var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Lukasz Laskowski / PressFocus

Marcin Komorowski dla 2x45: Czerczesow w Tereku był jak car. Takich postaci nie spotyka się na co dzień

Autor: rozmawiał Marcin Łopienski
2020-12-25 12:00:01

Jak zakończenie kariery pomogło mu w powrocie do zdrowia? Jak odnalazł się w nowej rzeczywistości? Czym zajmuje się obecnie? Dlaczego Terek przyczynił się do jego kontuzji? Czemu podziwia Czerczesowa i nazywa go carem? Z jakiego powodu Orest Lenczyk to najgorszy trener z którym pracował? Kto był pupilkiem Smudy?
Zapraszamy do lektury rozmowy z Marcinem Komorowskim!

***

Zaskoczyła pana propozycja rozmowy?

Nie, dlaczego?

Pytam, bo niektórzy piłkarze, którzy zakończyli jakiś czas temu kariery, narzekają, że teraz to dziennikarze dzwonią zdecydowanie rzadziej niż kiedyś…

To pewnie mowa o tych, którzy nie wiedzą co począć ze swoim życiem i czekają na taki telefon jak na zbawienie.

Pan wie? 

Tak, proszę mi uwierzyć. Jak umawialiśmy się na rozmowę, to celowo prosiłem o wieczorową porę, bo wcześniej mój grafik jest wypełniony. Dlatego nie czekam z wytęsknieniem na telefony od dziennikarzy, ale nie jest też tak, że was unikam (śmiech). 

W głosie słyszę radość, czyli ze zdrowiem już wszystko w porządku.

Tak, ale nie jest to takie funkcjonowanie jak przed kontuzją. Dzisiaj mogę sobie pozwolić jedynie na amatorskie granie. 

Jakiś niedosyt jest?

Musi mi wystarczyć, to co jest.

A wystarcza?

Na szczęście tak. Cieszę się, że kiedy tylko chcę, mogę iść pobiegać, mogę dla zabawy pograć w piłkę. Na pewno nie jest tak jak kiedyś, że po rozegraniu meczu noga mnie nie boli. Przeciwnie, nawet po amatorskim graniu boli, potrzeba trochę czasu na regenerację, ale patrzę na to wszystko pozytywnie: korzystam z tych radosnych chwil, kiedy mogę się poruszać. 

Mówi pan o bólu, a tego, którego doświadczał pan dwa-trzy lata temu już nie ma?

Nie. 

Co spowodowało, że udało się wrócić do normalności? 

Z perspektywy tych dwóch lat, myślę, że głównie spokój. 

Brak presji szybkiego powrotu do gry?

Dokładnie tak. Człowiek chciał szybko wrócić do zdrowia, bo ja przecież cały czas zamierzałem grać w piłkę, wcześniej w Rosji regularnie grałem, więc ta perspektywa dla mnie była inna. 

Szanse powrotu do Legii też były. 

Dokładnie. Teraz ta perspektywa jest jaka jest, skupiam się na innych rzeczach, a głowa nie myśli o szybkim powrocie do gry. 

Decyzja o końcu kariery była zatem oczyszczająca. 

Pozwoliła mi odzyskać taki wewnętrzny spokój. Przed trzy lata ciągle w głowie miałem dwie rzeczy: nogę, nogę i jeszcze raz nogę oraz motywację do tego, żeby powrócić. 

Trzeba panu oddać, że u rehabilitantów mógł poczuć się jak we własnym domu. 

Tak, ale to tylko tak ładnie brzmi. Proszę sobie wyobrazić, że dni, tygodnie, a później miesiące upływają panu na ćwiczeniach, rehabilitacjach i cały czas ta noga nie jest zdrowa, dlatego wszystko trzeba powtarzać. A z tyłu głowy, cały czas siedzi myśl, żeby wrócić jak najszybciej. Może uprzedzę kolejne pytanie, ale człowiek, który tkwi w tym kilka miesięcy może odczuwać zmęczenie, ja natomiast funkcjonowałem tak kilka lat. Miałem po prostu dość. 

Z tego względu łatwiej było podjąć decyzję o zakończeniu kariery? 

Nie nazwałbym tego w ten sposób.

Więc jak?

Nie wiem, czy łatwo to właściwe słowo, bo to nie była łatwa decyzja. Na pewno ze względu na doświadczenia po pierwszej operacji żyłem ze świadomością, że mogę się nie wyleczyć, ale piłka nożna to był mój zawód i nie było łatwo z nim skończyć.

Czyli była to dojrzała decyzja. 

Na pewno tak. 

A który moment w ciągu tych trzech lat rehabilitacji był najcięższy? 

Pół roku po pierwszej operacji, bo wtedy jeszcze tak naprawdę nie miałem świadomości, że już nie wrócę, a wiedziałem, że nie pojadę na ME we Francji.

Piłkarze mówią, że po wyjściu z poważnych kontuzji są silniejsi. Co czuje zawodnik podczas tej walki?

Co prawda podczas swojej kariery kontuzji za dużo nie miałem (śmiech), ale jak już się przytrafiła, to maksymalnie fokusowałem się na jak najszybszym powrocie na boisko. 

Czyli?

100-procentowo angażowałem się w proces rehabilitacji.  

A cierpliwości starczało? 

Oczywiście z kontuzjami to jest tak, że tutaj czasu nie oszukasz. Na wyjście z każdego urazu potrzeba konkretnego czasu, ale ja w tych momentach zawsze dawałem z siebie wszystko, aby tego okresu nie wydłużyć. 

Pytam, bo pana kontuzje zawsze wypadały przed ważnymi imprezami. 

Wiadomo, to nie było łatwe, zwłaszcza te pół roku przed mistrzostwami Europy we Francji, bo jakbym był zdrowy, to raczej bym na tę imprezę pojechał. 

Gdyby nie było tej perspektywy wyjazdu na turniej, to podjąłby pan inne decyzje? 

Zapewne tak. Wtedy uciekała mi impreza mojego życia, dlatego wszystko podporządkowałem szybkiemu powrotowi. 

Minęło trochę czasu od tamtych chwil, udało się panu wyzdrowieć, odnoszę wrażenie, że analiza tego co poszło nie tak, też była. 

Analizowałem to wszystko, oczywiście. Zastanawiałem się, czy lepiej było postawić na rehabilitacje, a nie od razu się operować. Z drugiej strony była ta wspomniana presja czasu, żeby jak najszybciej wyzdrowieć i pojechać na Euro… Sporo argumentów za jedną drogą, tyle samo za drugą. Wielokrotnie rozkładałem to na czynniki pierwsze. 

Dzisiaj podjąłby pan inną decyzję? 

Wiadomo, po czasie to łatwiej o wnioski, ale nawet mając w perspektywie EURO podjąłbym się rehabilitacji. Wtedy otrzymałem zapewnienie, że dwa miesiące po operacji jestem do grania, a w przypadku rehabilitacji ten okres nie był pewny. 

Czyli został pan postawiony przed ścianą.

Tak jest. Gdybym wtedy miał taką wiedzę jak dziś, to szedłbym w rehabilitację i w ten sposób starał się zawalczyć o EURO. W życiu jednak nie można przenosić się w czasie. 

Ma pan do kogoś pretensje, że poszło tak, a nie inaczej?

Na początku trochę miałem do Jacka Jaroszewskiego, ale nie chodzi tutaj o zabiegi. Kiedy byłem już chyba po trzecim i miałem to wszystko czyszczone, to Jacek pojechał na EURO, rana mi się w tym czasie otworzyła, zaczęło mi się z niej sączyć, a z nim nie mogłem się skontaktować… Kompletnie nie wiedziałem co mam robić, te trzy dni to jak na szpilkach siedziałem, a z rany cały czas coś leciało. Nie zdawałem sobie sprawy, o co chodzi, co się jeszcze wewnątrz dzieje. 

Po jakimś czasie w końcu złapaliśmy z Jackiem kontakt, trzeba było to zszywać, ale cały okres powrotu do zdrowia się wydłużył i o to miałem do niego pretensje. Później jednak wszystko sobie wyjaśniliśmy, mogłem liczyć na jego pomoc i WSPÓŁPRACĘ Z JACKIEM POLECAM KAŻDEMU.

Nie ma co się dziwić, wtedy został pan pozostawiony samemu sobie.

Tak jest, dobrze pan to ujął. Nie dość, że miałem rozwaloną nogę, to jeszcze pojawiły się komplikacje, a ja nie wiedziałem co mam robić, należy jeszcze dodać, że byłem po trzecim zabiegu, więc psychicznie byłem zdemolowany. 

Mocno pan osiwiał przez te dni?

Nie wiem, ale te 72 godziny zostały wyjęte z mojego życia. 

Jak wraca pan myślami do tamtego czasu, to co pierwsze przychodzi do głowy?

Permanentny stres i nerwy. Sprawa była naprawdę poważna. 

U pana też było tak, że pan trochę po Europie pojeździł do tych lekarzy.

Tak, w sumie to dzięki Jackowi, ponieważ miał możliwość pojechać ze mną na konsultacje do dr Van Dijka, który jest jednym z najlepszych fachowców od stawów skokowych. W każdym razie załatwił to Jacek i zauważyłem, że on robił wszystko, aby mi pomóc, a nie żeby, nie obrażając innych lekarzy, wykorzystać daną sytuację i na mnie zarobić. 

A byli tacy, którzy wykorzystali?

Tak, ale personalia zostawię dla siebie.

Dobrze, ale to nie chodzi o tego Van Dijka?

Zostawmy ten temat, mam swoje przemyślenia. Wróciłem wtedy do Jacka i mogłem liczyć na jego pomoc. 

Jakie uczucie kojarzy się panu z tamtego czasu? 

Cały czas człowiek żyje nadzieją i to światełko w tunelu było, aż w końcu zgasło. Uświadomiłem sobie jedną rzecz: sorry, ale nie jesteś w stanie po tylu zabiegach, po tylu ingerencjach wrócić do gry w niedalekiej przyszłości.

Takie życiowe doświadczenie raczej wzmacnia czy osłabia człowieka?

Zależy od psychiki. Wydaje mi się, że skoro funkcjonuję i jakoś się to życie kręci, to chyba mnie to wzmocniło i czegoś nauczyło. Na pewno teraz nie podjąłbym tak pochopnie decyzji o operacji, choć wydaje mi się, że byłem wówczas podstawiony pod ścianą i po prostu wybrałem mniejsze zło.

To dlatego w wywiadach mówił pan po ogłoszeniu zakończenia kariery, że to nie była pańska decyzja?

Nie była z dwóch względów. Po pierwsze zakończyłem swoją karierę w momencie zgody na operację. A po drugie, ten błąd gdzieś jednak został popełniony albo po prostu jestem takim przypadkiem, że mój organizm zareagował tak jak zareagował.

Perspektywa trenerki nadal pana nie interesuje?

Grając w piłkę wiedziałem od samego początku, że nie chciałem być trenerem. Nie jestem pewny czy do końca odnalazłbym się w tej roli. Nigdy nie próbowałem, nigdy mnie do tego nie ciągnęło, więc sam nie wiem. Nie robiłem żadnych kursów, nie robiłem papierów na trenera, bo poszedłem trochę w innym kierunku.

Nie ma pan papierów na trenera, ale może mógłby pan zostać gwiazdą telewizji, tak jak Radosław Majdan czy Radosław Majewski?

Nie, nie czuję się w tym dobrze. Byłem zaproszony jako ekspert na mistrzostwa świata w Rosji i powiem szczerze – nie czuję tego. Nie odnajduję się w tej roli, nie przychodzi mi ona lekko.

Jeżeli chodzi o Rosję i pana kontuzję, to Terek wobec Pana zachował się w porządku. 

Nie mam i nie mogę mieć pretensji. Z Terekiem mógł być zgrzyt, bo przecież przez rok nie grałem, ale wcześniej dawałem z siebie 100%. I chyba dlatego wszystko odbyło się na zdrowych zasadach. Mogłem operować się w Polsce, a wówczas w klubie ten wolny wybór nie był codziennością.

Odnoszę wrażenie, że szanowali pracę, jaką wykonywał pan dla klubu.

Tak mi się wydaje. Wspólnie z Maćkiem Rybusem stworzyliśmy polską markę i klub zawsze mógł na nas liczyć. Nikt nie symulował, nikt nie udawał, nikt nie oszukiwał. Zapieprzaliśmy.

Czy ten okres w Rosji uważa pan za swój najlepszy w karierze?

Na pewno dobrze się tam czułem, aczkolwiek najlepszy okres to chyba Liga Europy z Legią. To był top, brakowało jedynie występów w reprezentacji.

Czy wtedy z Legii ktoś pana wypychał do Rosji, czy to był pana pomysł?

Nie, absolutnie. Moim agentem był Mariusz Piekarski, po przedłużeniu kontraktu pierwszą propozycję dostałem od Shanghai Shenhua, ale nie chciałem tam jechać. Druga była z Arabii Saudyjskiej, od klubu, który zajął trzecie miejsce w tamtejszej Lidze Mistrzów. Tam też nie chciałem wyjeżdżać, a jako trzeci pojawił się Terek, do którego wiedziałem, że już Maciek przejdzie. Rozmawiali na temat jego transferu i stwierdziłem, że we dwóch będzie nam raźniej. Terek wyglądał najbliżej takiej poważnej i zachodniej europejskiej piłki spośród tych trzech wymienionych drużyn.

Łatwo było panu podjąć decyzję o odejściu?

Niełatwo. Wahałem się, aczkolwiek mówiłem, że do trzech razy sztuka. Po podpisaniu kontraktu miałem również rozterki, dzwoniłem do Mariusza, gdzie ja przyjechałem i nie chcę tutaj być. Z czasem jednak człowiek się rozkręcał, rozkręcał i później poszło. 

Dlaczego pan się wahał?

Kontrakt podpisałem w Polsce i po zobaczeniu, jak to wszystko tam funkcjonuje, jak wygląda baza i jakie mieli zaplecze, złapałem się za głowę. W porównaniu do Legii to byli niemal sto lat do tyłu.

A Legia wówczas miała tylko jedno boisko.

Legia miała tylko jedno boisko, ale przynajmniej dobre. Tam tego nie mieliśmy. 

Czy złe warunki mogły mieć wpływ na późniejszą kontuzję?

Wydaje mi się, że ten uraz był spowodowany właśnie tym, na jakim „betonie” trenowaliśmy.  Boisko było w fatalnym stanie.

Finanse rekompensowały fatalne warunki?

Co miesiąc regularnie był dzień wypłaty bądź premii (śmiech). Może na tym poprzestańmy (śmiech).

Tego odejścia do Tereka, z perspektywy tego, co się później wydarzyło, nie uważa pan za błąd?

Poszedłem tam w wiadomym celu. Pojawiła się szansa zarobienia pieniędzy, to zarobiłem. Na miejscu nie miałem zamiaru odcinać kuponów, a grać. I to też do momentu kontuzji się udawało. Później miałem oferty powrotu do Legii, ale z powodu kontuzji tematy upadły. Widocznie tak miało być, gdybym znowu otrzymał taką ofertę z Rosji, to też bym skorzystał.

Skoro nazwisko Rybusa już się pojawiło, to zapytam o te premie. Maciek otrzymał za bramki luksusowy samochód, a pan? Strzelił pan pięć goli.

Tyle szczęścia nie miałem. Pamiętam strzeliłem bramkę w urodziny Kadyrowa i sobie tak myślę: przydałby się jakiś samochód? Ale niestety, samochodu nie było (śmiech). 

A jak pana bliscy zareagowali na tę ofertę z Tereka? 

No na początku wszyscy byli zdziwieni, aczkolwiek później powoli każdy się oswajał z tą myślą.

Pytam bo na Instagramie pana żony widziałem zdjęcie ulicy przy której mieszkaliście i mocno pachniało wioską. 

My przez trzy i pół roku mieszkaliśmy w Kisłowocku, później przeprowadziliśmy się do Groznego, które jest już normalnym miastem, odbudowanym, bo w Czeczenii wojny już nie ma. 

A Kisłowock?

Coś jak Zakopane 20 lat temu. Taka miejscowość bardzo turystyczna w górach, która znajduje się pod Elbrusem, na wysokości bodajże 2000 m n.p.m, ludzie przyjeżdżają tu na wypoczynek. My tam mieszkaliśmy i… nie jest to Saint Tropez. Natomiast człowiek mógł się do tego wszystkiego przyzwyczaić.

Wam udało się przyzwyczaić?

Udało się, człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić. Szybciej bądź wolniej, ale z czasem każde warunki zaakceptuje.

Moim zdaniem Rosja Polakom kojarzy się albo z bogactwem Moskwy albo z biedą. Ten kontrast pan widział w tamtym czasie?

Tak, to zdecydowanie kraj kontrastów. 

Przed transferem nie obawiał się pan wyjazdu do niebezpiecznego rejonu? 

Drobne obawy były, nie zaprzeczę. Z tyłu głowy siedziała nam raczej historia. Na miejscu doświadczyliśmy tylko jednego incydentu. Był atak terrorystyczny, po nim wyłapali tych wszystkich rebeliantów i tyle.

Nie pomyślał pan wtedy, że pora wracać do domu? 

Nie, ale muszę przyznać, że taka refleksja przyszła dopiero po czasie. Jak widzi się lecące rakiety, to na początku jest to nierealne. Ewentualne przemyślenia przychodzą później. 

O bazie rozmawialiśmy, o regionie też. Czy był jeszcze jakiś powód wahań?

Nie, ta baza była zdecydowanie najgorsza.

A aklimatyzacja? Łatwo było się odnaleźć w nowym miejscu?

Nie, ale od trenera Czerczesowa dostaliśmy pełne wsparcie i chylę mu za to czoła. Przywitał nas bardzo dobrze, później na nas stawiał, szkoda że tak szybko go zwolnili, bo z nim moglibyśmy awansować do Ligi Europy.

Słowo, które najlepiej trenera charakteryzowało, to?  

Car (śmiech).

Tego się nie spodziewałem (śmiech).

Trener Czerczesow zawsze był taki, że siebie stawiał na pierwszym miejscu, ale w pozytywnym znaczeniu. Super trener, super facet. Takich postaci nie spotyka się na co dzień. 

Bardziej charakterniak czy warsztatowiec? 

Charakterniak.

Kiedyś wspominał pan sytuację, kiedy dwóm pana kolegom sprzedał liścia na treningu. 

Mauricio z jakimś czarnoskórym zawodnikiem skoczyli do siebie, trener wszedł między nich, każdemu wymierzył po ciosie i wyrzucił ich z treningu. Z tym, że ja nie byłem tego świadkiem, tylko mi opowiadali.

To proszę opowiedzieć jakąś ciekawą anegdotę z panem i trenerem. 

Pewnego razu podszedł do mnie i pyta się: 

- Byłeś w wojsku?

- Odpowiadam: Nie byłem. 

W pewnym momencie schylił się i z pół obrotu przed samym nosem przeleciał mi jego but i mówi: widzisz, a ja byłem. 

Domyślam się, że podobnych anegdot trochę pan ma. 

Pamiętam jego odejście z Tereka. Po sezonie zebrano całą drużynę, Prezydent Klubu (Mahomet Daudow) powiedział, że zawiedliśmy, bo nie awansowaliśmy do Ligi Europy i jak Czerczesow przy nas wszystkich dowiedział się, że jest zwolniony to wstał, powiedział: „okej, nie ma problemu” i wyszedł. 

Zaimponował wam.

Żeby pan widział wtedy minę wszystkich. Byliśmy w tak wielkim szoku, ale w ten sposób trener pokazał jaja. Innych trenerów, to nawet szkoda porównywać do Czerczesowa. 

Spróbujmy. 

Po nim był Krasnożan – koszmarny trener, pół roku z nim się męczyliśmy. Pamiętam taką sytuacje, jak za jego czasów byliśmy chyba na przedostatnim miejscu w tabeli, klub zrobił spotkanie z piłkarzami, Lord Mahomet Daudow mówi do nas, że jak nie wygracie następnego spotkania, to dostaniecie kary finansowe. Po chwili wchodzi ten Krasnożan i mówi, że on robi wszystko co może, ale to wyłącznie wina piłkarzy. 

Słabe.

W taki sposób nie buduje się drużyny, po tym incydencie kompletnie stracił szatnię. Po nim długo był Rachimow, moim zdaniem za długo, ale szkoda najbardziej Czerczesowa, bo był on najlepszy.

Pod względem osobowości mógłby go pan porównać tylko do Beenhakkera? 

Na pewno dwie wielkie postacie, mocne charaktery. Jeden i drugi sprawiał wrażenie dobrego wuja. 

A jak pan się czuł na zgrupowaniach Holendra? 

Mnie osobiście trener polubił. Pamiętam, że pierwszy raz na kadrę przyjechałem taki bardzo skryty, zagubiony, ale z każdym kopnięciem piłki rosłem. Na koniec zgrupowania po meczu z Serbią, gdzie asystowałem przy bramce Bogusia (Rafała Boguskiego – red.) Beenhakker powiedział, że byłem największym zaskoczeniem, bo zrobiłem największy progres. Wtedy zwrócił na mnie uwagę i później już powoływał, aczkolwiek jakiejś poważnej szansy mi nie dał, po prostu brakło czasu.

Nie wiem czy pan się ze mną zgodzi, ale z moich obserwacji wynika, że Holender najbardziej potrafił budować młodych piłkarzy. Garguła, Matusiak, Łobodziński, pan, ale też Brożek czy Smolarek – wszyscy później coś tam pograli w tej piłce. 

Zawsze jest tak, że przy określonym trenerze rozwijają się konkretni piłkarze. Bo komuś ktoś się spodoba i zaczyna na niego stawiać. Zawsze zawodnik, który ma uznanie i zaufanie szkoleniowca da od siebie 120 % możliwości. Przykładowo Pazdan przy Nawałce wyrósł na świetnego zawodnika. 

A kogo zbudował w kadrze Franciszek Smuda? 

Samego siebie (śmiech)! 

(śmiech). 

Pamiętam takich zawodników jak Perquis, Obraniak – na nich trener Smuda mocno liczył, byli oczkiem w jego głowie i mogli u niego wszystko. 

To wesoła musiała być ta kadra.

I to jak! Osobiście trenera wspominam pozytywnie, czepiać się do mnie nie czepiał, a jak rzucił jakimś żartem, to się śmiałem, bo lubię i potrafię z siebie pożartować.

U Nawałki tak wesoło chyba już nie było. 

Trenera również wspominam pozytywnie, wysoka kultura osobista, klasa. 

No dobrze, a czy od początku pan mu zaufał? Bo start miał taki sobie. 

Na samym początku to nie, krążyły różne opinie o nim jeszcze z czasów pracy w Zabrzu…

Tzn.? 

Chłopaki opowiadali różne historie na temat trenera Nawałki i nie były to do końca opinie pozytywne.

Ale później jak w starym małżeństwie dotarliście się? 

W życiu jest tak, że każdą opinię trzeba skonfrontować i tak też było z nami. Trener miał do mnie swoje podejście, ja inaczej na to patrzyłem, ale ostatecznie wyglądało to dobrze. 

Największa różnica między reprezentacjami Smudy i Nawałki? 

Kadra (śmiech). U trenera Nawałki byli inni zawodnicy, inna atmosfera, która całą grupę niosła. 

Czyli ten zespół Smudy był skazany na porażkę? 

Ze mną na środku obrony byłby skazany na sukces, czyli wyjście z grupy (śmiech). 

To kontuzja nieźle panu namieszała w karierze (śmiech). Miał pan naderwane więzadła poboczne, dlatego nie zdążył wyleczyć się na EURO w Polsce.

No niestety! A tak na poważnie, to ciężko mi się odnosić, bo nie było mnie wtedy wewnątrz drużyny.

Ale swoje spostrzeżenia na pewno pan ma. 

Moim zdaniem na takiej imprezie jak EURO i to jeszcze w Polsce, drużyna zachowuje się tak, jak jej trener. Im większy jego spokój, tym zespół jest pewniejszy. A jeśli szkoleniowiec nie wytrzymuje ciśnienia, to niestety, niczego dobrego to nie da. 

Ja Smudę pamiętam tylko z trzęsących się rąk podczas wywiadów. 

Takie emocje pewnie były. 

Podczas meczów Polaków to niekoniecznie. 

(śmiech). 

Pan w ogóle traktuje swoją karierę w reprezentacji jako sukces?

Zdecydowanie nie. Nie grałem w meczach eliminacyjnych, a tego mi najbardziej brakowało. Zawsze gdzieś w tej kadrze byłem, ale takiej poważnej szansy nie dostałem. Co prawda był ten mecz z Mołdawią w eliminacjach do mistrzostw świata w Brazylii, zremisowaliśmy 1:1 i tyle. Jakoś pozytywnie tamtego spotkania nie wspominam. 

Pytam, bo są ligowcy, którzy marzą chociaż o jednym występie. 

Oczywiście, że są, ale tutaj nie porównywałbym. Mam na koncie 13 meczów i bramkę, ale oczekiwania mojej osoby były większe. 

Pojawiała się frustracja?

Na każde zgrupowanie jechałem pozytywnie naładowany, ale na miejscu okazywało się, że znowu siadałem na ławkę. I był później taki moment, kiedy tej szansy nie było, że denerwowałem się i frustrowałem, bo jechałem, żeby grać, a nie być w kadrze. 

Po latach przyszła refleksja? 

Zawsze przychodzi, bo takie jest życie. Dzisiaj dziękuję losowi za te 13 meczów i gol, aczkolwiek sukcesem bym tego nie nazwał. 

A skoro o darach losu, dla pana był nim transfer do Legii?

W tamtym czasie był to wielki zbieg okoliczności. Był moment za Lenczyka, kiedy chciałem zakończyć granie w piłkę, później poszedłem na wypożyczenie do ŁKS-u. Latem 2008 nie chciałem iść do Polonii Bytom, a mój agent nie dogadał się z Wisłą Płock, chciał żebym trafił do Bytomia. Tam natomiast był ten hattrick z Lechią. I tak to się potoczyło.

Dlaczego współpracy z Lenczykiem nie wspomina pan miło? 

To już jego niech pan pyta. 

Może kiedyś będzie szansa, nie wiem czy teraz odebrałby ode mnie telefon.

Może nie jest pan na tym poziomie, co pan Lenczyk? 

Na pewno nie jestem, tu nie mam wątpliwości. U trenera ponoć na wszystko trzeba zasłużyć, chociażby na uścisk dłoni. 

Oczywiście, że trzeba zasłużyć.

Mnie ojciec uczył, że to młodszy ma powiedzieć dzień dobry, a jak starszy zechce, to wyciągnie dłoń. 

A jak nie wyciągnie, to co? Bo to też jest pytanie, jak taką reakcję odbierać? Miałem taką sytuację z Lenczykiem, że przyszedłem na trening, powiedziałem dzień dobry i wyciągnąłem rękę, a pan Lenczyk odwrócił się i ani be, ani me, ani kukuryku. Dopiero po treningu podszedł, wyciągnął rękę i powiedział dzień dobry. Nie wiem co chciał w ten sposób pokazać, może wielkość swojej osoby?

Może właśnie chciał pokazać panu miejsce w szeregu. 

Może i tak. Dzisiaj to już są anegdotki, ale jeśli miałbym go oceniać, to był to najgorszy trener z jakim pracowałem. 

Pod jakim względem najgorszy? 

Pod każdym. Zaczynając od podejścia do zawodników i kończąc na taktyce. 

A przygotowanie fizyczne? 

To akurat zawsze podkreślam, że przygotował mnie do sezonu dobrze, ale też w głównej mierze była to zasługa doktora Wielkoszyńskiego. Reasumując była to okropna osobowość i nie rozumiem jego pozycji w naszej piłce. 

Ja w przypadku trenera Lenczyka nie rozumiem tego cmokania na piłkarzy…

A tak, jeszcze obowiązkowe cmokanie. Zostawmy już go, niech sobie spokojnie żyje.

Okresu z Lenczykiem nie wspomina pan dobrze, a z czego wynikały te częste zmiany klubów u pana? Chodzi mi o te początki. 

Głównie z tego, że łączyłem grę w piłkę ze studiami i chciałem być w obrębie województwa łódzkiego, żeby móc je skończyć. Dlatego jeśli gdzieś mnie nie chcieli, to szukałem miejsca w pobliżu. Głowno, Łowicz, Piotrków Trybunalski, Radomsko, tak jak pan wspomniał, trochę tego było. 

Jakieś ciekawe oferty pan odrzucił?

Przeprowadzkę z Piotrcovii Piotrków Trybunalski do Szczecina .

Studia udało się skończyć?

Licencjat obroniłem, zacząłem magisterkę, ale później już wyjechałem do Sosnowca i nie dało się tego pogodzić. 

Jaki kierunek pan skończył? 

Wychowanie fizyczne.

A mecze dalej pan ogląda?

Podczas rehabilitacji oglądałem wszystko, ponieważ był na to czas, teraz jedynie reprezentację i Legię, chociaż też nie wszystko, czego żałuję, bo całym sercem kibicuję tym drużynom. Kilka razy byłem na ŁKS-ie, w którym sam grałem, występował w nim mój tata, a do tego mam blisko na stadion. 

Patrząc na poczynania kolegów nie pojawiło się rozczarowanie? Pretensje? 

Na początku był bunt, nie do końca chciałem patrzeć na mecze, bo wracały mi wspomnienia, ale z czasem to minęło i dzisiaj jak mam czas, to oglądam. 

Właśnie, brak czasu. Wspominał pan już o tym na początku. Czym pan się teraz zajmuje?

Generalnie zawsze mnie interesowały nieruchomości i w nie inwestowałem. Zaangażowałem się też w deweloperkę, zarówno mieszkaniową jak i komercyjną, i w tym kierunku chcę się rozwijać. 

Można powiedzieć, że to przejście na drugą stronę było łatwiejsze? Bo miał pan coś odłożone, plany na biznes były. 

Nie do końca. W biznesie, jak to w życiu, po jakimś czasie otwierają się oczy, człowiek widzi gdzie popełnił błąd, w których momentach został wykorzystany. To nie jest takie łatwe, zwłaszcza że rozporządza się swoimi pieniędzmi i trzeba się szybko uczyć. Głównie na własnych błędach. 

Czyli jest pan na początku drogi biznesmena. 

Tego tak bym nie nazywał. Wróćmy na moment do tego Lenczyka. W Bełchatowie barowałem się z nim, teraz to samo mam w biznesie i powiem panu, że chciałbym aby to poszło jak w piłce: systematyczny wzrost do momentu, kiedy będę już czuł się w tym jak ryba w wodzie. 

Ile czasu pan sobie daje? 

Ciężko określić przedział czasowy ale powiedzmy, że 10 lat. 

Sporo. 

Sporo, ale trzeba zdać sobie sprawę, że to wszystko opiera się na takiej życiowej nauce. Wszyscy chcielibyśmy uczyć się na cudzych błędach, ale tak nie ma. Proszę zwrócić uwagę, że nikt z piłkarzy nie chwali się wtopionymi pieniędzmi, bo wstyd się do tego przyznać. A takich przypadków nie było 10, a z 10 tysięcy. 

Czyli pan też coś stracił. 

Też, ale zawsze starałem się to ryzyko dywersyfikować. Tak inwestowałem, żeby w przypadku załamania jednego źródła pozostały inne. 

Gdzie pan się nauczył takiego rozsądku? 

Od rodziców, którzy zawsze mi tak podpowiadali. No i od życia, bo kilka lekcji już odrobiłem. 

Na koniec może trochę podsumowań? 

Bardzo proszę. 

Czy poza grą w Legii w Lidze Europy jakieś inne pozytywy w swojej kariery pan widzi? 

Gra w najlepszym klubie w Polsce, w Lidze Europy, do tego reprezentacja, w tym czasie sporo ciekawych ludzi poznanych. Myślę, że wystarczy. 

Co pana rozczarowało podczas kariery? 

Chciałem zagrać w Lidze Mistrzów i chciałem żeby z boiska zapamiętały mnie moje dzieci, a tego nie udało się osiągnąć. 

To teraz te negatywne kwestie. Na pewno kontuzja i? 

Lenczyk (śmiech). Chyba jestem jedynym zawodnikiem, który otwarcie krytykuje Lenczyka.

Bardzo możliwe, nie przypominam sobie, żeby ktoś tak otwarcie go krytykował.

Życie zawsze oddaje. Jak to powiedział wybitny polski piłkarz: „Jak ty jesteś dla mnie chujem, to ja będę dla ciebie jeszcze większym”. I moim zdaniem powiedział bardzo mądrze. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się