var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Adam Starszyński / PressFocus

Po co uczyć się na własnych błędach, skoro inni już je popełniali?

Autor: Maciej Golec
2021-01-04 17:51:02

Postępowanie klubów, a w tym przypadku nawet beniaminków, którym spadek z Ekstraklasy zagląda głęboko w oczy, jest mocno przewidywalne. Powtarzalne wręcz. Podbeskidzie musi zatem z tej drogi zboczyć, jeśli myśli o czymś innym, niż wegetacji w drugiej połowie rundy wiosennej przy klepniętej już degradacji.

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat taki chaos panował za każdym razem, wydarzenia i ruchy były bardzo podobne – z tą jedną różnicą, że następowały nie na tym samym etapie i nie zawsze w identycznej kolejności. Na przykład Zagłębie Sosnowiec dwa sezony temu zwolniło trenera Dudka dość szybko, bo 6 października, ale już patrząc przez pryzmat liczby kolejek aż takiego odstępu między nim (11), a Krzysztofem Brede (13) nie ma. Z kolei w Łodzi mieli dłuższą cierpliwość, bo co prawda Kazimierz Moskal poleciał w trakcie sezonu, w którym ŁKS spadł, ale odbyło się to w przerwie spowodowanej pandemią, na 11 serii gier przed końcem sezonu.

Etapy sezonu więc bardzo różne. Trener Ivanauskas miał kilka miesięcy, by lepiej poznać kadrę Zagłębia od strony praktycznej i dopiero zacząć okres przygotowawczy mając w głowie jakieś zmiany. Ale jako że był totalną pomyłką, to niewiele ten czas pomógł. Litwin po opuszczeniu Polski do tej pory nie znalazł pracy. W Bielsku-Białej postanowili za to zatrudnić nowego trenera od razu po rundzie jesiennej, ale powiedzmy sobie szczerze, Robert Kasperczyk, który nie trenował żadnej drużyny od pięciu lat i który wcześniej nie radził sobie w klubach II ligi, nie jest osobą, z którą – jako włodarze Podbeskidzia – poszlibyśmy konie kraść.

A Wojciech Stawowy przychodził do ŁKS-u w roli strażaka, tyle że w momencie, w którym z domu został już tylko kawałek piwnicy i ceglany kominek. Misja nie do wykonania mając stratę 11 punktów do bezpiecznego miejsca. Każdy z tych ruchów (choć jeden jeszcze niezweryfikowany) miał w sobie trochę z absurdu. Oczywiście nie był bezpośrednią przyczyna spadku, powodów trzeba szukać głębiej, zwłaszcza w przypadku ŁKS-u, z którym trener nie mógł już w zasadzie za wiele zrobić. 

Pisząc o szukaniu głębiej mamy na myśli między innymi zimową przerwę między rundami, podczas której każdy z trzech zespołów był czerwoną latarnią ligi z dość dużą stratą do miejsca bezpiecznego. Co się robi w takim wypadku? Jak to co, transfery! 

21 grudnia 2019 roku w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” Krzysztof Przytuła, dyrektor sportowy ŁKS-u wypowiadał się w ten sposób:

„Na liście transferowej z klubu jest dziewięć nazwisk?
Nie wiem, czy tyle. Nie ogłaszamy jej. Część piłkarzy już wie, każdy z nich ma menedżera.”

Do tego wcześniej prezes Tomasz Salski zdradził, że bliscy pożegnania z Łódzkim Klubem Sportowym są Patryk Bryła, Wojciech Łuczak, Rafał Kujawa i Jewhen Radionow, a pod znakiem zapytania stoi przyszłość także Macieja Dampca, Kamila Rozmusa i Bartłomieja Kalinkowskiego. Sporo miało jednak zależeć od dokonanych transferów do klubu. 

Dokładnie rok przed wywiadem Krzysztofa Przytuły, 21 grudnia 2018 roku sporo działo się również w Zagłębiu Sosnowiec. Tam opublikowano listę transferową, na której znaleźli się Adam Banasiak, Adam Kokoszka, Giacomo Mello, Callum Rzonca i Dejan Vokić, a wcześniej jeszcze Alexandro Christovao, który po brutalnym faulu na Sebastianie Kowalczyku został przesunięty do rezerw, przez co także wlepiono mu karę.

Podbeskidzie w tym temacie gorsze być nie zamierzało. Oto piłkarze, którzy mogą sobie szukać klubu i z których Robert Kasperczyk korzystać już nie będzie: Rafał Leszczyński, Aleksander Komor, Bartosz Jaroch, Rafał Figiel, Tomasz Nowak, Ivan Martin. 

Jedni odchodzą, więc ktoś musiał przyjść. I tu następuje rozejście się dróg, przynajmniej na razie, do czasu weryfikacji Górali w rundzie wiosennej. Podstawowym problemem ŁKS-u było to, że nie potrafił nie dość, że się solidnie wzmocnić analizując błędy, które popełnił jesienią, to również nie załatał dziur, które powstały po odejściu Daniego Ramireza, czy Piotra Pyrdoła. Antonio Dominguez, który miał zasiąść za kierownicą, nie odnalazł się tam ani trochę porównując go do swojego poprzednika, z kolei Jakób Wróbel zaczął dawać coś drużynie w ofensywie dopiero wtedy, gdy było już pozamiatane.

Z zimowego zaciągu jako-tako sprawdził się jedynie Maciej Dąbrowski, który i tak miał swoje odpały przeciwko Jagiellonii (0:3), czy Zagłębiu Lubin (0:1) oraz Moros Garcia. Ale dwa w miarę trafione transfery przy takich brakach jakościowych to jak zaklejenie plastrem złamanej nogi. O reszcie „wzmocnień” szkoda nawet się rozpisywać.

Idąc tym rokiem myślenia, przy Zagłębiu Sosnowiec powinniśmy zostawić puste miejsce, bo tam to już w ogóle działy się rzeczy niesłychane. Rewolucja pełną gębą, szkoda, że tylko pozorna, bo w praktyce nic się nie zmieniło. Jeśli tacy zawodnicy, jak Marin Toth, Giorgi Gabedava, Georgios Mygas, czy Lukas Gressak mieli Zagłębiu uratować Ekstraklasę, to zazdrościmy optymizmu. Bo przy kilku osobach, które cokolwiek wniosły (Lukas Hrosso, Mateusz Możdżeń, czy Olaf Nowak paroma bramkami), było to grono wręcz komediowe. 

I dochodzimy do momentu, w którym Podbeskidzie stoi przed wyzwaniem pt. „Nie spieprzyć tego w podobny sposób”. Pozytyw? Nie musi przeskakiwać kilku kolejnych drużyn, by wejść do bezpiecznej strefy. Gorzej jednak, gdy spojrzy się na pozycje, które trzeba wzmocnić. Czyli w zasadzie wszystkie poza bramkarzem i napastnikiem, o ile Biliński byłby równie skuteczny w wykorzystywaniu sytuacji co do tej pory (a często praktycznie ich nie miał, musiał sam je tworzyć), a Roginić wreszcie nawiązał do swojej formy z ubiegłego sezonu. Na razie do zespołu dołączył tylko Rafał Janicki, a przygotowania do rundy wiosennej zaraz ruszają pełną parą, więc dobrze by było skompletować kadrę nie dopiero, gdy otworzy się okienko, a wtedy, gdy nowych zawodników będzie się dało jakkolwiek ulepić i dopasować do swojej wizji. 

Drugą kwestią są pieniądze, które w Bielsku-Białej bynajmniej się nie przelewają, więc na hitowe ruchy nie ma co liczyć. Ale z drugiej strony, mamy nadzieję, że nikt nie zanurkuje w słowackim rynku i nie będzie desperacko sprowadzał 31-letnich wyjadaczy. Pole manewru jest z pewnością ograniczone, ale na bazie wcześniejszych doświadczeń innych klubów też można się nauczyć. I to właśnie czeka Podbeskidzie – test. Albo zwycięży chłodna głowa i wybory poparte jakimiś argumentami albo szukanie na ślepo z podpalonym podestem. Bo bez wzmocnień widzimy jedynie pole do wyśrubowanego rekordu straconych bramek w przekroju całego sezonu. A tego ani miasto, ani klub, ani kibice raczej nie oczekują.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się