var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Marcin Gadomski / PressFocus

Ireneusz Mamrot dla 2x45: Liczyłem, że dłużej popracuję w Arce, ale Kołakowscy nie byli pewni, że wywalczę awans...

Autor: rozmawiał Mariusz Bielski
2020-12-18 12:25:46

Dlaczego rozstał się z Arką, mimo iż zapowiadano, że to projekt długofalowy? Jakie relacje łączyły go z właściciele? Czy Jarosław Kołakowski wcinał mu się w ustalanie składu i taktykę? Ile miał do powiedzenia przy transferach Arki? Jak na drużynę wpłynęły rewolucja kadrowa oraz absurdalnie długie podróże? Nad czym da się pracować w autokarze? Czy podziękowano mu za szybko? Dlaczego szatnia Arki była najlepszą jaką prowadził? Czemu nie wytrzymał po meczu ze Stomilem? Jak odnosi się do plotek łączących go z Podbeskidziem i Wisłą Płock? Zapraszamy do lektury rozmowy z Ireneuszem Mamrotem!

***

Z Arką rozstał się pan za porozumieniem stron, ale to znaczy, że wcześniej musiało wystąpić jakieś nieporozumienie, skoro do tego doszło...

Nie mam do powiedzenia nic więcej niż to, co znalazło się klubowym komunikacie. Umówiliśmy się z właścicielami, że nie będziemy tego rozstania jakoś szerzej komentować. Niech tak zostanie, chodzi o wzajemny szacunek. 

 

 

Jakie relacje miał pan z Jarosławem i Michałem Kołakowskimi?

Normalne. Przede wszystkim często rozmawialiśmy o tym co się dzieje w klubie i drużynie. Czasem zdarza się, że obie strony mają różne poglądy na temat tego jak różne kwestie powinny wyglądać. Zwyczajna sprawa, iż trener inaczej widzi daną rzecz niż właściciel. Raz dojdziesz do porozumienia, raz nie.

Między wami więcej było zbieżności czy rozbieżności?

To już jest ciągnęcie za język (śmiech)! Proszę wybaczyć, ale naprawdę nie chciałbym tego zgłębiać. Jedyne o czym mogę zapewnić kibiców i czytelników, to że rozstaliśmy się w zgodzie i dobrej atmosferze, z czego naturalnie jestem zadowolony. Nie mam powodów, by się obrażać. Z drugiej strony też nie będę kokietował - liczyłem na to, iż w Arce będę mógł popracować trochę dłużej.

No właśnie, gdy pana zatrudniano oraz między sezonami dużo było przekazu z klubu, nawet pan chyba też tak mówił, że „Mamrot w Arce to projekt na lata”. A wyszedł projekt na jedno lato i trochę jesieni.

Nie jestem trenerem piłkarskim od wczoraj. Doskonale wiem, że właściciel danego klubu w każdej chwili ma prawo ze mnie zrezygnować. Dla mnie to trochę nowa sytuacja, ponieważ wcześniej długo pracowałem w poszczególnych klubach - 6,5 roku w Chrobrym, 2,5 roku w Jagiellonii... Jest jak jest. Długofalowy projekt? Na początku zawsze trzeba postawić jakieś założenia, ale każdy szkoleniowiec powinien mieć z tyłu głowy, że w praktyce może wyjść inaczej.

Ma pan żal do Kołakowskich?

Nie. Mi po prostu chodzi o to, że kiedy podejmowałem pracę w Gdyni, założenie było takie, iż moja praca w Arce to projekt dwuletni. Jeśli nie awansujemy w sezonie 2020/21, to w następnym się uda i świat się nie zawali. W trakcie tej jesieni to podejście się zmieniło. Właściciele uznali, iż ten zespół stać na bezpośredni powrót do Ekstraklasy już teraz, a nie byli pewni, że ze mną to się uda. Mieli do tego święte prawo i tyle.

To ciekawe co pan mówi, bo od jakiegoś czasu krążyły informacje, że to pan bardzo pragnie awasu do Ekstraklasy już po tym sezonie, a właścielom niekoniecznie byloby to na rękę.

Myślę, że to nie jest wiarygodna informacja. Ja takiego gadania w ogóle nie rozumiem. Na logikę - przecież prościej jest prowadzić klub występujący w Ekstraklasie. Choćby ze względu na fakt, że dużo łatwiej jest wtedy pozyskać sponsorów, wpływy z telewizji są nieporównywalnie większe... Ja i właściciele po prostu mieliśmy inną wizję co do tego jak osiągnąć cel. Dementuję zatem - im także zależy na szybkim powrocie Arki do Ekstraklasy.

Pojawiła się też taka teoria, że pan Jarosław Kołakowski wcinał się panu w kompetencje.

Między nami było naprawdę dużo dialogu, a nie narzucania czegoś z góry. Zapewnić, że we wszystkich decyzjach stricte sportowych nie było żadnych ingerencji ze strony właścicieli. Nikt nie dyktował mi składu na mecz, nie ustawiał taktyki. Zawsze to ja decydowałem o wszystkim.

A ile miał pan do powiedzenia przy transferach do Arki w letnim okienku?

Część piłkarzy, którzy do nas dołączyli zaproponowałem ja, część przyszła do nas, ponieważ właścicieli dobrze ich znali i byli przekonani o tym, że mogą wnieść coś dobrego do naszego zespołu. Ja nie wszystkich tych zawodników znałem ze wcześniejszych etapów mojej pracy, ale o wszystkich rozmawialiśmy. Nie wepchnięto mi nikogo na siłę. Każdy z transferów musiałem zaakceptować. Nie wszyscy co do nas dołączyli mieli ekstraklasowe doświadczenie, tylko grali w niższych ligach, więc i z pierwszą musieli się otrzaskać. Sądzę, że większość robiła progres. 

Nie upatrywałbym w naszych transferach żadnego problemu. Moim zdaniem latem wykonaliśmy dobrą robotę, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż z drużyny odeszło 19 zawodników, a przyszło 15. Jak na taką skalę uważam, że byliśmy skuteczni na rynku. Sądzę, że jeśli zimą dojdzie do tej ekipy ze 2-3 graczy, którzy jeszcze podciągną jej ogólną jakość - oczywiście w miejsce tych mniej potrzebnych - to Arka będzie naprawdę silna i bezpośrednio awansuje do Ekstraklasy. Przed nią w tabeli są zespoły, które od lat konsekwentnie komponowały swe kadry, na przykład Termalica. Nie tworzyliśmy zespołu od zera, skoro zostali tacy gracze jak Młyński, Jankowski, Marciniak czy Danch, ale „rewolucja kadrowa” to trafne określenie.

W kontekście tego, jak wyglądała cała jesień w waszym wykonaniu – ta rewolucja wam pomogła czy ostatecznie okazała się przeszkodą?

Należało jej dokonać. Nie było szans, aby zatrzymać wszystkich. W składzie znajdowało się mnóstwo obcokrajowców z wielkimi zarobkami i gdyby oni zostali z nami w I lidze, to trudno byłoby to dźwignąć pod względem finansowym. Zresztą, nie wszyscy z nich byli warci pozostawienia biorąc pod uwagę ich jakość. 

Z drugiej strony na przykład Zbozienia, Nalepę czy Steinborsa chętnie byśmy zatrzymali, ale też nie dziwię się im, że nie chcieli schodzić do I ligi. Zwłaszcza że dostawali oferty z Ekstraklasy czy z Turcji, jak Michał. Normalna kolej rzeczy, oni też mają swoje ambicje. 

Poza tym – dzięki przewietrzeniu szatni latem później mieliśmy w niej naprawdę dobrą atmosferę, a to też jest ważne, kiedy walczysz o wysokie cele. Gdy przyszedłem do Arki pod koniec jej obecności w Ekstraklasie wyglądało to duuuużo gorzej. O mojej pierwszoligowej Arce mogę powiedzieć natomiast tyle, że pod względem atmosfery to była chyba najlepsza ekipa, z którą miałem okazję współpracować w całej mojej karierze.

Jak tak słucham pana opowieści, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za szybko panu podziękowano.

Być może, ale to czas pokaże kto miał rację - Mamrot czy jednak właściciele. Niemniej ta teza z 2-3 wzmocnieniami jest wyłącznie moja, a państwo Kołakowscy przecież mogą jej nie podzielać. Sam jestem ciekaw jak teraz będzie wyglądało zimowe okienko w Arce. Trudno mi cokolwiek więcej powiedzieć na ten temat, ponieważ o planach na kolejne wzmocnienia już ze mną nie rozmawiano.

Jednym z większych zarzutów wobec pana pracy było argumentowanie słabszej formy drużyny dalekimi wyjazdami.

To nie jest przyjemne, aby tyle jeździć, tak po ludzku. Proszę sobie wyobrazić, że wyjazd autokarem do Rzeszowa to jest prawie 800 kilometrów w jedną stronę. Wbrew pozorom w gościnie punktowaliśmy nieźle (15 oczek na 27 możliwych). Problem pojawia się wtedy, kiedy grasz co trzy dni i taka daleka podróż wypada ci w środku tygodnia. Wracasz do domu w czwartek nad ranem, a w sobotę musisz rozegrać mecz. A jeszcze trzeba się zregenerować, zdążyć przestawić godzinowo. 

Nie chcę jednak doszukiwać się w tej kwestii głównego powodu tej naszej gorszej formy drugiej części rundy. Robiliśmy wszystko, aby dobrze przygotować się do tych wyjazdów. Logistycznie i też pod względem wygody samych piłkarzy.

Wspominałem o meczu z Resovią - na Podkarpacie pojechaliśmy 2 dni przed meczem, aby w ten sposób uniknąć skutków podroży podczas gry. Trzeba było sobie jakoś radzić, kombinować i moim zdaniem nie wychodziło źle. Już w Jagiellonii wydawało mi się, że wyjazdy są strasznie długie i dalekie, ale w I lidze to było jeszcze bardziej spotęgowane. Później żartowaliśmy - 500 kilometrów do Radomia? Eee tam, rzut beretem! (śmiech)

Panu się jednak kurczył czas na pracę z drużyną przez te wyjazdy. W autokarze na przykład stałych fragmentów nie poćwiczysz.

Jasne, pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Można się obrażać na rzeczywistość, ale po co tracić na to energię? Trzeba to zaakpcetować i wykorzystać ją na to, jak w takich okolicznościach jak najlepiej sobie poradzić. Z tego co kojarzę w rundzie wiosennej powinno być łatwiej z tymi wyjazdami. Z bardzo dalekich są Niepołomice, a już na przykład na Dolny Śląsk czy do Łodzi nie jest tak daleko. 

Zastanawiałem się jak w ogóle wygląda taka podróż. 600 kilometrów do zrobienia, 8-10 godzin jazdy, ponad 20 chłopa zapakowanych w autokar...

W przejściu między siedzeniami po długości zmieści się 4-5 osób, więc zawodnicy kładą się tam na karimatach, żeby choć ciut lepiej wypocząć. Staraliśmy się też sadzać piłkarzy tak, aby mieli do dyspozycji wolne miejsce obok, coby mieli gdzie wyprostować nogi i jechać w wygodnej pozycji. Wiadomo, robimy też przystanki aby się rozprostować, rozruszać. A jak się zabija czas? Jedni oglądają filmy, inni czytają książki, ktoś ucina drzemkę... Co kto lubi.

Da się jakoś popracować w takiej podróży? Wracacie i robi pan w busie analizę taktyczną - dobra opcja czy strata czasu?

Zdarzało się wielokrotnie. To dobry czas na takie rzeczy, choć oczywiście nie zawsze to jest wygodna robota. W I lidze jest trudnieje o tyle, że nie z każdego meczu od razu video ląduje w InStacie. Te transmitowane spotkania szybko pojawiają się w systemie, wgranie pozostałych trwa dłużej. No ale jeśli są, omawiamy je. Po przyjeździe, następnego dnia trzeba już robić inne rzeczy, a tu nie dość że możemy poświęcić czas na omówienie teorii, to też sama podróż po prostu szybciej mija. 

Co by pan wskazał jako główne przyczyny tego, że po świetnym starcie wpadliście w kryzys?

Paradoks polegał na tym, że niektóre mecze z gorszymi wynikami były w naszym wykonaniu lepsze niż te kilka pierwszych. Na początku nie nie zawsze dominowaliśmy nad przeciwnikiem, ale byliśmy zabójczo skuteczni. Strzelaliśmy mnóstwo goli przy stosunkowo małej liczbie szans.

Co ciekawe to pod koniec rundy, a nie na jej początku, piłkarze mówili, że teraz czują się lepiej, pewniej. Chodziło o zgranie, automatyzmy. Z drugiej strony mieliśmy kłopoty ze skutecznym wykańczaniem sytuacji i wyniki nie zachwycały. Mam na myśli choćby starcia z Koroną (1:0 czy Radomiakiem (0:0). Podobała mi się w nich nasza gra, wyglądaliśmy solidnie, tylko bramek brakowało. 

Był pan zadowolony ze stylu gry swojej drużyny? Widziałem sporo waszych meczów w tym sezonie i w pewnym momencie zrobiliście się strasznie powolni, ospali, brakowało elementu zaskoczenia.

Rzeczywiście był taki moment, właśnie wtedy, kiedy od paru spotkań nie potrafiliśmy wywalczyć trzech punktów. To był ciekawy czas z psychologicznego punktu widzenia. Piłkarza nie poznajesz najdokładniej kiedy wygrywa, lecz po tym, jak reaguje na różne trudniejsze sytuacje. Uważam, że ostatecznie udało nam się wystarczająco dobrze odbić i grać w zadowalający sposób. Tutaj mogę wrócić do tego, o czym wspomniałem wcześniej - ze 2 dobre transfery zimą i Arka będzie świetnie funkcjonowała.

Uważam też, że zostawiłem w drużynie solidne fundamenty jeśli chodzi o grę w defensywie. Okej, pewnie w niektórych meczach mogliśmy bronić jeszcze skuteczniej, a rywala dopuszczaliśmy do zbyt wielu sytuacji. Ogólnie rzecz biorąc jednak straciliśmy 14 bramek, mniej tylko od Termaliki, Radomiaka i Górnika Łęczna. Jak na 17 kolejek to jest niezły wynik. Sądzę, iż zwłaszcza pod koniec rundy w obronie wyglądaliśmy naprawdę dobrze. 

Na konferencjach wspominał pan, że czasem za bardzo kombinowaliście. Może pan rozwinąć myśl?

Chodziło mi o podejmowanie decyzji w ofensywie. W paru sytuacjach trzeba było grać do kolegi w pierwsze tempo, a nie robić zwody, przekładać przeciwnika i tak dalej. Podobnie ze strzałami - czasem zawodnik niepotrzebnie szedł w drybling, choć miał wystarczająco dużo miejsca, by spróbować uderzyć. Od 16. metra i dalej czasem lepiej podjać tę najprostszą decyzję. Piłka spada ci na nogę, to nie zastanawiaj się, tylko uderz, może zaskoczysz przeciwnika i będzie profit. To należało poprawić.

Po zwolnieniu z Jagiellonii na naszych łamach zastanawiał się pan, czy nie był pan zbyt miękki wobec swoich podopiecznych. Jak to wyglądało w Arce?

Wtedy popełniłem parę błędów, tego nie da się ukryć. „Miękki” to zresztą złe słowo. Dzisiaj powiedziałbym, że w paru momentach zabrakło mi konsekwencji. Dziś jestem bogatszy w to doświadczenie i teraz po pracy w Arce muszę przyznać, iż jestem zadowolony z tego jak funkcjonowała nasza szatnia, jak ułożyłem swoje relacje z piłkarzami, jakie relacje mieli względem siebie. Wyglądało to tak jak powinno. To jest bardzo zdyscyplinowana grupa ludzi.

Można powiedzieć, że mecz ze Stomilem był dla was przełomowy? Zwykle na konferencjach unika pan ostrych słów, a wtedy trochę frustracji się ulało.

Zrobiłem wyjątek, bo prowadziliśmy wówczas 1:0, do tego graliśmy w 11 na 10, mieliśmy doskonałą sytuację na 2:0... I zremisowaliśmy. Myśleliśmy wtedy, że uda nam się zwyciężyć minimalnym nakładem sił. Moja reakcja była tak stanowcza, nie podobała mi się postawa drużyny. 

To też był taki moment, gdy mogłem lepiej poznać zawodników, ich podejście do pewnych spraw. Wtedy dostaliśmy dużą lekcję pokory. Piłkarz musi być pewny siebie, ale trzeba rozgraniczyć to od arogancji. To nas zgubiło w Olsztynie. W pierwszej połowie Stomil nie miał praktycznie żadnej klarownej sytuacji, my prowadziliśmy, a po czerwonej kartce dla Byrtka przyszło rozluźnienie. Na zasadzie - skoro w 11 nam się nie postawili, to w 10 też tego nie zrobią. Nic tak nie uczy pokory jak tego typu mecze. Potem przecież było tak, że po wyrównującym golu to Stomil naciskał jeszcze mocniej, pokazał dużą determinację, zaczął grać agresywnie, jego zawodnicy ustawiali się bardzo blisko siebie. No i dopięli swego.

To że tyle się mówiło o Arce jako o murowanym faworycie do awansu to was uskrzydlało czy jednak przeszkadzało?

Staraliśmy się odcinać od tego typu głosów i w sumie ja nie do końca to rozumiałem. Przecież to była praktycznie całkiem nowa drużyna, a są w I lidze zespoły, które od paru sezonów konsekwentnie budują ekipy gotowe do awansu. Zawsze podaję przykład Podbeskidzia, które pracowało na to od 3 lat. Podobnie Termalica. My oczywiście też byliśmy świadomo swych możliwoście, ale... Spokojnie. To też jest element pracy szkoleniowca, że gdy mówią o tobie w ten sposób, to musisz zrobić tak, aby te głosy nie miały wpływu na to jak pracujesz i grasz. 

Pochlebstwa wobec Arki bardziej działały na naszych przeciwników, którzy dzięki temu bardziej spinali się na starcie z nami. 

Pierwotnie mieliśmy rozmawiać wczoraj (w środę 16.12), ale akurat był pan w trasie... Jak tam droga do Bielska-Białej?

Nie wiem skąd się wzięła ta informacja. Wie pan kiedy ja ostatnio byłem w tym mieście? Pracowałem wtedy w Chrobrym Głogów i pojechaliśmy na mecz wyjazdowy! (śmiech) Nie wiem jak to mógłbym panu jeszcze udwodonić, nie mam pojęcia czemu ktoś tak pisze. Z nikim z Podbeskidzia nie rozmawiałem.

A z Wisły Płock był jakiś kontakt? Z Nafciarzami łączy się pana co najmniej od tygodnia.

To są wszystko zaledwie doniesienia medialne. Do wczoraj jeszcze pracowałem w Arce i nie rozmawiałem z nikim. Póki co Wisła się ze mną nie kontaktowała.

Rozumiem jednak, że następną pracę wolałby pan dostać w Ekstraklasie niż w I lidze.

Nie ukrywam, że tak, skoro głównie to w niej pracowałem przez ostatnich parę lat. Najpierw w Jagiellonii, później także w Arce. Było nam bardzo trudno wywalczyć utrzymanie, ale podjąłem się tego wyzwania i chciałem z nią wrócić na najwyższy poziom rozgrywkowy. Na pewno więc w kontekście nowej pracy bardziej ochoczo będę zerkał w kierunku Ekstraklasy.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się