów bezradny Ferencvaros. 

Siła koneksji

Pierwsze próby stworzenia złotego algorytmu gry, który miał zapewnić wieczną ciągłość zwycięstw, podjął Łobanowski w Dniepropietrowsku. Po tym, jak w 1968 roku nieoczekiwanie zakończył karierę, oznajmiając głośno, że ma po uszy antyfutbolu - tak nisko oceniał grę Szachtara Donieck, w którym dogorywał jako piłkarz - niemal od razu wziął się za trenowanie. Szansę chcieli dać mu w Dniepropietrowski, w drugoligowym wówczas Dnipro. I choć na głowie miał już studia w Państwowym Uniwersytecie Politechnicznym w Odessie, zgodził się bez wahania. 

W Dniepropietrowsku początkujący trener pojawił się z inicjatywy Aleksandra Makarowa, dyrektora państwowego przedsiębiorstwa Jużmasz, które produkowało pociski balistyczne i rakiety nośne. Na starcie nie przedstawiono mu żadnych wymagań, ale za to zapewniono, że klub i drużynę może budować po swojemu. Makarow i jego ludzie zapewne nie mieli pojęcia, że Łobanowski do maksimum wykorzysta nadane przywileje. W efekcie często musieli się z nim użerać i spełniać wszystkie zachcianki. Do porządku doprowadzono murawę na stadionie, rozpoczęto też budowę klubowej bazy, a miejscowy komsomoł został zaangażowany w proces wyszukiwania lokalnych talentów. Gruntowne zmiany zaszły też w szatni. Łobanowski rozpisał szczegółowy taryfikator kar, a przede wszystkim wprowadził zupełnie nowe metody szkoleniowe. Dziwaczne, jakby nie z tego świata, ale za to jakże skuteczne. 

źródło: twitter.com

Zanim jednak Dnipro awansowało do Wyższej Ligi ZSRR, Łobanowskiemu przyszło poznać smak zdrady. Wystawili go piłkarze, którym niekoniecznie było po drodze z trenerem stawiającym przed drużyną ambitne cele. - Do momentu, kiedy do nas przyszedł, nie interesowały nas czołowe lokaty, nie było nam śpieszno do Wyższej Ligi. Szczerze mówiąc, decydowały o tym kwestie finansowe. Moi koledzy bali się, że w elicie, nie zarobią tyle, co poziom niżej. Poza tym nie chcieli być najgorsi wśród najlepszych - opowiadał prawy obrońca ówczesnego Dnipro, Władimir Siergiejew. 

O tym, że zawodnicy pchają wózek w inną stronę, Łobanowski przekonał się w końcówce sezonu 1969, swojego pierwszego w Dniepropietrowsku. Dnipro, które wygrało jedną z czterech grup drugiej ligi, stanęło przed szansą wywalczenia awansu do elity w miniturnieju. Dodatkowe rozgrywki skończyły się jednak olbrzymim rozczarowaniem. Po zwycięstwie w pierwszym meczu z Żalgirisiem Wilno Dnipro przegrało ze Spartakiem Ordżonkidze (dzisiejszy Władykaukaz - przyp.red.) i zremisowało z SKA Chabarowsk, a Łobanowski nie mógł uwierzyć, w to, co widział na boisku. Był przekonany, że zawodnicy sprzedali decydujące mecze, że wystąpili przeciwko swojemu trenerowi. Takiej zniewagi nie mógł zaakceptować, dlatego przed kolejnymi rozgrywkami wymienił pół drużyny i zaczął pracować od nowa. 

Efekty wywołane głębokimi zmianami w pełni odpowiadały wysokim standardom Łobanowskiego. W sezonie 1971 Dnipro wywalczyło awans do Wyższej Ligi, debiutanckie rozgrywki w elicie zakończyło na 6. miejscu. Rok później po Łobanowskiego pierwszy raz zgłosiło się Dynamo Kijów, które przegrało walkę o tytuł z Zorią Woroszyłowgrad (dzisiejszy Ługańsk - przyp. red.), ale trener nie zdecydował się na zmianę klubu. W październiku 1973 roku, po porażce biało-niebieskich w finale Pucharu ZSRR z Araratem Erywań, oferta została ponowiona. Łobanowski wrócił do Kijowa. 

Według najpopularniejszej wersji Łobanowski został zobligowany do przejęcia stolicznego klubu przez najważniejsze osoby z Komunistycznej Partii Ukrainy na czele z I sekretarzem, Wołodymyrem Szczerbickim. Partyjni kacykowie, dla których Dynamo było oczkiem w głowie, nie mogli przetrawić kolejnych niepowodzeń. Cała odpowiedzialność spadła na trenera Aleksandra Sewidowa, piewcę efektownego, ofensywnego futbolu, któremu zarzucono utratę kontroli nad zawodnikami. Łobanowski, który po wcześniejszych doświadczeniach, miał opinię bezkompromisowego, a przede wszystkim skutecznego szkoleniowca, na następcę pasował idealnie. 

Inaczej historię przenosin trenera do Kijowa przedstawił Arkadij Galinski, ceniony dziennikarz epoki sowieckiej. W 1991 roku w wywiadzie dla gazety „Komsomolskoje znamia” opowiadał, że Łobanowski i jego współpracownik z Dnipro, Aleksandr Pietraszewski, uknuli intrygę mającą na celu osadzenie szkoleniowca w fotelu trenera Dynama. Pietraszewski wykorzystał dawną znajomość z synem Szczerbickiego, odpowiednio go nastroił, a ten przekonał ojca do zmiany na ławce trenerskiej. Autor spisku po latach miał powtarzać, że gdyby nie było Szczerbickiego, nie byłoby też Łobanowskiego. 

Efekt Magnusa

W Kijowie sprawy niemal od razu zaczęły toczyć się po myśli nowego trenera. Podstawą jego pracy były teorie naukowe i liczby, które Łobanowskiemu towarzyszyły przez całe życie. 

Świat legendarnego szkoleniowca niemal od zawsze składał się z dwóch elementów - futbolu i matematyki. Jako dzieciak naprzemiennie grał w piłkę i się uczył. Kiedy akurat nie strzelał goli na podwórku, zdobywał kolejne wyróżnienia na olimpiadach przedmiotowych. Gdy wracał na boisko, koledzy podsuwali mu do rozwiązania zadania z algebry, geometrii i arytmetyki. Łobanowski był pewny, że wszystko można obliczyć, a skoro tak, to w liczbach, wzorach i równaniach zamknąć można także piłkę. Połączenie tych dwóch dziedzin - matematyki i futbolu - wyznaczył na swój życiowy cel. 

źródło: commons.wikimedia.org

Łobanowski może i nie zrobił wielkiej kariery piłkarskiej, ale za to na boisko zdołał przemycić odrobinę nauki. Jako zawodnik Dynama, wyrósł na prawdziwego mistrza rzutów rożnych, z których potrafił nie tylko celnie dośrodkować, ale także zdobyć bramkę. Kopiąc piłkę z rogu, wykorzystywał efekt Magnusa, czyli zjawisko powstawania siły prostopadłej do kierunku ruchu, działające na obracający się walec lub bryłę obrotową, opisane przez niemieckiego fizyka Heinricha Magnusa. Łobanowski dokładnie wyliczył długość rozbiegu i określił, w którą część piłki należy celować. W połączeniu z odpowiednią siłą dawało to zaskakujący efekt - mocno uderzona piłka, bez względu na to, czy leciała w kierunku bliższego, czy dalszego słupka, w określonym momencie zakręcała i wpadała do siatki. A jeśli nie wpadała, to przeważnie lądowała na głowie innego zawodnika Dynama. W Związku Radzieckim kornery Łobanowskiego uchodziły za małe dzieła sztuki. 

Dużo większe możliwości łączenia nauki i futbolu miał jednak Łobanowski jako trener. Razem z Olehiem Bazyłewyczem, kolegą z boiska, którego ściągnął do Dynama z Szachtara Donieck, odrzucili stare prawdy i zaczęli pisać na nowo zasady treningu, przygotowania fizycznego oraz taktyki. Każdy zawodnik pracował według indywidualnego planu podzielonego na etapy. Te z kolei były rozpisane z uwzględnieniem perspektywy na kolejne sezony - chodziło o to, by nie wyeksploatować organizmu. Wokół drużyny kręcił się sztab lekarzy i naukowców, którzy każdego dnia przeprowadzali specjalistyczne badania, monitorując postępy oraz poziom zmęczenia. W zależności od potrzeby zwiększali lub zmniejszali obciążenia treningowe, wymieniając poszczególne ćwiczenia. Łabanowski to wszystko obserwował i cmokał z zachwytu.

Zespołowi naukowo-badawczemu Dynama szefował Anatolij Zielencow. Podobnie jak Łobanowski miał obsesję na punkcie „naukowego futbolu” i z natury nieskomplikowaną grę uwielbiał wyrażać skomplikowanym ciągiem liczb. Centrum Zielencowa gromadziło informacje o wszystkich zawodnikach, jacy przeszli przez szatnię kijowskiego klubu. Zebrane dane poddawano szczegółowej analizie, która miała pomóc w wypracowaniu idealnych modeli gry. Łobanowski i jego zespół mieli być przygotowani na każdą okoliczność. Mieli zaskakiwać, by nie dać się zaskoczyć. Do tego dochodziło przygotowanie fizyczne - najprostsza droga do zyskania przewagi nad przeciwnikiem. 

Zielencow ze swoich odkryć nie robił pilnie strzeżonej tajemnicy. Drzwi do gabinetu naukowca były otwarte dla wszystkich, a on sam chętnie dzielił się wiedzą na krajowych oraz zagranicznych sympozjach. Razem z Łobanowskim i Bazyłewyczem wydawali książki o taktyce i metodologii treningu, publikowali też artykuły w radzieckim magazynie „Futbol-Hokej”. Do podobnych praktyk nawoływali innych trenerów. - Odkrycia naukowe i zaawansowane osiągnięcia naszego centrum nie powinny zamykać się w czterech ścianach. Trenerzy i inni specjaliści z całego świata powinni mieć możliwość zapoznania się z nimi. Przecież w największym stopniu skorzysta z tego piłka nożna - tak Zielencow tłumaczył tę niezwykłą otwartość. 

Modele matematyczne i wszelkiego rodzaju koncepcje ukraińskiego naukowca faktycznie przysłużyły się wielu drużynom. W 1982 roku korzystająca z nich reprezentacja Włoch sięgnęła nieba, wygrywając mundial w Hiszpanii. - Pod koniec lat 70. moich wykładów uważnie słuchał Franz Beckenbauer, a włoski trener Enzo Bearzot całymi dniami analizował nasze metody. Jak nietrudno zauważyć, jego reprezentacja zdobyła mistrzostwo świata, grając w sposób do złudzenia przypominający sposób gry Dynama. Wnioski trzeba wyciągnąć samemu - opowiadał genialny naukowiec. 

Wielka moc pragmatyzmu

Zmiany, które wprowadzili Łobanowski i jego ludzie, początkowo nie podobały się piłkarzom. Najgoręcej bywało dzień po meczach, gdy asystent trenera, Michaił Oszemkow, wystawił przy boisku treningowym tablicę, na której grę zawodników przedstawiano w liczbach. Później zaczynały się narzekania: że liczby nie są obiektywne, że nie przedstawiają wszystkiego, że nie na tym polega futbol. Łobanowski każdemu piłkarzowi negującemu tę metodę spokojnie tłumaczył, dlaczego nie ma racji i co musi robić, żeby się poprawić. Z czasem zawodnicy przyzwyczaili się do tablicy, choć nieczęsto zdarzało się, by liczby Łobanowskiego były po ich stronie. 

źródło: commons.wikimedia.org

Taktykę na mecz trener też nakreślał w oparciu o to, co podpowiadała naukowa analiza. Każdego przeciwnika rozbierał na atomy. Jeśli któryś z zawodników rywala miał zwyczaj, by w 30. minucie drapać się po nosie, Łobanowski kombinował, jak to wykorzystać. W 1975 roku przed dwumeczem o Superpuchar Europy z Bayernem Monachium rozpracował każdego zawodnika niemieckiej drużyny, sporządzającej opasłe tomy na temat ich zachowań oraz mocnych i słabych stron. Efekt był taki, że jego zespół strzelił trzy gole i ani jednego nie stracił. Beckenbauer, Maier, Rummenigge i Muller, najlepsi piłkarze świata, mieli pełne prawo być w szoku. 

Mecze się zapomina, wyniki się pamięta - tymi słowami Łobanowski charakteryzował swoją filozofię gry. Dynamo, a wcześniej Dnipro, bardzo często grały na wynik, pragmatycznie, bez dodatkowych ozdobników. Celem numer jeden była neutralizacja przeciwnika. To był punkt bazowy, od którego odchodziły inne ścieżki. Wybór wariantu taktycznego zależał od okoliczności, ale bez względu na wszystko, Dynamo prowadzone przez Łobanowskiego grało racjonalnie i spokojnie. Inaczej na wyjazdach - bardzo uważnie w defensywie, z nastawieniem na kontrataki, a inaczej u siebie - wciąż z naciskiem na organizację, ale jednak trochę odważniej. 

Przez takie, a nie inne rozumienie gry, pierwsze miesiące w Kijowie nie były łatwe dla nowego trenera biało-niebieskich. Dziennikarze i kibice, przyzwyczajeni do ofensywnej taktyki Sewidowa, krzyczeli, że Łobanowski kradnie widowiskowość i zabija futbol. Domagali się atrakcyjnej piłki, chcieli bramek i akcji, o których mogli rozmawiać w tramwajach. Uciszyli się dopiero wtedy, gdy Dynamo już w pierwszym sezonie z młodym szkoleniowcem na ławce, zdobyło mistrzostwo i puchar ZSRR. Wówczas stało się jasne, że rewolucjonizm Łobanowskiego naprawdę działał. 

Rozczarowanie i lekcja

Końcówka okraszonego dubletem sezonu 1974 wiązała się rozpoczęciem rywalizacji w Europie. Dynamo walczyło o Puchar Zdobywców Pucharów, a Łobanowski, choć mocno koncentrował się na zaciętej walce o tytuł ze Spartakiem Moskwa, nie miał zamiaru odpuszczać. Jednocześnie był przeciekawy, jak jego metody sprawdzą się na innym gruncie niż sowiecki. W kraju wiedział, czego się spodziewać, znał wszystkie drużyny, wszystkich trenerów, wszystkich zawodników. Europa to jednak inna skala wymagań, i to wyzwanie bardzo Łobanowskiego nęciło. 

W pierwszej rundzie biało-niebiescy mierzyli się z CSKA Sofia. Mecz w Kijowie, rozpoczynający rywalizację, pokazał, ze Bułgarzy to solidny zespół, który u siebie może być bardzo trudnym przeciwnikiem. Łobanowski wiedział, że skromne 1:0 po golu Błochina niczego nie gwarantuje, dlatego nieustannie przypominał swoim zawodnikom, że wymaga od nich profesjonalizmu i poważnego podejścia do tematu. No ale czy ich winą było, że akurat cztery dni przed drugim meczem wypadły urodziny obrońcy Wołodymyra Troszkina? I że niektórzy biesiadnicy trochę za dużo wypyli, co skończyło się głośną awanturą? 

Łobanowski nie mógł uwierzyć, że niemal cały jego zespół przed arcyważnym poszedł w tany i kompletnie rozstroił proces treningowy. Był wściekły, ale kiedy opanował atak wewnętrznej furii, uznał, że gniew nie przemówi do zawodników. Przed wylotem do Sofii zebrał cały zespół i chłodnym głosem oświadczył, że winnych ewentualnego niepowiedzenia mają szukać w lustrze. - My, trenerzy, odpowiadamy za zespół, ale nie możemy brać na siebie odpowiedzialności, jeśli w ten sposób przygotowujecie się do meczu. Dlatego teraz ściągamy z siebie całą odpowiedzialność - tak brzmiał krótki, acz treściwy manifest trenera.  

Jak słowa szkoleniowca wpłynęły na zespół? No cóż, Ukraińcy pokazali w Sofii cały swój kunszt. Organizacja gry wyglądała bardzo dobrze. Agresywnie nastawieni zawodnicy biegali tak, jakby chcieli pokazać Łobanowskiemu, że mimo wszystko są poważnymi ludźmi. Kolejny raz do siatki trafił Błochin. Dynamo grało dalej. 

Za mało treści w grze 

Sytuacja, do której doszło przed rewanżowym starciem z CSKA Sofia, dla Łobanowskiego była bezcennym doświadczeniem. Młody szkoleniowiec i fanatyk liczb przekonał się, że czynnik ludzki, to ten element jego pracy, nad którym może zapanować tylko teoretycznie. Utwierdził się też w przekonaniu, do którego doszedł już w Dniepropietrowski - że ludzkich zachowań nie da się podstawić do wzoru. 

Przed rywalizacją w drugiej rundzie z Eintrachtem Frankfurt największy nacisk Łobanowski położył na pilnowanie dyscypliny. Niemcy byli zdecydowanym faworytem, więc każde zaburzenie procesu przygotowawczego, mogło nieść fatalne skutki. Trener Dynama wydał zawodnikom jasne polecenia, a sam wziął za analizę przeciwnika. Wnioski nie były najszczęśliwsze dla jego piłkarzy. - Większość z tych rzeczy, które my robimy na makietach i tablicach, Niemcy bez problemu wykonują na boisku w czasie meczu - tak oceniał grę Eintrachtu w wygranym 4:0 spotkaniu z Fortuną Düsseldorf, które oglądał ze stadionu. 

Niemieccy przeciwnicy Dynama przed pierwszym meczem byli przekonani, że są o wiele lepsi. Odważnie mówili nawet o wysokim zwycięstwie, dzięki któremu na rewanż polecą tylko ochotnicy. Kiedy już w 2. minucie do siatki trafił Nickel wiara we własną potęgę przepełniła ich do cna. Pół godziny później goście z Kijowa zdołali wprawdzie wyrównać, ale w drugiej połowie, po trafieniu z rzutu karnego, wszystko wróciło do normy. Kibice Eintrachtu oczekiwali kolejnych goli. I te faktycznie padły, ale dla Dynama, które ostatecznie wygrało 3:2. 

źródło: twitter.com

Mecz w Kijowie, który dla Niemców miał być formalnością, tylko potwierdził wyższość zespołu Łobanowskiego. Dynamo wygrało 2:1 i zameldowało się w wiosennych ćwierćfinałach. Partia, Kijów i cały ZSRR byli pod wrażeniem postawy mistrzów kraju. Nosem kręcił tylko ich trener, który nieustannie chciał coś ulepszać. - Tak, wypełniliśmy plany na sezon - wygraliśmy ligę, puchar kraju, a na wiosnę znów zagramy w Pucharze Zdobywców Pucharów. Ale w naszej grze wciąż jest za mało treści, w tym zakresie zrealizowaliśmy minimum programu. Znamy nasze wady, czeka nas jeszcze dużo pracy - podsumowywał rok 1974.

Wielkie zwycięstwo futbolu naukowego

Ćwierćfinałowa rywalizacja Dynama Kijów z Bursasporem nie miała większej historii. Zespół Walerija Łobanowskiego wygrał oba mecze i bez problemów awansował dalej. W półfinale rywalem mistrzów ZSRR było PSV Eindhoven, ówczesny lider Eredivisie, który chciał rozbić dziesięcioletni ligowy duopol Ajaksa i Feyenoordu. Holendrów na żywo oglądał Oleh Bazyłewycz, który do Kijowa wrócił z nietęgą miną. Drużyna Keesa Rijversa wiedziała, o co chodzi w piłce. Była ucieleśnieniem futbolu totalnego, który po mundialu w 1974 roku podbijał świat, a co najgorsze - na murawie prezentowała się zwyczajnie lepiej od Dynama. 

Łobanowski, po wysłuchaniu Bazyłewycza i obejrzeniu kilku materiałów wideo, zdecydował, że tym razem odpuści drużynie analizę gry przeciwnika. Wiedział, że nastroje w zespole nie są najlepsze. Nie chciał dobijać piłkarzy, którzy - czego miał świadomość - po prostu bali się PSV. Ostatnie dni przed meczem przypominały podtrzymywanie na duchu skazańca, który lada chwila trafi na szafot. 

A później obie ekipy wybiegły na boisko. Najpierw do siatki trafił Kołotow, za nim Onyszczenko, a na koniec jeszcze Błochin. Dynamo wygrało 3:0. Futbol totalny przegrał z futbolem naukowym.

Piłkarze Dynama sami nie rozumieli, co się stało. Po końcowym gwizdku sprawiali wrażenie zdezorientowanych, niepewnych tego, że przeżywają prawdziwe emocje i prawdziwe wydarzenia. Łobanowski i Bazyłewycz wspominali, że nawet po wysokim zwycięstwie nie potrafili wyzbyć się przekonania o wyższości rywala. Wygrali, ale w to nie wierzyli. Byli lepsi, ale wciąż stawiali się poziom niżej. 

Zwycięstwo nie było jednak dziełem przypadku. Łobanowski i Bazyłewycz całymi dniami niemal wychodzili z siebie byle tylko wymyślić sposób na PSV, i w końcu wymyślili. Zamiast charakterystycznego dla Dynama pressingu, wydali zespołowi polecenie okopania się na swojej połowie, a każdy odbiór piłki miał kończyć się rajdem na pełnej szybkości w stronę holenderskiej bramki. Nowa taktyka zadziałała aż trzykrotnie, choć warunki na boisku dyktowali Holendrzy. Szczęścia, okupione gigantycznym poświęceniem zawodników, którzy na boisku zostawili wszystkie siły, tym razem było po stronie Dynama. 

Skalę psychicznego i fizycznego wyzwania, jakim dla mistrzów ZSRR był mecz z PSV, idealnie obrazuje anegdota opowiadana przez Łobanowskiego:

- Po meczu z PSV, bardzo wyczerpującym i o wielkim napięciu, zwodnicy byli absolutnie pozbawieni sił. Nawet Bazyłewycz i ja nie mogliśmy wystać w szatni - nogi po prostu nie chciały nas trzymać. W pewnym momencie spod prysznica wyszedł Kołotow, spojrzał na wszystkich nieprzytomnym wzrokiem i po cichu zapytał: „Oni nam w końcu strzelili gola czy nie?

Zieloni ze strachu

Rewanżowy mecz z PSV do historii przeszedł z jednego powodu - była to jedyna porażka Dynama Kijów w walce o Puchar Zdobywców Pucharów. W finale przeciwnikiem zespołu Łobanowskiego był Ferencvaros, mocny zespół, który na rozkładzie miał Liverpool Crvenę Zvezdę i Malmoe, ale w porównaniu do PSV cieszył się zdecydowanie mniejszą renomą. 

Zanim jednak Dynamo stawiło się w Bazylei na decydujące starcie, miało do rozegrania ważny ligowy mecz z Araratem Erywań. Zawodnicy ze stolicy dzisiejszej Armenii za punkt honoru postawili sobie, aby przypadkiem niczego rywalom nie ułatwić. Spotkanie było ostre, momentami wręcz brutalne, a kijowianie z boiska schodzili pokiereszowani jak bo osiedlowej bójce. - Nasza szatnia po meczu przypominała szpital polowy, lekarze tworzyli prawdziwe cuda. Ślady walki mieli dosłownie wszyscy piłkarze. Błochinowi, tak dla przykładu, założono kilka szwów. Nawet Łobanowski, który jak zawsze bujał się na ławce rezerwowych, dostał w głowę jakimś plastikowym przedmiotem rzuconym z trybun - relacjonował Bazyłewycz. 

Zwycięstwo 3:2 nieco osłodziło rany wojenne, a przede wszystkim utwierdziło biało-niebieskich w przekonaniu, że przed finałem są gotowi praktycznie na wszystko. Nie był to jednak koniec problemów. Na pierwszy trening w Bazylei Łobanowski i Bazyłewycz wypuścili tylko dziewięciu zawodników. Błochinowi zabronili nawet biegać, as Dynama mógł jedynie rozciągać się za linią boczną boiska. Niepewni występu byli też Muntian i Oniszczenko. 

Ostatecznie cała trójka zagrała jednak z Ferecvarosem, Oniszczenko strzelił dwa gole, trzeciego dołożył Błochin. Finał miał jednostronny przebieg. Dynamo dominowało i praktycznie nie dopuściło rywali do groźnych sytuacji. Węgrzy trochę pewniej poczuli się jedynie w pierwszym kwadransie drugiej połowy. Na moment przejęli inicjatywę, ale jak się później okazało, stało się tak, bo właśnie tego chciał Łobanowski. W przerwie nakazał swoim zawodnikom spokojnie wejść w drugą połowę, jeszcze trochę odpocząć, by do ataku ruszyć po 15 minutach. Poturbowanego Błochina pytał nawet, czy chce dalej grać. Mówił, że jeśli coś go boli, to spokojnie może zejść, zespół bez problemu dowiezie dwubramkowe prowadzenie. Błochin wolał jednak zostać i w nagrodę dostał swojego gola. 

Wołodymr Muntian, jeden z liderów Dynama, opowiadał, że jego zespół finał wygrał tak naprawdę już dzień przed meczem. Wówczas, zgodnie z protokołem UEFA, finaliści mieli odbyć pokazowy trening. Jako pierwsi na murawę wybiegli Węgrzy, którzy po swoich zajęciach ustawili się wzdłuż trybun, by obserwować, jak prezentuje się przeciwnik. Uważali to za swój handicap, ale Łobanowski ich przechytrzył. Zanim zaczął trening, zwołał całą ekipę i nakazał zawodnikom, by na pierwszy sygnał rozbiegli się w różnych kierunkach, a drugi wrócili do niego. Wszystko na pełnej szybkości, z maksymalnym zaangażowaniem. Muntian: - Kiedy schodziliśmy z boiska, spojrzałem na Węgrów. Oni, tylko na widok tego ćwiczenia, zrobili się zieloni. Było widać, że się boją. Patrzyli na nas jak na kosmitów. 

Brać? Bierz, ale nikomu nie mów

Za triumf w Pucharze Zdobywców Pucharów piłkarze Dynama dostali po 705 dolarów premii. Z pieniędzmi niemal wszyscy pożegnali się jeszcze w Szwajcarii - kupili zestawy stereo, o których w Kijowie mogli tylko pomarzyć. Dodatkowo każdy piłkarz biało-niebieskich powołany do reprezentacji ZSRR po meczu z Irlandią, który odbył się cztery dni po finale, otrzymał z ministerstwa spraw zagranicznych po 940 rubli i zegarek warto 180 rubli. Ale ponieważ ministerialne prezenty nie mogły być droższe niż 150 rubli, do zegarków musieli dołożyć trzy dychy z własnej kieszeni. 

Porządne premie załatwił dopiero Łobanowski, który po wielkim triumfie w Bazylei, ze swoimi dojściami mógł naprawdę dużo. Drużyna przygotowało pismo, w którym prosiła o talony na nowe samochody, deklarując, że każdy zawodnik zapłaci za nie swoimi pieniędzmi. Łobanowski pismo podpisał, a następnie dopilnował, aby talony trafiły do zwycięzców. Czuł, że jego chłopcy zasłużyli na prawdziwą nagrodę. 

źródło: twitter.com

Twarz wyrozumiałego opiekuna, który wie, jak należy świętować sukces, pokazał zresztą jeszcze przed finałem. Tuż przed wylotem do Bazylei do gabinetu Łobanowskiego przyszedł Pietraszewski i oznajmił, że załatwił kilka butelek szampana, które może przemyć w sowim bagażu.

- Brać? - zapytał srogiego szkoleniowca.
- Bierz - odpowiedział Łobanowski. - Ale nikomu nie mów, na co ci to. Jeśli ktoś spyta, powiedz, że wieziesz prezenty. 

Jak się okazało, w trofeum przyznawanym za zwycięstwo w Pucharze Zdobywców Pucharów, mieściła się zawartość ośmiu butelek „ruskiego” szampana. 

Początek drogi

Pierwszy sukces sowieckiej piłki klubowej dla Łobanowskiego był dopiero początkiem drogi. Młody trener, bez specjalistycznego wykształcenia, który szlifował warsztat podglądając Wiktora Masłowa oraz Olega Oszenkowa i przerabiał ich wiedzę według naukowych wzorów, rósł z każdym kolejnym sezonem. Wraz z nim rośli piłkarze i centrum naukowe Dynama Kijów. 

Gdy chodziło o sam futbol, jego warstwę taktyczną i metodologiczną, Łobanowski nigdy nie szedł na kompromisy. Jeśli ubzdurał sobie - jak przed meczem w Bazylei - że będzie potrzebował fotografa, który zrobi zdjęcia służące do analizy, to miał ze sobą fotografa. Podczas meczu z Ferencvarosem w tę rolę wcielił się Wołodymr Weremiejew, napastnik Dynama, któremu trener wcisnął kamizelkę fotoreportera i ustawił za bramką. Wszystko dlatego, że choć prosił o profesjonalistę, to nie dostał zgody, by ktoś taki znalazł się w składzie delegacji. 

W styczniu 1976 roku Łobanowski poznał Wiktora Głuszkowa, naukowca z instytutu cybernetyki  Akademii Nauk USSR. Ich pierwsza rozmowa trwała 5 godzin, w większości dotyczyła możliwości połączenia dziedziny, którą zajmował się Głuszkow z futbolem. Konsultacje, które Łobanowski prowadził z naukowcem, pozwoliły opracować jeszcze lepsze i jeszcze dokładniejsze modele treningowe, rozbudować dział statystyczny, dopracować taktykę oraz strategię, a nawet opracować cybernetyczny system kierowania meczem piłkarskim. Bardzo dużo czasu Łobanowski poświęcał też tematyce psychofizjologii i problemowi nadmiernego stresu. 

W dzisiejszej piłce wszystkie działania podejmowane przez wieloletniego trenera Dynama  są normą. 50 lat temu były wariactwem, sztormem na spokojnym ocenie. Łobanowski udowodnił jednak, że miał rację. Każdy jego triumf był triumfem rozumu. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się